Reklama

Jak Lehman Brothers rozpętał finansowe tsunami

Choć finansowy świat pierwsze sygnały zagrożenia zaczął wysyłać już w 2006 roku, a w połowie 2007 roku wyraźnie się już chwiał, jako symboliczną datę wybuchu globalnego kryzysu przyjmuje się 15 września 2008 roku, czyli dzień, w którym ogłoszono upadłość banku inwestycyjnego Lehman Brothers. To był wstrząs, który przyspieszył bieg wypadków. Te jednak toczyły się już od pewnego czasu, według scenariusza niczym z filmów Alfreda Hitchcocka.

Wszystko zaczęło się niezbyt dramatycznie i lokalnie, czyli od narastania niespłacanych kredytów hipotecznych w coraz większej liczbie amerykańskich banków. Trudno się temu zjawisku dziwić, skoro kredytów udzielano osobom o niskich dochodach i słabej wiarygodności finansowej, czyli mówiąc krótko, pieniądze "rozdawano na prawo i lewo". Później nazwano to kredytami subprime. Ładnie brzmiało, ale brzydko pachniało już od samego początku. Ryzyko udzielania takich pożyczek było ogromne i banki powinny o tym wiedzieć. Problem pozostałby pewnie problemem lokalnym, co najwyżej, amerykańskim, gdyby kredyty hipoteczne nie obrosły licznymi instrumentami finansowymi, które w oparciu o nie tworzono.

Reklama

Mówiąc najprościej, banki w oparciu o udzielone kredyty emitowały obligacje, które sprzedawały inwestorom z całego świata. Nie tylko uzyskiwały w ten sposób pieniądze na kolejne kredyty, ale i "dzieliły" się ryzykiem z innymi instytucjami finansowymi, często tego ryzyka nieświadomymi. Tą drogą kryzys finansowy błyskawicznie rozprzestrzenił się po całym świecie, niczym epidemia ptasiej grypy. Rynki finansowe nie mają granic i stało się to doskonale przy tej okazji widoczne. Drugim, a może raczej pierwotnym i podstawowym źródłem kryzysu były działania Fed w zakresie polityki pieniężnej.

Hossa, która przeszła w spekulacyjną bańkę

Od początku wieku, po internetowym krachu i późniejszym ataku terrorystycznym na Stany Zjednoczone, zaczęto obniżać stopy procentowe. To przyczyniło się do wzrostu zadłużenia Amerykanów oraz narastającej hossy na rynku nieruchomości. Hossy, przeradzającej się z czasem w spekulacyjną bańkę. Gdy stało się to już jasne, Fed był zmuszony do przyhamowania tego nieracjonalnego zjawiska. Jednak podnosząc stopy procentowe, doprowadził do tego, że obciążenie kredytobiorców spłatą odsetek zaczęło niebezpiecznie rosnąć, popyt na nieruchomości słabnąć a ceny domów coraz gwałtowniej spadać. Spadek cen domów spowodował, że zmniejszała się jednocześnie wartość zabezpieczenia kredytów. Cała układanka, funkcjonująca przez ładnych parę lat zaczęła się chwiać niczym domek z kart i symbolicznie runęła, wraz z upadkiem Lehman Brothers.

Zbyt duże, by upaść

Wcześniej jednak, już wiosną 2008 r. amerykański rząd był zmuszony do ratowania największych banków, takich jak właśnie Lehman Brothers, Merrill Lynch, Morgan Stanley, Goldman Sachs, czy Citigroup. Jak się okazało, dla Lehmana ta pomoc okazała się niewystarczająca. Tuż przed jego upadkiem rząd przejął kontrolę nad dwiema instytucjami, odgrywającymi kluczową rolę na rynku kredytów hipotecznych, czyli Fannie Mae i Freddie Mac. Oczywiście pompując w nie dziesiątki miliardów dolarów.

Mimo narastającej świadomości powagi sytuacji, wszystko się jednak jeszcze jako tako "trzymało" na rynkach finansowych, dopóki panowało przekonanie, że rząd nie dopuści do eskalacji kłopotów. Wówczas powstało pojęcie banków zbyt dużych, by upaść i przeświadczenie, że rząd wszystko uratuje. Rząd jednak "pozwolił" na upadek Lehmana i to spowodowało szok na rynkach. Oczywiście bezpośrednie skutki finansowe upadłości tego czwartego co do wielkości banku Ameryki, banku, który przetrwał 158 lat, w tym Wielki Kryzys lat 30-tych dwudziestego wieku, były dość poważne. Nie aż tak jednak, by wstrząsnąć całym, nie tylko amerykańskim finansowym światem.

Powszechna nieufność

Tym, co ten wstrząs spowodowało, była kompletna utrata zaufania instytucji finansowych wobec siebie. Rynek finansowy zamarł. Gigantyczny strumień pieniądza, który krążył między bankami, państwami, firmami, błyskawicznie wysechł. Skoro stało się jasne, że każdy, nawet największy, może upaść, to nie było chętnych do pożyczania komukolwiek pieniędzy. Nie mówiąc o tym, że wskutek destrukcyjnego wpływu przeceny większości aktywów na bilanse banków, nie były one w sporej części w stanie pożyczać komukolwiek.

W ten sposób kryzys ze sfery finansów i często mocno abstrakcyjnych, skomplikowanych transakcji, przeniósł się z łatwością do realnej gospodarki. Najszybciej dotarł do najbardziej istotnej dla amerykańskiej gospodarki branży, czyli przemysłu motoryzacyjnego. Sprzedaż samochodów załamała się, największe koncerny stanęły na skraju bankructwa, ruszyła lawina redukcji zatrudnienia. Rosnąca rzesza bezrobotnych pogłębiała problemy banków z niespłaconymi kredytami, załamywał się popyt konsumpcyjny, czyli to, co napędzało przez lata amerykańską gospodarkę. Kryzys finansowy przekształcał się w kryzys gospodarczy, a poprzez ścisłą sieć powiązań handlowych i kooperacyjnych, rozprzestrzeniał się po całym świecie. Najwięksi eksporterzy, tacy jak Japonia, czy Niemcy, doznały ciężkiego szoku.

Choroba: Nadmierne zadłużenie i deficyt budżetowy

Głęboka recesja gospodarcza zaczęła ujawniać słabości poszczególnych państw: nadmierne zadłużenie i deficyt budżetowy. Te zaś rosły gwałtownie w związku z koniecznością ratowania gospodarki za pomocą gigantycznych programów stymulacyjnych. Na pierwszy ogień poszły kraje najmniejsze i najsłabsze, także z naszego regionu. Pierwsza była Islandia. O pomoc do międzynarodowych instytucji finansowych zwróciły się między innymi Węgry, Rumunia, Ukraina, Łotwa, Estonia. Potem przyszła kolej na Irlandię, Grecję, Portugalię, Hiszpanię.

Tym sposobem kryzys znów przemieścił się do sfery finansów, tyle, że już nie na poziomie banków, lecz państw. Walka z kryzysem zarówno na szczeblu gospodarek, jak i finansów państw, zaczęła się ostatnio toczyć zupełnie innymi metodami po obu stronach oceanu. Stany Zjednoczone trzymają się "sprawdzonych" u siebie metod, czyli kontynuowania gigantycznych programów stymulacyjnych i drukowania ogromnych ilości pieniądza oraz zadłużaniu się.

To jednak tylko gra na czas. Zadłużenie Ameryki już jest przerażające a jeszcze się zwiększa. Kiedyś trzeba będzie zacząć je ograniczać, choć trudno sobie ten proces wyobrazić, ze względu na skalę zjawiska. Europa idzie ścieżką zupełnie odmienną. Postanowiła ostro ciąć wydatki i zmniejszać zadłużenie, by zrównoważyć finanse państw i uniknąć zagrożenia ich niewypłacalnością. Ta droga wydaje się znacznie bardziej rozsądna, jednak kosztem może być spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego i wychodzenia gospodarek europejskich z kryzysu.

To było nie do wiary...

Koszty zastosowanych przez rządy poszczególnych państw programów stymulacyjnych i ratowania zagrożonych upadłością banków i firm trudno precyzyjnie oszacować. Działania ratunkowe prowadzone były bowiem w różnych formach. Sam tylko program TARP (Troubled Asset Relief Programme), zwany programem Paulsona (od nazwiska Henry Paulsona, sekretarza skarbu w administracji prezydenta George'a Busha), przeznaczony na ratowanie zagrożonych upadłością amerykańskich banków i firm pochłonął 700 mld dolarów a wraz z pieniędzmi wydanymi na reanimację banku Bear Stearns i AIG, stanowił 6 proc. PKB Stanów Zjednoczonych.

Utrzymanie przy życiu AIG, jednego z największych na świecie "konglomeratów" finansowych, który jeszcze niedawno szczycił się posiadaniem ocen agencji ratingowych wyższych niż sama Ameryka, kosztowało tę ostatnią ponad 170 mld dolarów.

W pewnym uproszczeniu można przyjąć, że 700 mld dolarów zostało przeznaczone na wykup złych długów, które zostały "wygenerowane" przez banki i instytucje finansowe szczycące się często ponad stuletnią tradycją, pamiętające Wielki Kryzys z lat 30. poprzedniego stulecia i posiadające kadry o najwyższych kwalifikacjach.

Trudno w to uwierzyć. Trudno było pewnie w to uwierzyć amerykańskiej Izbie Reprezentantów, która 29 września 2008 r. pierwszą wersję planu Paulsona odrzuciła. Przyjęto go ostatecznie 3 października 2008 r. Na wieść o odrzuceniu planu indeks amerykańskiej giełdy Dow Jones zanotował największy w historii spadek swej wartości. Stracił 777,68 punktów, czyli 6,98 proc. Inny indeks giełdy przy Wall Street, S&P500 spadł aż o 8,8 proc. a fala potężnych spadków przetoczyła się przez rynki finansowe całego świata. Największy w historii spadek miał miejsce w notowaniach ropy naftowej. Baryłka czarnego złota, za którą w szycie hossy płacono ponad 147 dolarów, 29 września 2008 r. staniała ze 106,9 do zaledwie 95 dolarów, czyli o 11 proc. Jedyną chyba rzeczą, która tego dnia zdrożała na rynkach finansowych było to prawdziwe złoto. Skok ceny uncji tego kruszcu wyniósł prawie 40 dolarów, czyli 4,5 proc.

Pod koniec stycznia 2009 r. amerykański Kongres przyjął największy w dziejach świata pakiet pobudzania gospodarki, opiewający na 819 mld dolarów. Z tego 545 mld dolarów miała być przeznaczona na szeroko rozumiane inwestycje, takie jak budowa dróg, szkół itp., ale także na dopłaty dla służby zdrowia, najuboższych, pomoc administracji poszczególnych stanów. Ulgi i zwolnienia podatkowe miały pochłonąć 275 mld dolarów.

Amerykańscy podatnicy w poprzednim roku, jeszcze za prezydentury Georga Busha, dostali 150 mld dolarów w postaci ulg.

Do nie mniejszej "hojności", niż Stany Zjednoczone, zmuszone były także kraje europejskie. Niemcy na samo ratowanie banków przeznaczyły 500 mld euro. Utrzymanie przy życiu Hypo Real Estate kosztowało aż 50 mld euro. W listopadzie 2008 r. kraje strefy euro przyjmują plan pobudzania gospodarki na kwotę 200 mld euro. Po kilkadziesiąt miliardów euro przeznaczają na to władze poszczególnych krajów. Chiny wydają na ten cel 586 mld dolarów. Europa, po długich targach i przepychankach, dotyczących pomocy Grecji, w maju 2010 r. przyjmuje wreszcie wart 750 mld euro plan ratowania zagrożonych niewypłacalnością krajów strefy euro.

To się powtórzy?

O skuteczności programów ratunkowych mówi się różnie. Najczęściej dość krytycznie. Na przykład sam inspektor generalny do spraw TARP Neil Barofsky stwierdził na początku tego roku, że program ten, choć przyczynił się do uniknięcia katastrofy amerykańskiego systemu finansowego, jaka groziła mu w 2008 r., to jednak nie spełnił zasadniczego celu, czyli zapobieżenia powtórce sytuacji z lat 2007-2008. W jego wyniku bankierzy nabrali nawet przekonania, że w razi kłopotów rząd znów przyjdzie im z pomocą. Sam program, który pochłonął gigantyczne pieniądze, bez niezbędnych reform sytemu finansowego, mających na celu wyeliminowanie przyczyn kryzysu lub przynajmniej znaczące ograniczenie możliwości jego wybuchu w przyszłości, był tylko deską ratunku, rzuconą tonącemu ale i rozgrzeszeniem dla bankierów winnych w dużej mierze całemu zamieszaniu.

Dodać należy, rozgrzeszeniem, udzielonym bez okazania cienia żalu za grzechy. Symbolem tego braku żalu, a nawet niespotykanej wręcz buty, czy oderwania od rzeczywistości, była wypowiedź Lloyda Blankfeina, szefa Goldman Sachs, jednego z najbardziej znienawidzonych banków inwestycyjnych, w której w wywiadzie dla londyńskiego "The Sunday Times" stwierdził, że bank "robi robotę Boga". Za wypowiedź tę został zresztą nominowany przez magazyn "Fortune" do nagrody absurdu roku. Istotą tej roboty były głównie spekulacyjne transakcje na rynkach finansowych, które przynosiły zyski bankowi i napędzały gigantyczne premie jego szefom i pracownikom. Goldman Sachs, w przeciwieństwie do Lehman Brothers, został uratowany przed bankructwem przez amerykański rząd za pieniądze podatników. Kosztowało to 12 mld dolarów, nie licząc pieniędzy wyłożonych przez prywatnych inwestorów, między innymi słynnego Warrena Buffeta.

Goldman Sachs się wykpił

Dla porównania, bank wypłacił w 2009 r. ponad 16 mld dolarów swoim pracownikom. Do wyników jego bardzo dochodowej i "boskiej" działalności można zaliczyć znaczący udział w windowaniu cen ropy naftowej i innych surowców do poziomów nie mających wiele wspólnego ze stanem ledwie dyszącej gospodarki. Wiosną 2010 r. bank został oskarżony przez amerykańską Komisję Papierów Wartościowych (SEC) o działanie na niekorzyść swoich klientów, oferując im toksyczne papiery wartościowe oparte o kredyty hipoteczne i ukrywając przed nimi faktyczny poziom ryzyka, z jakimi zakup tych papierów się wiązał. Ostatecznie Goldman Sachs wykpił się zawarciem ugody z SEC, w wyniku której zapłacił 550 mln dolarów kary.

Biorąc pod uwagę, że ta "kara" stanowi zaledwie nieco ponad 3 proc. wspomnianych 16 mld dolarów, jakie zainkasował personel "boskiego" banku, można powiedzieć, że taką pokutę mogliby bez szwanku zapłacić z własnej kieszeni. Ale i na tej karze postanowili zarobić, jak na rasowych bankierów przystało. Chyba nie całkiem przypadkiem, Lloyd Blankfein zrealizował opcje na akcje kierowanego przez siebie banku i sprzedał papiery w lipcu, tuż po ogłoszeniu ugody z SEC, gdy poszły one ostro w górę na wieść o wysokości kary, jaką bank ma zapłacić. Boski Lloyd zarobił na tej transakcji ponad 6 mln dolarów. W tej operacji kroku dotrzymali mu pozostali kluczowi managerowie Goldmana, Gary Cohn, który zainkasował prawie 5 mln dolarów i David Viniar, który wyszedł "do przodu" tylko na 4,5 mln dolarów.

Silne jest finansowe lobby

Historia Goldman Sachs i wielu innych banków amerykańskich, podejmujących nadmierne ryzyko w pogoni za zyskami, skłania też do wrzucenia kamyka do ogródka organów nadzoru nad rynkami finansowymi i regulacji nimi rządzących. Dość wyraźnie widać, że i one miały swój udział w narastaniu kryzysu. Dość późno też podjęto działania, mające na celu wprowadzenie zmian, które uniemożliwiłyby powtórzenie się zjawisk kryzysowych w przyszłości. Konkretne rozwiązania pojawiły się dopiero niedawno, a opór i kłopoty, związane z ich wprowadzeniem pokazują, jak silne jest finansowe lobby pilnujące swych interesów.

O skuteczności pakietów mających służyć pobudzeniu gospodarki mogą świadczyć liczby obrazujące choćby sytuacje na rynku pracy i nieruchomości. Od czasu wybuchu kryzysu pracę straciło ponad 8 mln Amerykanów i w dalszym ciągu co tydzień składają oni 400-500 tys. podań o zasiłek dla bezrobotnych. Stopa bezrobocia sięga 9,6 proc. i ani myśli się zmniejszyć W podobnie głębokiej zapaści tkwi rynek nieruchomości. Najlepszą ilustracją tej stymulacyjnej skuteczności jest jednak chyba fakt, że właśnie na kilka dni przed drugą rocznicą wybuchu kryzysu, czyli umownym 15 września, prezydent Stanów Zjednoczonych zamiast ogłosić sukces, ogłosił kolejny plan ratowania gospodarki. Zakłada on budowę dróg, autostrad, linii kolejowych, lotnisk, wszystko za około 50 mld dolarów. Ulgi podatkowe dla firm tworzących nowe miejsca pracy mają kosztować rząd kolejne 100 mld dolarów. Fed wcale nie kwapi się do ściągania z rynku finansowego bilionów dolarów wpompowanych tam w ciągu poprzednich kilkunastu miesięcy. Mówi się wręcz o planach kolejnego szprycowania Ameryki świeżymi dolarami.

Bagatela, 12 bilionów dolarów...

Kwoty, przeznaczone na różnego rodzaju programy ratunkowe i stymulacyjne trudno zliczyć. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kraje grupy G20, czyli najbardziej uprzemysłowionych państw świata, przeznaczyły na nie łącznie około 12 bilionów dolarów.

Na tym tle Polska rzeczywiście wyróżnia się niezwykle korzystnie pod wieloma względami. Uniknięcie poważniejszych skutków światowego kryzysu finansowego i gospodarczego możemy zawdzięczać stosunkowo konserwatywnemu podejściu naszych banków do polityki kredytowej. Jej "luzowanie" zaczęło się dość późno, gdy kryzys na świecie stawał się już wyraźnie widoczny. Udział złych kredytów w aktywach banków nie zdążył więc stać się groźny. Również specyfika naszego rynku nieruchomości sprawiła, że bańka spekulacyjna nie zdołała przybrać niebezpiecznych rozmiarów. Duży rynek wewnętrzny i niezbyt jeszcze nasycony popyt krajowy zdołał w dużej mierze zrównoważyć ograniczenia eksportowe. A i te nie były tak dotkliwe, dzięki zdecydowanemu osłabieniu się naszej waluty, co pozwoliło utrzymać konkurencyjność naszych wyrobów na zagranicznych rynkach. Sporo naszych firm ucierpiało na spowolnieniu gospodarczym, jednak udało się uniknąć fali spektakularnych bankructw.

Bezrobocie co prawda wzrosło, ale jest znacznie mniejsze niż w bardziej nawet rozwiniętych krajach i niższe niż na przykład w latach 2000-2006, a więc wówczas, gdy tempo wzrostu naszej gospodarki sięgało 4-6,5 proc. Niestety nie udało się uniknąć poważnego wzrostu zadłużenia finansów państwa i nadmiernego deficytu budżetowego. Jednak i tu sytuacja nie wygląda tragicznie. Bardzo mało pieniędzy rząd przeznaczył na walkę z kryzysem. Ogłoszony pod koniec 2008 r. antykryzysowy "Plan stabilizacji i rozwoju" opiewał raptem na 91 mld zł. W rzeczywistości wykorzystano jedynie niewielką część tych środków. A w większości miały one charakter nie konkretnych wydatków, np. w postaci dotacji, lecz gwarancji i poręczeń. Wydaje się, że większą niż pieniądze rolę w tym programie miały regulacje zmierzające do zwiększenia elastyczności naszego rynku pracy.

Roman Przasnyski, główny analityk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »