Reklama

Gospodarczy "Czterej jeźdźcy Apokalipsy" 2022

Szalejąca inflacja i wysokie ceny energii, rozchwiane kursy walutowe i rentowności obligacji skarbowych - oto główne zagrożenia dla gospodarki w nowym roku, których skutki mogą odbić się na finansach państwa i naszych portfelach. A jeśli inflacji będzie towarzyszyć mocno słabnąca gospodarka, to na horyzoncie może pojawić się wizja apokaliptycznej stagflacji.

Wchodząc w trzeci rok pandemii gospodarka, i polska, i globalna, będzie musiała sobie radzić z wieloma turbulencjami, które mniej lub bardziej związane są z walką z ekonomicznymi skutkami COVID-19. Chociaż chyba nikt już na poważnie nie myśli o zamykaniu gospodarek, jak to mieliśmy w pierwszej połowie 2020 roku, kiedy do codziennego słownika wdarło się słowo "lockdown". 

Rządy i banki centralne podjęły bezprecedensowe działania, aby wspomóc gospodarki, zapobiec masowym bankructwom firm i ratować miejsca pracy. Państwa poszły w dług, banki centralne w dodruk pieniądza i obniżkę stóp procentowych do zera. Recesji jednak generalnie nie udało się w 2020 roku uniknąć, ale wystąpiła w różnej skali - w Polsce, mówiąc kolokwialnie, mieliśmy niski wymiar kary, bo gospodarka skurczyła się "jedynie" o 2,5 proc. A w 2021 zaczęła się dynamicznie odbudowywać i cały rok PKB może zakończyć się "na piątkę z plusem". Niemniej za zamknięcie gospodarek i gigantyczne pakiety pomocowe z publicznych pieniędzy przyjdzie na świecie słono zapłacić. Właśnie ten rachunek wystawiony zostanie także nam w 2022 roku. 

Reklama

  Używając symbolicznego porównania do "Czterech jeźdźców Apokalipsy" w 2022 roku najgroźniejszym z nich będzie inflacja. Wzrost cen wymknął się spod kontroli w wielu państwach, zarówno wysoko rozwiniętych (USA, Niemcy, Wielka Brytania) jak i rozwijających się, w tym - Polsce. Inflacja wywołuje u nas zrozumiały niepokój społeczny (boimy się jej nawet bardziej niż pandemii), bo jeszcze w pamięci mamy hiperinflację z przełomu lat 80. i 90. zeszłego wieku, która zrujnowała gospodarkę i oszczędności ludności (o ile nie były ulokowane w twardej walucie). 

Oczywiście, w naszym kraju wskaźnik inflacji bliski 8 proc. wydaje się niczym w porównaniu z doświadczeniami z początków transformacji gospodarczej, gdy ceny rosły nawet po blisko 80 proc. miesięcznie (!), jednak zdążyliśmy już przeżyć w miarę dwie spokojne dekady z niższą inflacją (a nawet 27 miesięcy z deflacją), więc do stabilności pieniądza przywykliśmy i uznajemy ją za jeden z największych zdobyczy dekad gospodarczych przemian. Tym bardziej niepokoi, że zdobycz mogłaby zostać zaprzepaszczona. 

Dlatego Nowy Rok musi być okresem zdecydowanej walki z inflacją, aby udało się ją sprowadzić w końcu do celu inflacyjnego NBP, czyli 2,5 proc. (plus/minus 1 pkt proc.). Jednak już dziś wiemy, że będzie to walka długa i kosztowna - stopy procentowe będą prawdopodobnie szły w górę. Trzy podwyżki w 2021 roku (główna stopa wynosi obecnie 1,75 proc.) to zbyt mało, aby zdusić tak wysoki wzrost cen. 

Według oficjalnych przewidywań, cel inflacyjny ma zostać ponownie osiągnięty dopiero w końcówce 2023 roku, więc przed nami tak naprawdę nie rok, ale aż dwa lata trudnego życia z drożejącym kredytem. Inflacja będzie mieć także nadal destrukcyjny wpływ na realną wartość oszczędności gospodarstw domowych, szczególnie tych, które preferują lokowanie bezpieczne w bankach lub obligacjach skarbowych. Pomimo podwyżek stóp nadal takie bezpieczne lokaty będą przynosić realne straty, dopóki utrzyma się przewaga wskaźnika inflacji nad oprocentowaniem lokat i obligacji skarbowych. Niestety, walka z inflacją nie będzie łatwa, ponieważ nakręcać się będzie spirala cenowo-płacowa, gdyż pracownicy nie są ślepi na realną utratę wartości swojego wynagrodzenia i będą domagać się podwyżek. 

Takie przykłady mamy już np. w branży górniczej, a to dopiero cisza przed płacową burzą, jaka na dobre rozpęta się w 2022 roku. Przedsiębiorcy staną przed bardzo trudnym zadaniem pogodzenia oczekiwań płacowych i utrzymaniem swojej konkurencyjności. Jednak najwyższą ceną, jaką mogą zapłacić, byłaby utrata pracowników, ponieważ nadal mamy rynek pracownika w wielu branżach i pozyskanie nowych to ogromne wyzwanie. Inflacja będzie wychodzić jak szydło z worka przy wielu zjawiskach gospodarczych i wydarzeniach, dlatego jej skuteczne zwalczenie jest sprawą niecierpiącą zwłoki.

A że gospodarka to system naczyń połączonych, to na inflację przemożny wpływ będą miały ceny energii, które wprost oszalały w 2021 roku. Przedsiębiorcy już od wielu miesięcy "płaczą i płacą", bo ceny na rynku hurtowym nie są regulowane urzędowo, ale od początku 2022 roku duże podwyżki cen energii elektrycznej, cieplnej i gazu uderzą bezpośrednio w gospodarstwa domowe. 

Nowe urzędowe taryfy szczególnie bolesne będą dla najbiedniejszych odbiorców, dlatego będą oni potrzebowali osłony finansowej, aby nie doświadczyć tzw. ubóstwa energetycznego. Potężny kryzys na rynku energii, który - co trzeba podkreślić - ma charakter globalny, w szczególny sposób dotyka Polskę, ponieważ zastał nasz kraj na początku transformacji energetycznej w kierunku źródeł zero- i niskoemisyjnych. 

Nadal ok. 70 proc. energii wytwarzane jest z węgla kamiennego i brunatnego, więc koszty są obciążone koniecznością zakupu uprawnień do emisji CO2. A rynek handlu emisjami ETS stał się w 2021 roku polem wielkich finansowych spekulacji, które wywindowały przejściowo cenę aż do 90 euro za tonę. Notowania CO2 osiągnęły poziomy, jakie przewidywano dopiero na koniec obecnej dekady, co podważa scenariusz zaplanowanego stopniowego procesu dekarbonizacji na rzecz niekontrolowanego, który dla Polski może mieć fatalne konsekwencje. Postulowana reforma ETS będzie w 2022 roku jednym z tematów politycznej agendy w Brukseli, bo państwa takie jak Polska łatwo tego tematu nie odpuszczą. 

Niezależnie od tego, wysokie ceny CO2 będą dopingowały do budowy pierwszej dużej elektrowni atomowej pod auspicjami państwa, albo mniejszych reaktorów w konsorcjach prywatno-państwowych. W obliczu kryzysu na rynku gazu widać dopiero znaczenie procesu uniezależniania się od dostaw z kierunku wschodniego, w czym przełomowe znaczenie będzie mieć oddanie w II połowie 2022 roku do eksploatacji rurociągu Baltic Pipe, który zapewni nam dostęp do złóż norweskim, oraz import ze zdywersyfikowanych kierunków skroplonego surowca do gazoportu. 

Kształtowanie się cen energii w Nowym Roku będzie mieć kluczowe znacznie dla utrzymania konkurencyjności krajowych przedsiębiorstw i akceptowalnych kosztów utrzymania gospodarstw domowych. W kontekście inflacji warto dodać, że decydują o niej z grubsza w połowie ceny energii.

Ostatni kwartał 2021 roku pokazał jak niebezpieczne skutki, także dla inflacji, może mieć rozchwianie kursu złotego. Notowania dolara doszły do 4,20 zł, a euro - 4,70 zł. Dopiero końcówka roku przyniosła trochę walutowego oddechu. W 2022 kurs złotego będzie mieć niezwykle ważne znaczenie dla stanu naszej gospodarki i zawartości portfeli. Po pierwsze, za wspomniane już surowce energetyczne płacimy w dolarach, co dodatkowo podbija nam koszty (poza wzrostem cen samych surowców), a to przekłada się na inflację. 

Podobnie jest z wieloma dobrami importowanymi w euro, które masowo konsumujemy i z powodu różnic kursowych płacimy za nie coraz więcej. 2022 rok może być wyzwaniem dla złotego także z powodu wysokiego długu publicznego, a także spodziewanych zmian kursu eurodolara wywoływanych przez globalne przepływy kapitału. Jeśli w USA istotnie znacząco zostanie ograniczony dodruk dolarów i stopy procentowe pójdą w górę, a EBC stóp nie podniesie, to kapitał może z całej Europy ruszyć do USA w poszukiwaniu wyższych stóp zwrotu, wywołując umocnienie dolara, co negatywnie odbije się relatywnie mocno na lokalnych walutach spoza strefy euro, takich jak złoty. 

Używając przenośni, możemy oberwać rykoszetem w globalnej wojnie walutowej, a miraże o potędze złotego włożyć do szuflady. Uzależnienie od decyzji zagranicznych inwestorów widać będzie nie tylko na rynku walutowym, ale także długu. Niepokojące sygnały płynęły już w 2021 roku, bo wyprzedawane były nasze obligacje skarbowe (rosła ich rentowność). W efekcie nie dość, że mamy puchnący dług publiczny, to rosną nam koszty jego obsługi. 

Czasy taniego kredytu ewidentnie minęły i otwarte pozostaje pytanie: do jego poziomu dojdą w 2022 roku nasze obligacje? Na razie wiemy, że rentowność obligacji dziesięcioletnich na koniec 2021 doszła aż do 3,67 proc., a przed rokiem było to zaledwie 1,24 proc. To ogromna zmiana i utrzymanie takiego trendu w 2022 roku będzie słono kosztować państwową kasę. Oczywiście, to problem wielu zadłużonych państw, ale właśnie rozwijające się ponoszą największe konsekwencje. Dlatego bardzo wiele będzie zależeć od tego, jak powieje wiatr dla inwestorów zagranicznych i czy utrzyma się na rynkach finansowych zaufanie do Polski jako dłużnika.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Zatem na horyzoncie mamy gospodarczych "Czterech Jeźdźców Apokalipsy", choć oczywiście wcale czarny scenariusz z ich udziałem nie musi się spełnić. Jednak gdyby każdy z nich wyrządził niepowetowane szkody, to może dojść do mocnego spowolnienia gospodarki i dojdzie jeszcze jedno ryzyko, które wydaje się wręcz koszmarem. Chodzi o stagflację: połączenie wysokiej inflacji i niskiego wzrostu gospodarczego. To niebezpieczna pułapka szczególnie dla młodej gospodarki, bo na długie lata może ona ugrząźć i nie wrzuci wysokiego biegu, by gonić rozwinięte państwa.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

- - - - - -

Czterej jeźdźcy Apokalipsy - postaci z Apokalipsy św. Jana. Mają wyruszyć na koniach przed Sądem Ostatecznym.

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »