Reklama

Głos z Niemiec w sprawie zniesienia euro

Niegdyś należał do grona najbardziej prominentnych niemieckich menedżerów branży przemysłowej; był prezesem Federalnego Związku Przemysłu Niemieckiego i dyrektorem europejskiej centrali IBM. Od niedawna jednak Hans-Olaf Henkel pnie się po szczeblach kariery politycznej, która radykalnie oddala go od większości europejskich biznesmenów, a to z uwagi na główny punkt jego programu.

Hans-Olaf Henkel chce zniesienia euro.

Reklama

Dla Niemiec, utrzymuje Henkel, o wiele korzystniejszy byłby powrót do niemieckiej marki - tak, by pracowici i zdyscyplinowani obywatele tego kraju nie musieli już przeznaczać swoich podatków na utrzymywanie maruderów w Grecji, Włoszech i innych państwach strefy euro, które - tu cytat - "roztrwoniły kapitał początkowy wspólnej europejskiej waluty." W maju Henkel uzyskał mandat eurodeputowanego, co, jak można przypuszczać, stwarza dlań okazję do podjęcia próby zdemontowania unii walutowej.

Szanse na to, że mu się powiedziecie, są jednak niewielkie. Znakomita większość liderów biznesu w Niemczech nie ma ochoty wracać do czasów, w których silna niemiecka marka stawiała ich w niekorzystnej sytuacji na rynkach eksportowych, narzucając wysokie ceny towarów i usług sprzedawanych za granicę.

Należy też pamiętać, że Niemcy znacząco wsparli unię walutową w ostatnich latach, kiedy groziło jej realne niebezpieczeństwo rozpadu - nawet jeśli narzekali na związane z tym obciążenia. W ich odczuciu niemiecka gospodarka - będąca wciąż w relatywnie dobrej kondycji - jest głównym beneficjentem faktu istnienia euro.

Ale Henkel i Alternatywa dla Niemiec (AfD) - młoda eurosceptyczna partia, którą reprezentuje - już zdążyli wstrząsnąć rodzimą sceną polityczną i napsuć sporo krwi kanclerz Angeli Merkel, dodatkowo komplikując stosunki Niemiec z Wielką Brytanią. Nikogo nie powinna więc dziwić euforia, którą Henkel tryskał pewnego czerwcowego dnia, stojąc w kolejce po lunch w stołówce w budynku Parlamentu Europejskiego. "Merkel panicznie się nas boi" - oznajmił.

Kilka minut później, nad filiżanką cappuccino, wyjaśnił mi, jak to się stało, że z entuzjasty wspólnej waluty przeistoczył się w jej przeciwnika.

- Każdy kraj jest odpowiedzialny za swoje własne zadłużenie i za stabilność swoich banków - tłumaczył. - Ta zasada została odsunięta na bok w imię ratowania euro. To mnie niepokoi.

Ale koledzy świeżo upieczonego europosła - zwłaszcza w Niemczech - nie podzielają jego pragnienia zlikwidowania euro. "Wprowadzenie wspólnej waluty było i pozostaje rzeczą słuszną" - napisał w mailu Ulrich Grillo, obecny prezes Federalnego Związku Przemysłu Niemieckiego, której to organizacji Henkel przewodniczył w latach 1995 - 2000. "Szczególnie dla Niemiec i dla niemieckiego eksportu waluta ta pozostaje fundamentem prosperity i niskiego bezrobocia".

Henkel jest w swojej ojczyźnie wyjątkiem. Niemieccy biznesmeni praktycznie nie angażują się w politykę. On jednak - idąc za przykładem wielu amerykańskich polityków - sam sfinansował swoją kampanię. Dodatkowo przekazał Alternatywie dla Niemiec okrągły milion euro. Wsparcie to walnie przyczyniło się do sukcesu wyborczego tego ugrupowania, które w majowych wyborach do Europarlamentu zdobyło w Niemczech 7 procent głosów i uzyskało 7 mandatów dla swoich deputowanych.

W zgromadzeniu liczącym 751 europosłów reprezentacja AfD jest znikoma. Henkel i jego formacja wpisują się jednak w ogólnoeuropejski nurt niezadowolenia, który zaowocował bezprecedensowym wynikiem eurosceptycznych partii. Ich pozycja w Brukseli jest dziś silniejsza niż kiedykolwiek, a to z kolei stanowi polityczne zagrożenie dla unii walutowej, której o mało nie pogrążył finansowy i gospodarczy kryzys. Henkel, stojący na czele niewielkiej armii nowo wybranych eurodeputowanych, chce ograniczyć prerogatywy Unii Europejskiej (postrzegane przez eurosceptyków jako nadmierne) i doprowadzić do zniesienia euro - albo przynajmniej do wykluczenia z Euroobszaru "notorycznie nieodpowiedzialnych" członków pokroju Grecji i Włoch.

Henkel, ze swym budzącym respekt zawodowym życiorysem i znanym nazwiskiem (przez lata był stałym gościem programów publicystycznych w niemieckiej telewizji), symbolizuje konsekwentny wzrost społecznej akceptacji dla ruchu "anty-euro". Centrowym, proeuropejskim ugrupowaniom coraz trudniej przychodzi ignorowanie tego faktu. Ale też specyficzna odmiana buntu wobec europejskiej waluty, charakterystyczna dla byłego biznesmena, pokazuje, że eurosceptykom niełatwo będzie znaleźć wspólną płaszczyznę dla krańcowo różnych postulatów składających się na ten nurt.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Chociaż wiele eurosceptycznych ugrupowań odczuwa tę samą wrogość wobec UE, to elementy nacjonalizmu i ksenofobii, którym partie te często sprzyjają, czynią porozumienie w jakiejkolwiek istotnej kwestii trudnym do osiągnięcia.

Jako wieloletni działacz Amnesty International, Henkel usilnie zaprzecza, jakoby AfD była przystanią dla sympatyków skrajnej prawicy. Jak mówi, takie "łatki" przypinają jej dziennikarze, którzy "chcieliby zapędzić nas do antyimigracyjnego albo prawicowego narożnika, by mogli nas spokojnie ignorować".

Manfred Güllner, szef berlińskiego instytutu sondażowego Forsa, zauważa jednak, że w majowych wyborach do Europarlamentu AfD najlepiej poradziła sobie w tych okręgach, które tradycyjnie uchodzą za bastiony sympatii skrajnie prawicowych, jak Saska Szwajcaria na południowym wschodzie Niemiec. O ile Henkel swoim wizerunkiem przydaje temu ugrupowaniu nobliwości, to, zdaniem Güllnera, jest ono "bardzo bliskie skrajnej prawicy" (...)

Henkel twierdzi, że od początku miał wątpliwości co do euro. Nie dzielił się jednak nimi z nikim, za to publicznie popierał wprowadzenie wspólnej waluty w 1999 r. Jak mówi, stał się jej zdeklarowanym przeciwnikiem w 2010 r., kiedy Angela Merkel przystała na tak zwany plan ratunkowy dla Aten - który on sam uważa za "datek na rzecz francuskich banków zaangażowanych finansowo w Grecji".

Dopijając swoje cappuccino, Henkel przekonywał mnie, że jego koledzy-biznesmeni coraz liczniej podzielają jego wątpliwości co do euro - na razie po cichu. Porównał też swoją obecną misję do tej z lat 80. i 90., kiedy to jako pierwszy apelował o ograniczenie państwowego interwencjonizmu w prywatną działalność gospodarczą.

- Byłem wtedy sam - powiedział - i dziś też jestem sam.

Jack Ewing

© 2014 New York Times News Service

Tłum. Katarzyna Kasińska

Dowiedz się więcej na temat: Niemcy | euro | kryzys gospodarczy | strefa euro

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »