Reklama

Inflacja. Przed nami szybkie podwyżki stóp procentowych?

Masz kredyt, a planujesz hucznego i wypasionego Sylwestra, żeby wreszcie odreagować siedzenie w domu? Lepiej powitaj Nowy Rok w kapciach, przy jednym kieliszeczku taniego winka i dobrym serialu. Były członek Rady Polityki Pieniężnej Jan Czekaj przewiduje, że główna stopa procentowa wzrośnie już w styczniu do 2,5 proc.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Przypomnijmy, że decydująca obecnie o polityce pieniężnej RPP (choć nie wszyscy jej członkowie - trzeba przyznać) ignorowała narastającą inflację jeszcze na długo przed wybuchem pandemii, bo już przez cały 2019 rok. Prezes NBP Adam Glapiński mówił, że nie przewiduje wzrostu stóp procentowych aż do końca kadencji Rady, czyli przynajmniej do połowy przyszłego roku. Kiedy wybuchła pandemia RPP obniżyła i tak już realnie ujemne stopy o 140 punktów bazowych do 0,1 proc.

Reklama

Pogoń za inflacją

Gospodarka nauczyła się jednak żyć z pandemią i solidnie odbiła, a inflacja od wiosny tego roku zaczęła szaleć. RPP rzuciła się za nią w pogoń z opóźnieniem i podniosła w październiku i listopadzie dwa razy stopy procentowe, w tym główną do 1,25 proc. Ale to nie koniec.

- Można oczekiwać, że w styczniu stopa procentowa NBP będzie wynosić 2,5 proc. - powiedział Jan Czekaj, członek RPP w latach 2003-2010, obecnie profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie podczas seminarium Warszawskiego Instytutu Bankowości na temat sytuacji w polskim sektorze bankowym.

- Najważniejszym problemem, jaki stoi przed polską gospodarką, jest inflacja. Będzie on determinował funkcjonowanie gospodarki w najbliższym okresie - dodał.

Zostawmy na razie gospodarkę na boku i zastanówmy się co to oznacza dla kredytobiorców. Ci, którzy naiwnie uwierzyli prezesowi NBP, że kredyt będzie jeszcze długo, długo tani mogą czuć się mocno zawiedzeni. Dostaną po kieszeni nie tylko z powodu inflacji, czyli galopującego wzrostu cen, co zmniejsza siłę nabywczą wszystkich gospodarstw domowych. Ale też z powodu wzrostu rat kredytu. Słowem - zainkasują dwa ciosy z dwóch stron na raz.


Jeśli RPP podniesie główną stopę do 2,5 proc., to znaczy że wzrośnie ona aż o 125 punktów bazowych w porównaniu z obecnym poziomem. Czyli o ponad drugie tyle, ile wzrosła do tej pory. Interia pisała już o wyliczeniach analityków, że pod dwóch jesiennych podwyżkach stóp rata przeciętnego kredytu hipotecznego (330 tys. zł na 25 lat) wzrośnie o 225 zł. Kolejne podwyżki (oczekiwane w grudniu i styczniu) spowodują, że będzie to sporo ponad dwa razy tyle.

To nie wszystko

Podczas seminarium WIB Wojciech Zatoń z Uniwersytetu Łódzkiego zwrócił uwagę na jeszcze jeden fakt. Po ostatnich podwyżkach stóp NBP stopa WIBOR (a na niej oparta jest lwia część umów kredytowych) rośnie mocniej niż oficjalne stopy. Tuż przed pierwszą październikową podwyżką stopa WIBOR 3M wynosiła 0,24 proc. Od tego czasu stopy NBP wzrosły o 115 punktów bazowych. W środę 17 listopada stopa WIBOR 3M wynosiła 1,65 proc., co oznacza wzrost o 141 pb. Różnica wynosi zatem ponad ćwierć punktu procentowego.

A to oznacza z jednej strony większe dochody odsetkowe dla banków. A z drugiej - wyższe raty, płacone przez kredytobiorców. Nie wiemy oczywiście jak zachowa się stopa WIBOR po kolejnych podwyżkach stóp (jeśli takie nastąpią), ale rata przeciętnego kredytu hipotecznego może być nawet o jedną trzecią większa niż płacona jeszcze we wrześniu. Może okazać się - przy tych założeniach - że przeciętna mała ratka "taniego" kredytu po Nowym Roku zje już całe 500+.

W ciągu kilku miesięcy pięć stówek w plecy i to już co miesiąc? To będzie szok dla kredytobiorców. Czemu go zawdzięczamy? Temu, że NBP nie zauważał (bądź też nie chciał zauważać) inflacji, która już narastała na długo przed pandemią, w zasadzie przez cały 2019 rok. W 2020 roku była już solidnie rozpędzona i osiągnęła w lutym rekordowe 4,7 proc. Pomimo, że pierwszy lockdown wprowadzony został przed połową marca 2020 roku, w wyniku czego gwałtownie skurczył się popyt, to ceny jeszcze w tym miesiącu wzrosły o 4,6 proc. licząc rok do roku.

A w 2019 roku byli tacy, którzy mówili - trzeba stopy procentowe podnieść, żeby inflacji nie dać się rozpędzić. Bo choć inflacja do Polski jest po części importowana wraz z rosnącymi cenami paliw, a zwłaszcza surowców energetycznych, z dużym zużyciem węgla w energetyce, to ma także swoje wyłącznie rodzime przyczyny. Dlatego kiedy wybuchła pandemia inflacja wcale nie wygasła. Tylko się zdrzemnęła, wracając na krótki czas w okolice celu RPP.

- Inflacja w czasie pandemii się obniżyła, ale mniej niż pokazywał to spadek PKB (w II kwartale zeszłego roku PKB spadł o 8,2 proc. rok do roku). Czynnikiem (inflacyjnym) były transfery budżetu do gospodarki i gospodarstw domowych. Te pieniądze, które wypłynęły w ramach "tarcz", znalazły się w formie gotówki lub depozytów i teraz stanowią - jak to kiedyś mówiono - "nawis inflacyjny". Uruchamiany jest on teraz - mówił Jan Czekaj.

Ekonomiści zwracali już uwagę, że RPP popełniła trzy kardynalne błędy, które pozwoliły inflacji wymknąć się spod kontroli banku centralnego. Pierwszy jeszcze w 2019 roku, gdy nie podniosła stóp. Drugi - po wybuchu pandemii, gdy trzy razy obniżyła stopy sprowadzając główną do 0,1 proc., czyli "niemal do zera". Dodajmy, że decyzje o wprowadzeniu "zerowych" stóp podejmowały jedynie banki centralne najpotężniejszych gospodarek świata, a żaden bank centralny z krajów zaliczanych do rynków wschodzących.


I wreszcie trzeci błąd, na wiosnę tego roku, kiedy widać już było, że ceny znowu startują do galopu. A RPP zwlekała z podwyżkami aż do jesieni. Każdy z tych błędów popełniony został pomimo przestróg licznych ekonomistów. Z żadnym z ich argumentów NBP nie podjął nawet cienia rzetelnej dyskusji.    

- Bank centralny powstrzymywał się od podejmowania jakichkolwiek decyzji, twierdził, że inflacja sama z siebie się zmniejszy - mówił Jan Czekaj.

Policy mix, czyli współodpowiedzialność

Słowem - to bank centralny jest odpowiedzialny za to, że inflacja wymknęła się spod kontroli. Ale czy tylko on? Nie byłoby to możliwe, gdyby nie polityka gospodarcza rządu, którą bank centralny w szczególnie niefrasobliwy sposób wspierał. Doprowadziła do rekordowego spadku inwestycji w stosunku do PKB, rozkręcenia silnej presji popytowej w gospodarce poprzez nadmierne i źle adresowane transfery socjalne, w końcu do silniejszego wzrostu płac od wzrostu wydajności pracy przez rekordowe podwyżki płacy minimalnej. A do tego doszło rozdawanie pieniędzy na prawo i lewo po wybuchu pandemii.   

- Inflacja bazowa rośnie cały czas. Reprezentuje ona presję popytową w gospodarce - powiedział Jan Czekaj.

I zaprezentował dowody na to, że - z wyjątkiem II kwartału tego roku - przez ostatnie kilkanaście kwartałów płace w polskiej gospodarce rosły znacznie szybciej niż wydajność pracy. Różnica ta w pewnych okresach przekraczała nawet 10 proc. To kilka razy więcej niż uznawany przez ekonomistów wzrost płac za "zdrowy". 

- Cały czas pogłębia się różnica pomiędzy wzrostem wydajności pracy, a wzrostem wynagrodzeń. Wynagrodzenia rosły nawet szybciej niż wydajność o 10,9 proc. (...) Taka sytuacja występuje w polskiej gospodarce już od dłuższego czasu - mówił Jan Czekaj.

Ale jest jeszcze jeden błąd, za który teraz będziemy płacić, który obarcza NBP i rząd do spółki. To polityka osłabiania polskiej waluty, rzekom żeby wspierać eksport. Ale im słabszy złoty, tym wyższa inflacja, bo rosną ceny towarów z importu, jak np. paliw.

Złoty wobec euro jest najsłabszy od 12 lat. Do tego także przyczyniła się polityka NBP, długie zwlekanie z podwyżkami stóp i mniejsza skala podwyżek niż w porównywalnych z Polską krajach. A także powtarzana od dawna retoryka prezesa NBP za osłabieniem polskiej waluty, wspiera zresztą przez liczne interwencje na rynku walutowym.

EUR/PLN

4,6834 -0,0010 -0,02% akt.: 30.11.2021, 10:58
  • Kurs kupna 4,6816
  • Kurs sprzedaży 4,6851
  • Max 4,6898
  • Min 4,6677
  • Kurs średni 4,6834
  • Kurs odniesienia 4,6844
Zobacz również: USD/GBP SEK/PLN NZD/PLN

Analitycy wskazują, że złoty może już śmiało zmierzać w kierunku 4,90 za euro. Pewnie przeczuwając to niebezpieczeństwo prezes NBP po październikowej podwyżce stóp przestał mówić, jak to słaba waluta dobrze służy gospodarce.

- Złoty mocno osłabił się, co będzie wpływać na kształtowanie się inflacji. Podwyżka stóp mogłaby umocnić złotego. Byłby to czynnik antyinflacyjny - powiedział Jan Czekaj.

- Inflacja może zdestabilizować gospodarkę w dłuższym okresie - dodał.

Analitycy mówią, że stopy procentowe w Polsce powinny wzrosnąć do 2,5-3 proc. do końca przyszłego roku. Jan Czekaj zgadza się z tym poglądem. Ale RPP, widząc ryzyko, że Polsce grozi walutowy krach i perspektywę jeszcze szybszego wzrostu inflacji, może starać się teraz decyzje przyspieszyć. Kredytobiorcy zapłacą za to krocie.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »