Reklama

Gospodarka narodowa? Nie w Polsce

Pożyczamy pieniądze, zwiększamy obroty naszej gospodarki, ale to wszystko jest robione na długu, który niedługo trzeba będzie zacząć spłacać. Nie deficyt budżetowy jest najgorszy, ale właśnie deficyty handlowe, czy na rachunku bieżącym. Edward Gierek gdy kończył swoje rządy to gospodarka narodowa była zadłużona na 20 mld USD. Dzisiaj gospodarka narodowa (nie budżet!) jest zadłużona na 400 mld USD. Z Andrzejem Szczęśniakiem, ekspertem rynku paliw, rozmawia Bartosz Bednarz.

mK: Czy w Europie można mówić o solidarności energetycznej?

Andrzej Szczęśniak: Solidarność energetyczna jest pojęciem, którego chciała Polska Traktacie Lizbońskim, jednak praktyka europejska nie świadczy o solidarności -fundamentem realnych działań są interesy krajów członkowskich i ich przedsiębiorstw. Solidarność energetyczna w Unii rozumiana jest jako integracja rynków, jako połączenia między systemowe (trans graniczne), pojemności magazynowe, jako udostępnienie czy otwarcie rynków dla ich przedsiębiorstw. Dominuje zupełnie inne podejście niż proponowała Polska.

Reklama

Wspólny rynek to coś złego?

- Wiele krajów europejskich wzbrania się przed otwarciem rynków, broni własne przemysły, gdyż jest to gra interesów na ogromną skalę. Istotnym problemem jest bowiem różnica w poziomie rozwoju gospodarek narodowych. Niemcy dla przykładu, w porównaniu z innymi krajami, mają ogromną przewagę produkcyjności i efektywności. Dla nich otwarcie rynku nie jest przejawem, czy efektem solidarności, a dążeniem do otwarcia dostępu dla konkurencji, na którym bez wątpienia zyskują. My mówimy - "solidarność", a Europa - "otwarcie rynków", chociaż wydaje się, że obie strony mówią o tym samym, to w rzeczywistości tak nie jest. Widać to po polityce Polski, która w sposób świadomy (chociaż nie mówi się o tym publicznie) broni się przed otwarciem rynku gazowego, by nie został przejęty przez duże firmy zagraniczne, które w ramach wcześniejszych procesów liberalizacji i koncentracji przemysłu, zachodzących w UE znacznie urosły w siłę i stworzyły potężne struktury energetyczne. Polskę, jak i inne kraje z bloku wschodniego ominął ten proces, gdyż zachodził na przełomie wieków, przez co mamy do czynienia z potęgami nieporównywalnie silniejszymi, niż nasze rodzime firmy. Jest to faktyczny wymiar, tego co u nas nazywa się solidarnością europejską, gazową, energetyczną. Z dwóch stron te same hasła rozumiane są bardzo różnie.

Jakie są konsekwencje tego zamieszania pojęciowego?

- Europejskie rynki gazowe, które wymagają połączeń infrastrukturalnych są w dużym stopniu separowane od siebie (za wyjątkiem rynku niemieckiego i francuskiego). Polski rynek jest największym w Europie rynkiem "wyspowym". Wyraźnie widać, że nie chcemy otwierać się na zagraniczne firmy, przez co budowa nowych połączeń jest bardzo ograniczona i powolna, nie dopuszcza się do rozwoju interkonektorów (umożliwiających połączenie trans graniczne systemów gazowych). Chroni to polski rynek, ponieważ mamy tak specyficzne uwarunkowania, że nie za bardzo nadajemy się do natychmiastowego wprowadzenia unijnej dyrektywy. W okresie prowadzonych negocjacji nad drugą dyrektywą gazową kilka krajów europejskich nie przyjęło jej, czyli otrzymało tzw. exemptions z dwóch powodów. Po pierwsze - jeden dostawca surowca, czego przykładem jest Finlandia, a po drugie - słabo rozwinięty rynek, jak w Portugalii, czy Grecji. Polska nie postarała się o taki wyjątek chociaż zdecydowanie spełnia oba te warunki. W porównaniu np. z rynkiem niemieckim, który jest rynkiem dojrzałym, nasz dopiero raczkuje. Nie spełniając powyższych kryteriów zaakceptowaliśmy założenia europejskiej dyrektywy i z tego powodu mamy dzisiaj bardzo poważne problemy.

Z dostosowaniem się do wytycznych dyrektywy?

- Żeby utworzyć rynek, z którym się teraz tak borykamy, potrzeba wielu dostawców. Model anglosaski, zbudowany wzorcowo w Wielkiej Brytanii, na tym właśnie się opierał. Finlandia nie dołączyła do systemu, gdyż przy jednym zmonopolizowanym dostawcy niemożliwe jest zbudowanie takiej struktury rynku, jak założono w dyrektywie. Dzisiaj te wszystkie konstrukcje, próby liczące tak naprawdę już 16 lat - od pierwszego programu restrukturyzacji rynku i podejścia Urzędu Antymonopolowego do PGNiG - nie dały rezultatu. Rynek się zmienia, ale nie jest konkurencyjny i nie będzie przez najbliższych 10 lat, do końca jamalskiego kontraktu gazowego. Oprócz tego pojawiają się także obawy co do bezpieczeństwa energetycznego.

Model z jednym dostawcą surowca niesie za sobą znaczne niebezpieczeństwo?

- Polska potrzebuje ciągłości dostaw surowca. W nowym modelu zliberalizowanego rynku, jeśli będą pochodzić wyłącznie od jednego dostawcy, to właśnie jego sytuacja ulega znacznej poprawie, a nie nas jako importera. Wiceszef Gazpromu, Aleksandr Miedwiediew śmiał się, że jeśli Europa wprowadzi na gaz formuły cenowe spot, tzn. niezależne od cen ropy naftowej, to on będzie codziennie zastanawiać się czy puścić gaz, czy nie. Możliwości wpływania dostawcy na ceny gazu są ogromne.

Przecież cena surowca powinna być ustalana na zasadach wolnorynkowych.

- Rynek działa efektywnie, gdy jest niezależny od dostawców, bądź jest ich wielu. W momencie gdy eksporter może regulować rynek poprzez zachowania monopolistyczne sytuacja mocno się komplikuje i to na korzyść dostawcy. Polska niestety szarpie się w tym nowym modelu, który nie jest do niej dostosowany. Z jednej strony UE narzucająca konkretne działania, procedury i limity, z drugiej uzależnienie od dostaw z Rosji. Unijny model energetyczno-paliwowy w Polsce byłby możliwy do implementacji tylko wtedy, gdy rozbudujemy infrastrukturę, gdy będziemy mieć więcej dostawców, co z naszej perspektywy jest zadaniem niezwykle trudnym, ale osiągalnym. Jednakże nie w sytuacji, gdy jesteśmy związani kontraktami długoterminowymi, które przecież są także jedną z przeszkód przy tworzeniu wspólnego europejskiego rynku. Europa dąży do osłabienia, nawet wyeliminowania tych kontraktów. Tymczasem to właśnie one zapewniają bezpieczeństwo energetyczne. Konflikt jest poważny, a Polska stała się jego ofiarą.

Mamy więc podwójną optykę. Z jednej strony nowy paradygmat energetyczny, trzeci pakiet energetyczny, limity z UE, gaz wyłącznie z Rosji. Mówi się w Polsce o nowej podstawie energetycznej. Jak to wygląda w kontekście braku solidarności energetycznej i przy monopolistycznym dostawcy.

- Ogólnie jest to temat stricte polityczny, bo w Polsce zapalnym punktem jest Rosja i wszystko co z nią związane bardzo rozgrzewa emocje, a te nie pozwalają myśleć i kalkulować na chłodno interesów. Zapatrzeni jesteśmy w model brytyjski, a podstawą dla niego jest własna krajowa produkcja, gdy tego gazu wystarcza jeszcze na eksport, gdy wiele koncernów go wydobywa - jest się pewnym tego, że ma się nadwyżki i surowca nagle nie zabraknie. Wtedy można nawet wprowadzić monopol dystrybucyjny jak przy odkryciu złóż gazu zrobili Anglicy. W kontynentalnej Europie nowy model bardzo źle się wprowadza z tego powodu, że na kontynencie jest za mało gazu. Unia uzależniona jest od jego importu, a zbyt silne wpływy dostawcy mogłyby być zagrożeniem, stąd pojawiają się te dziwne konstrukcje, np. klauzula gazpromowska, która utrudnia Rosji inwestycje w sektorze energetycznym Wspólnoty.

Wielka Brytania jednak się otworzyła, zliberalizowała swój rynek.

- Ponieważ miała dobre do tego podstawy - ogromne złoża surowców na Morzu Północnym, silne własne firmy - i postanowiła z nich skorzystać. Tymczasem wielcy gracze, np. Francuzi wykorzystali otwarcie rynku i zajęli jego część. Wtedy też Anglicy zaczęli domagać się otwarcia rynku europejskiego. Z ich sektora energetycznego część zysków była odprowadzana systematycznie do innego kraju, a oni nie mogli zrekompensować tego poprzez inwestycje w kontynentalnej Europie.

- Ogólnie mówiąc, liberalizacja kraju niesie za sobą pewne korzyści, ale także wiele niebezpieczeństw. Jest to naprawdę trudny model i w krajach, które są uzależnione od dostaw, a w szczególności od jednego dostawcy, tak jak jest to w Polsce, jest to zdecydowanie złe podejście i musi ulec weryfikacji. Największymi zwolennikami przemodelowania tego systemu brytyjskiego są Włosi w 90 proc. uzależnieni od importu. Nie wyobrażają sobie liberalizacji bez zabezpieczenia dostaw.

- Na wolnym rynku zwłaszcza z wysokim udziałem graczy finansowych, brak bezpieczeństwa dostaw powoduje, że wahania cen są ogromne. Zmiana popytu może doprowadzić do niewiarygodnie dużych zmian cenowych, ponieważ brakuje elastyczności reagowania na zmiany cen. Notowania giełd towarowych mogą zmieniać się bardzo szybko, natomiast dostawy uzależnione są już od infrastruktury, inwestycji itd. Podobne niebezpieczeństwo zaobserwować można także w USA, gdzie cena za 1000 m. sześc. gazu spadła do 70 USD. Jest to absolutnie poniżej kosztów wydobycia. Podobna sytuacja jest powodowana tym, że odpowiedź na niską cenę, czyli zmniejszenie produkcji może się dokonać po długim czasie, nawet za dwa - trzy lata. Mówimy tutaj o niedopasowaniu mechanizmów. Z jednej strony rynki finansowe, bardzo aktywne, tysiące operacji na minutę, a z drugiej rynek, w którym aby zmniejszyć bądź zwiększyć podaż produktu potrzeba od 3 do 5 lat inwestycji.

Zagrożeniem stają się także spekulacje cenowe.

- Model, który wprowadzamy w oparciu o system brytyjski (szerzej anglosaski) przewiduje udział w handlu graczy finansowych, zapewniających liquidity, czyli płynność transakcji. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat model ten działał bez zarzutu, ale dwukrotnie doprowadził do poważnych kryzysów - w czasie wielkiego kryzysu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku i kilka lat temu. Gdy rynki finansowe uzyskują na rynku towarowym zbyt silną pozycję - udział tzw. spekulantów jest zbyt duży - wtedy wahania rynków, skoki cenowe są spore. W 1933 wprowadzono Glass-Steagall Act i uregulowano sytuację. W 1999 roku zlikwidowano bariery ograniczające transakcje inwestorów finansowych (Gramm-Leach-Bliley Act 1999 r.). W 2008 roku doprowadzili do wywindowania ceny do 147 dolarów za baryłkę. Była to bańka spekulacyjna, a dzisiaj administracja prezydenta Baracka Obamy próbuje przywrócić ograniczenia z 1933 r. Ponosi jednak porażkę ponieważ instytucje finansowe mają tak duże wpływy, że od 3 lat ten akt legislacyjny nie może się doczekać przepisów wykonawczych. Konsekwencją są ogromne wahania ceny. Nowoczesne techniki handlu, jak high frequency trading (HFT), miliony operacji na sekundę stają się nie do opanowania.

Zapanować - czyli uregulować?

- Europa pracuje nad zablokowaniem, czy opodatkowaniem HFT, bo tworzy się sytuacja gdy posiadacze wyrafinowanych programów i komputerów mogą zmonopolizować rynek. Związek między popytem a podażą, kosztami a ceną zostaje zerwany, jak jest dzisiaj przy notowaniach ropy naftowej. Najważniejszą funkcją rynku jest znalezienie właściwej ceny, znalezienie balansu między popytem a podażą. To dzisiaj nie działa, prosty przykład: na rynkach fizycznych opartych na popycie/podaży ropy, kosztach transportu itd... różnica między giełdą londyńską a amerykańską nie mogła przekraczać 1,5 USD, bo tyle wynosi koszt przesyłu statkiem baryłki ropy naftowej przez Atlantyk, uruchamiał się tzw. arbitraż między rynkami. Dzisiaj różnica między notowaniami europejskiej ropy Brent a amerykańskiej WTI wynosi średnio 20 USD. Tłumaczyć może to jedynie fakt, że w ostatnich latach mieliśmy znaczne zwiększenie udziału graczy i kapitału finansowego na giełdzie londyńskiej ICE i wywindowanie różnicy nawet do 28 USD, za co można by kulę ziemską cztery razy okrążyć transportem z ropą naftową, ale jak widać te fizyczne fundamenty już w ogóle nie działają.

Jak z perspektywy państwa bronić się przed tymi wahaniami ceny. Poprzez umowy długoterminowe?

- Umowy oparte muszą być na formule uwzględniającej czynnik w miarę stabilny i płynny. Ropa naftowa była doskonałym fundamentem, dopóki przy jej wycenie brano pod uwagę czynniki fundamentalne - wielkość popytu, koszt wydobycia. Dzisiaj ropa jest elementem spekulacji, na których Rosja i kraje arabskie zarabiają niesamowite pieniądze. Natomiast Europa, w tym Polska jest tego systemu ofiarą. Stany Zjednoczone, jako największy światowy producent energii, a niedługo także ropy naftowej, są w niewielkim stopniu uzależnione od importu czy dotknięte tą sytuacją. Mamy sytuację kiedy dwie strony Atlantyku pod względem energetycznym, kosztów i wpływu na gospodarkę różnią się drastycznie. Europa jest płatnikiem, a Stany Zjednoczone na bańce energetycznej zarabiają i to całkiem sporo.

Wyjściem dla Polski ma być dywersyfikacja dostaw gazu.

- To jest dziedzina, w której nie patrząc na uwarunkowania odcinamy się od Rosji. Rezultatem jest zaostrzenie stosunków, droższy gaz, osłabiające nas gry i prowokacje. Zamierzamy więc importować gaz z Kataru, z którym zawieramy długoterminowy kontrakt na 20 lat, a więc będzie trwał dłużej niż umowa z Rosją. Cena gazu w nim też oparta jest na ropie naftowej, jak większość kontraktów LNG. Do tego będzie to gaz 20-30 proc. droższy od rosyjskiego. Czyli z powodów politycznych zastępujemy pewne i obfite dostawy z jednego kierunku, dosyć niepewnymi i dużo droższymi dostawami z innego rejonu. Jest to bardzo zdestabilizowany region, a do tego Katar jako maleńkie państwo odgrywa poważną rolę polityczną. Wystarczy blokada cieśniny Ormuz i gazu nie ma przez wiele miesięcy. Bezpieczeństwo dostaw z tego kierunku jest więc znacznie niższe niż z Rosji. Badania amerykańskie uwzględniające 40 lat historii sytuują Rosję w grupie najpewniejszych dużych dostawców, zaś kraje Zatoki Perskiej wśród najmniej stabilnych.

Polska zatem pogarsza swoją sytuację?

- W praktyce europejskiej, analizach unijnych dywersyfikacja jest na ostatnim miejscu budowy bezpieczeństwa energetycznego. Jest to narzędzie kosztowne. Na pierwszym jest natomiast utrzymanie możliwie dobrych stosunków z dostawcą. Z Rosją jest o tyle ułatwione, że jest ona całkowicie zależna od dostaw do Europy, do niedawna 100% eksportu gazu szło na zachód. Zaczęła jednak prowadzić proces dywersyfikacji ze względu na odbiorców i sprzedaje cześć gazu m.in. do Turcji, do Chin, Japonii, Korei. Niestety w Polsce bardzo mało jest myślenia o realiach gospodarczych, decyzje są wysoko upolitycznione, do tego oparte na emocjach i resentymentach historycznych.

Europa otwiera się na gaz rosyjski. Nord Stream ma już dwie nitki z możliwością rozbudowy do czterech. Rosja już buduje tranzyt przez Morze Czarne na południe. Polska została na uboczu.

- Sytuacja jest tym bardziej intrygująca, że dzisiaj w Polsce mówi się o Nord Stream tak jakby przed nim nic nie było. Wcześniej była koncepcja Jamał 2 - rurociągu, który Rosjanie zaproponowali nam razem z Niemcami, Francuzami i Włochami. Niemcy w Polsce zabiegali o budowę, jednakże my odrzuciliśmy tę propozycję, ponieważ wtedy broniliśmy Ukrainy. Powiedzieliśmy "nie" i to był początek decyzji budowania rurociągu przez Bałtyk. Rosjanie starali się zdywersyfikować trasy przesyłowe. Poszli więc przez morze, a Polska zbyt późno się obudziła i teraz możemy się jedynie pieklić, że mamy najdroższy gaz w Europie.

Biznesowo przegraliśmy?

- Straciliśmy szansę. Polska jest zmarginalizowana, zrezygnowała z dochodu za tranzyt, mamy drogi gaz, a na dodatek Rosjanie - żeby już całkowicie ominąć nasz kraj - budują linię kolejową przez Słowację i Austrię. Oznacza to, że Polska, która miała być pomostem do Europy Wschodniej pozostała na uboczu.

Jesteśmy spychani na margines gospodarczych decyzji w Europie.

- Zostaliśmy sami ponieważ nie wykorzystujemy swoich szans. Polska sytuacja na tle Europy jest słaba, ale w dużej części na własne życzenie. Straciliśmy pozycję przetargową. Jeśli ma się duże ilości gazu przesyłanego przez kraj to można negocjować ceny. Ukraina i Białoruś tak robiły i osiągnęły znacznie niższe ceny. Ukraina co prawda przesadziła, ale prezydent Łukaszenka rozgrywa to sensownie i Białoruś ma gaz po 165 USD a my po 600 USD. Dzisiaj jesteśmy pełni żalów, że mamy najdroższy gaz, ale mało kto pamięta, że jeszcze w 2006 roku mieliśmy tańszy gaz od Niemiec. Jaka polityka takie ceny - dopóki nie jej zmienimy, dopóty będziemy tracić. To samo dotyczy Unii. Ktoś musi wstać i powiedzieć, że liberalizacja rynków, ich otwarcie to działanie na niekorzyść naszych interesów. Ostatnio plany energetyczne Unii poszły na tyle daleko, że zniszczyłyby polską gospodarkę. Na szczęście postawiliśmy veto, za co trzeba rządowi pogratulować. Wcześniej jednak nie potrafiliśmy się odnaleźć, powiedzieć "nie", podpisaliśmy pakt klimatyczno - energetyczny, przez co będziemy sporo płacić już od 2013 roku.

Z czego to zatem wynika? Jest to przecież źle pojmowany interes Polski...

- W Polsce w dyskusji polityczno-medialnej, nie ma kategorii gospodarki narodowej i nie ma kategorii interesu gospodarczego. Dyskutujemy tylko o procentowych zmianach, codziennych notowaniach giełdy. Natomiast najważniejsze parametry całej gospodarki, np. bilans handlowy, deficyt płatniczy, praktycznie nie istnieją w dyskusji. Mało kto rozumie pojęcie deficytu na rachunku bieżącym, który mylony jest z deficytem budżetowym. Wynikiem ostatecznym gospodarki jest właśnie rachunek bieżący. Dodatni oznacza, że gospodarka gromadzi środki, bogactwo, gdyż więcej eksportuje, więcej do niej wpływa niż wypływa, zarabiamy na obrocie z innymi. Polska od 16 lat ma deficyt na rachunku bieżącym - Polska jako przedsiębiorstwo, jako gospodarka narodowa, ma ujemny wynik, co ma ogromne konsekwencje, oznacza że musimy się zadłużać. Jesteśmy pod presją długu, płaconych odsetek. Pojęcie gospodarki narodowej, jej wyniki, czy interes narodowy (w USA bardzo popularne national interest) w Polsce nie istnieje. Zostało wyłącznie PKB, które dzisiaj jest finansowo lewarowanym wskaźnikiem, który niczego tak naprawdę nie pokazuje. Pożyczamy pieniądze, zwiększamy obroty naszej gospodarki, ale to wszystko jest robione na długu, który niedługo trzeba będzie zacząć spłacać. Nie deficyt budżetowy jest najgorszy, ale właśnie deficyty handlowe, czy na rachunku bieżącym. Edward Gierek gdy kończył swoje rządy to gospodarka narodowa była zadłużona na 20 mld USD. Dzisiaj gospodarka narodowa (nie budżet!) jest zadłużona na 400 mld USD. Pętla tego długu narasta i możemy powtórzyć scenariusz Grecji.

W takiej sytuacji chwytamy się nikłych perspektyw na przyszłość, zamiast oprzeć się na faktycznych warunkach i sytuacji gospodarczej.

- W Polsce wykształciło się myślenie życzeniowe, czyli nie dyskutujemy, nie analizujemy sytuacji bieżącej, uwarunkowań, przyczyn, które doprowadziły do obecnego stanu. Doskonałym przykładem jest właśnie gaz łupkowy, na którym w Polsce zbudowano ogromne nadzieje społeczne. Mają być z tego emerytury, dobrobyt, w ogóle będziemy jak Kuwejt czy Katar. A przecież nie wiemy, czy on tam jest i da się wydobyć, nie mówiąc nawet o opłacalności!

Realia różnią się od oczekiwań?

- Decyzje podejmowane w Polsce już niejednokrotnie były nieprzemyślane. Sytuacja systematycznie się pogarsza. Warto zwrócić uwagę chociażby na spadający poziom wydobycia węgla, zmniejszenie produkcji, fakt że Polska stała się jego importerem netto. Posiadając ogromne złoża węgla rezygnujemy z niego, gdyż bez decyzji jasnej strategii państwa coraz trudniej go zagospodarować. Rząd przykłada ogromną wagę do złóż gazu łupkowego, które jeszcze nie są udokumentowane, a w ogóle nie podejmuje inicjatywy większego wykorzystania energetycznego złóż węgla brunatnego. Efekty byłyby znacznie lepsze. Wolimy jednak zajmować się rzeczami niepewnymi, rozbudzamy nadzieje społeczne, co jest bardzo szkodliwe, bo w perspektywie doprowadzić do zniechęcenia Polaków do swego państwa. Poza tym inni nie stoją w miejscu, my zaś błądzimy po krainie własnych wyobrażeń.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »