Reklama

Jak teatr z dotacji zbudowałem

Popularny aktor Emilian Kamiński opowiada o perypetiach związanych z budową prywatnego Teatru Kamienica za unijne pieniądze.

Pomysł na własny teatr urodził się w mojej głowie już wiele lat temu. W 1989 roku Teatr Ateneum, w którym wtedy pracowałem, odwiedził na zaproszenie ówczesnego dyrektora, Janusza Warmińskiego - Joseph Papp - legenda Broadway'u, słynny producent i reżyser teatralny. Po jednym z przedstawień miałem okazję porozmawiać z panem Pappem o tym, jak funkcjonują teatry w Ameryce. I wtedy ugruntowała się we mnie myśl, aby kiedyś otworzyć swój prywatny teatr.

Kilka lat wcześniej, mniej więcej od 1985 roku, za zgodą dyrektora Warmińskiego (który zawsze wspierał moją aktywność) zacząłem już robić własne produkcje w Ateneum i od tego czasu chodził za mną taki pomysł, który po rozmowie z Josephem Pappem zaczął się ostatecznie krystalizować. Jednocześnie po 89 roku, na fali budowania nowej Polski, w ramach uznania za moją wcześniejszą działalność opozycyjną, otrzymałem propozycję objęcia dyrekcji jednego z państwowych teatrów w Warszawie. Nawet dano mi kilka placówek do wyboru, ale nie chciałem z tego skorzystać, bo wydawało mi się wtedy, że jeszcze za mało umiem. Poza tym państwowe teatry to są takie niezbyt zwrotne "statki", które mają określony kurs (z całym szacunkiem dla wspomnianego kursu). A przecież czasami chciałoby się ten kierunek zmienić, bo pojawi się coś ciekawego albo ktoś przyjdzie z fajnym pomysłem.

Reklama

Bardini: "Tylko w Śródmieściu''

Tak więc dojrzewał we mnie pomysł na własny teatr, ale do jego realizacji potrzebna była właściwa lokalizacja i oczywiście pieniądze. Zacząłem zatem szukać odpowiedniego miejsca, przy czym zawsze pamiętałem słowa Aleksandra Bardiniego, który mówił mi: "Emilian, pamiętaj, kiedy będziesz otwierał swój teatr, to on musi się mieścić w Śródmieściu, bo kobieta jak wróci po pracy do domu, ładnie się umaluje i ubierze, to chce wyjść do Centrum, a nie gdzieś na przedmieścia". Wziąłem sobie tę radę do serca, a że dodatkowo jestem rodowitym warszawianinem, to chciałem, aby mój teatr był w prawdziwie warszawskim miejscu. W ten sposób znalazłem tę starą, jeszcze mocno przedwojenną kamienicę w Alei Solidarności, której tzw. pomieszczenia magazynowe udało mi się wydzierżawić od Urzędu Miasta.

Miejsce już było, teraz trzeba było znaleźć pieniądze. Ponieważ prywatnie nie dysponowałem niezbędną do tego przedsięwzięcia kwotą, zacząłem chodzić po różnych urzędach w poszukiwaniu innych możliwości. Wchodziliśmy wtedy do Unii Europejskiej i dużo się mówiło o związanych z nią różnego rodzaju dotacjach. A natchnęli mnie do tego... rolnicy, bo zainteresowałem się tym, za co oni kupują te nowe traktory. Zainspirowany takimi możliwościami niemalże wydeptywałem ścieżki do Urzędu Wojewódzkiego, gdzie zatrudnione tam bardzo miłe panie, kserowały mi różnego rodzaju skrypty, które później godzinami czytałem w poszukiwaniu właściwego dla mojej inwestycji programu. Wreszcie znalazłem. Unijny program dotyczący odbudowy dziedzictwa kulturowego wydawał się idealny dla moich celów (chodzi o priorytet 1.4. - "Odbudowa dziedzictwa kulturowego'' Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego). Teraz trzeba było przygotować stosowne dokumenty. Zebrałem więc grupę życzliwych mi ludzi (ich nazwiska są uwiecznione na tablicy honorowej przed moim teatrem), którzy częściowo jako wolontariusze, bez wynagrodzenia, pomogli mi odpowiednio sformułować wniosek. Profesjonalnych firm doradczych wtedy jeszcze nie było, zresztą to się wydaje trudne tylko na początku, ale kiedy się "wgryźć" w tę całą skomplikowaną terminologię, to w końcu rzecz okazuje się łatwiejsza niż można by przypuszczać, po czym złożyłem go w Urzędzie Marszałkowskim. Chodziłem tam potem wielokrotnie w tej sprawie i męczyłem tych biednych urzędników niemożebnie, aż w końcu pewnie mieli mnie już serdecznie dosyć (śmiech). Opowiadano mi później, że dużo całej sprawie pomógł właśnie ten mój zapał, bo widzieli, że facet jest może trochę postrzelony, ale ma wolę i siłę, żeby naprawdę coś zrobić. No i w końcu udało się.

Poręczenie, czyli moment grozy

Muszę jednak powiedzieć, że te unijne pieniądze były bardzo trudne. Udało mi się wprawdzie wygrać konkurs już w 2004 roku i przyznano mi 5 milionów złotych dotacji, ale potem zaczęły się schody. I to nie ze względu na przepisy Unii Europejskiej, czy też postawę urzędników (bo większość z nich z naprawdę niewielkimi wyjątkami była mi bardzo życzliwa), ale z powodu absurdów polskiego prawa. Na przykład nagle, kiedy poszedłem podpisać umowę, okazało się, że muszę mieć poręczenie na 8 milionów złotych. Przedtem zgodnie z unijnymi zasadami mogłem sobie wybrać dwa z dziesięciu zaproponowanych poręczeń. Zdecydowałem się na weksel in blanco oraz dobrowolne poddanie się egzekucji. Spokojny, że wszystko jest w porządku poszedłem do ówczesnej dyrektor w Urzędzie Marszałkowskim (nazwiska nie wymienię, ale musze powiedzieć, że był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy urzędniczka nie była mi przychylna, a nawet mam wrażenie, że chciała wręcz storpedować mój projekt) i dowiedziałem się, że podobno zgodnie z procedurami muszę złożyć poręczenie weksla na wspomniane 8 milionów złotych. Dodam, że przedtem, a rozmawiałem z tą panią kolejny już raz, nigdy o takiej konieczności nie wspominała. Poczułem się wtedy, jakby ktoś mi zarzucił pętlę na szyję. Nie pomagały tłumaczenia, że gdybym miał taka kwotę, to nie potrzebowałbym dotacji, tylko stworzył teatr za własne pieniądze. Grochem o ścianę!

Dotacja jak biczowanie

W końcu po wielu staraniach - a zabiegałem między innymi o poręczenie bankowe, ale wtedy okazało się, że owszem, mogę je otrzymać, ale jeśli zapłacę za to 800 tysięcy - udało mi się uzyskać takie poręczenie od Rady Miasta Stołecznego Warszawy, m.in. dzięki ogromnej życzliwości prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz i wielu innych urzędników, także w Urzędzie Wojewódzkim i Ministerstwie Kultury. Władze miasta zaufały mi i w ramach wspomnianego poręczenia zastawiły kamienicę przy ulicy Smolnej. Ostatecznie blisko cztery lata po wygranym przeze mnie konkursie wreszcie nastąpiła wypłata pierwszych 40 tysięcy z przyznanych mi środków, które później spływały już sukcesywnie a w całości poszły na inwestycję - na generalny remont, modernizację kamienicy, wyposażenie teatru. Sam proces realizacji wypłat i rozliczania się z nich przebiegał już dosyć sprawnie bo unijny mechanizm jest bardzo dobry, tylko niepotrzebnie Polacy własnymi przepisami próbują go "ulepszyć".

W międzyczasie miałem 6 czy 7 kontroli z różnych urzędów, ale nie było z tym kłopotu, bo prowadzę na szczęście bardzo przejrzystą dokumentację.

Zresztą uważam, że takie kontrole są właściwe, jeśli korzysta się z innych niż własne środków. Gdybym z perspektywy czasu miał komuś służyć radą, co powinien zrobić, aby zdobyć unijną dotację na swoją inwestycję, to poradziłbym mu, aby najpierw codziennie biczował się rzemieniem przez co najmniej dwa miesiące, a dopiero potem, już tak zahartowany, zabrał się za niezbędne formalności (śmiech). I uzbroił się w cierpliwość, bo czeka go długi, pełen trudów marsz. Jeśli jednak będzie miał wystarczająco dużo silnej woli, to w końcu dotrze do celu. Bo teraz, kiedy patrzę na mój teatr, jak tętni życiem, a widzowie dobrze się w nim czują, jak warszawianie utożsamiają się z tym miejscem, to uważam, że jednak było warto. I nie wykluczam, że jeszcze kiedyś sięgnę po środki unijne, bo mam jeszcze kilka ciekawych pomysłów. Z tego, co wiem, teraz formalności są o wiele prostsze.

Wysłuchała: Izabella Jarska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »