Reklama

Kto będzie ofiarą "technologicznej zimnej wojny"?

Choć są tak małe jak paznokieć, to od nich zaczyna się światowa wojna. Na razie zimna. Chodzi o chipy, których brakuje na całym świecie, a może być jeszcze gorzej. Stały się dobrem ekonomicznym, politycznym i geopolitycznym. Ale wojna o chipy sprowokowała do pytań jaki ma być światowy ład. I czy przy okazji nie rozpadnie się czasem Europa.

"Jeśli Unia Europejska chce stać się ważnym graczem międzynarodowym i być w stanie chronić swoje interesy gospodarcze przed wpływami chińskimi (i amerykańskimi), wzrosła konieczność centralizacja decyzji politycznych na szczeblu europejskim" - twierdzą Niclas Frederic Poitiers i Pauline Weil, analitycy brukselskiego Instytutu Bruegel w raporcie poświęconym rynkowi półprzewodników i strategii Unii w tym zakresie. Światowa wojna o chipy zagraża najbardziej Unii.



Ale także naszym przyzwyczajeniom, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Oraz naszym konsumenckim kieszeniom. To, że premiery nowych flagowych smartfonów były i są wciąż przekładane, że laptop z chipem z serii sprzed dwóch lat kosztuje więcej niż dwa lata temu, gdy był nowinką, że niedługo nie kupisz już auta, mikrofalówki, lodówki, telewizora, chyba że takie jak pół wieku temu - wszystko zawdzięczasz byłemu prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi. I - oczywiście - także pandemii.  

Miliardy dolarów strat

Szacunki mówią, że z powodu braku chipów do nawigacji, sterowania silnikiem, układami i czujnikami elektronicznymi producenci samochodów w tym roku mają stracić ok. 20 mld dolarów. A to dopiero początek. Deutsche Bank wyliczył, że globalna "zimna wojna technologiczna" będzie kosztować świat ponad 3,5 biliona dolarów przez najbliższych pięć lat. Inni badacze oceniają straty - w najgorszym scenariuszu - na 4 proc. PKB w przypadku gospodarek Unii, Korei Południowej oraz Chin.

Reklama

Czy zawdzięczamy to wszystko Donaldowi Trumpowi? Bardzo wiele, bo to właśnie on rozpoczął "technologiczną zimną wojnę" - jak aktualną sytuację określa na łamach amerykańskiego dwumiesięcznika "Foreign Affairs" Adam Regal, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa, dyrektor programu polityki cyfrowej i cyberprzestrzeni w ośrodku badawczym Council on Foreign Relations. Widać, że prowadzi ona donikąd. Ale jak ją zakończyć - na razie nie wiemy.  

W 2018 roku Donald Trump zarzucił chińskiemu gigantowi Huawei szpiegostwo (a przy tym kilka innych przestępstw) i zakazał amerykańskim firmom handlu z nim. Dlatego np. najnowsze smartfony Huawei od serii P40 nie mają już usług Google. Ale Huawei - zanim sankcje weszły w życie - zaczął kupować ogromne ilości mikroprocesorów na zapas, co zaczęło już w 2019 roku zaburzać rynek. Widząc to konkurenci zaczęli podwajać zamówienia na chipy i kupowali je na zapas. Popyt już wtedy przewyższył możliwości podaży.

Gdy wybuchła pandemia nastąpiły oczywiste zakłócenia w rytmie produkcji i dostaw. Wielki popyt na urządzenia elektroniczne - konsole, laptopy, pecety - rozpętały lockdowny i praca białych kołnierzyków w domu. A równocześnie producenci samochodów, jak GM, Ford, Volkswagen, musieli na pewien czas zamknąć fabryki. Przewidywali spadek popytu, więc anulowali zamówienia.

Amerykańska kontrola eksportu

Fabryki chipów, zwane odlewniami, przestawiły produkcję na zapotrzebowanie producentów laptopów, RTV i AGD. Jednak sprzedaż samochodów ruszyła znowu z kopyta, na co odlewnie nie były w stanie zareagować. Brak mikroprocesorów odczuli już producenci telewizorów i lodówek, choć to zupełnie inna półka w tej branży. A na te produkty popyt rósł w miarę jak ogłaszano kolejne lockdowny na świecie. Do tego doszedł pożar w fabryce Renesas Electronics w Japonii i ekstremalna zima w Teksasie, gdzie odlewa się sporo chipów.

Donald Trump nie poprzestał na umieszczeniu Huawei na "czarnej liście" i poszedł dalej. Od połowy 2020 roku wprowadził kontrolę eksportu zakazując równocześnie amerykańskim firmom sprzedaży znacznej części najnowszych technologii i produktów przedsiębiorstwu z Chin. Co więcej, nakazał kontrolę zagranicznych kontrahentów firm z USA. Postawił sprawę tak - jeśli jesteś tajwańską firmą i sprzedajesz dobra technologiczne mające 25 proc. amerykańskiego "wkładu" Chińczykom, wara ci od kontraktów z USA.

"Szeroka, jednostronna i eksterytorialna kontrola eksportu USA nie jest realną długoterminową strategią ochrony bezpieczeństwa narodowego. Partnerzy amerykańscy nie wytrzymają jej długo, ponieważ demokratycznie wybrani przywódcy spotykają się z wewnętrzną presją, gdy oddają suwerenność Waszyngtonowi i nakładają na swoje firmy ogromne koszty handlowe" - napisał ostatnio na łamach "Foreign Affairs" Chad Bown, badacz z ośrodka Peterson Institute for International Economics.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Te efekty właśnie widzimy. Najwięcej stracił oczywiście Huawei, bo do połowu zeszłego roku jego sprzedaż spadła o17 mld dolarów. Ale Apple podawał, że w tylko II kwartale tego roku będzie miał wyniki gorsze o 3-4 mld dolarów.

Paradoksalnie, sankcje Donalda Trumpa, w połączeniu z pandemią, okazały się skuteczne w swoim najbardziej destrukcyjnym wymiarze dla wszystkich ogniw globalnych łańcuchów dostaw chipów, a niekoniecznie skuteczne jeśli chodzi o bezpieczeństwo USA. Najbardziej jednak mogą uderzyć po kieszeni konsumentów.  

"W ocenie branży konflikt z Chinami może zagrozić jednej trzeciej jej przychodów" - pisze Chad Bown.

Żeby zrozumieć na czym polega problem, przyjrzyjmy się całej branży choćby z lotu ptaka.

- A widział ty Wania Snapdragona 888? - chciałoby się zapytać za Klasykiem. Snapdragon 888 stworzony przez amerykańską firmę Qualcomm nie jest wprawdzie jeszcze tak mały jak mikrob, ale już jest niewiele większy od paznokcia, dzięki technologii upychania w jak najmniejszej krzemowej przestrzeni jak największej liczby możliwości obliczeniowych, logicznych, zadaniowych i komunikacyjnych. Technologia 5 nanometrów (nm) to teraz high-end konsumenckich chipów. Wyposażane są w takie procesory najnowsze "flagowe" smartfony.

Ucieczka do przodu

Inny amerykański gigant Intel, znany niemal każdemu posiadaczowi laptopa twierdzi, że w przyszłym roku wyprodukuje procesory w technologii 3 nm. Intel sam projektuje procesory i  musi zrobić coś, żeby uciec do przodu. Ostatnio dostał silny cios od Apple. Olbrzym z Kalifornii zapowiedział, że w laptopach nie będzie już korzystać z procesorów Intela, tylko z zaprojektowanych przez brytyjski ARM.

Na rynku chipów najważniejszy jest właśnie innowacyjny projekt i oprogramowanie. Wśród projektantów trwa najbardziej zażarty technologiczny wyścig. Innowacje koncentrują się na dodawaniu coraz większej liczby komponentów i funkcji na coraz mniejsze powierzchni oraz zwiększeniu wydajności przetwarzania i zmniejszaniu zużycia energii. Projektanci chipów i oprogramowania walczą o talenty i wydają krocie na prace badawczo-rozwojowe. W ciągu ostatnich dwóch dekad łączne wydatki na badania i rozwój w tym sektorze sięgnęły 15 proc. rocznych globalnych przychodów całej branży.

W projektowaniu chipów i oprogramowania prymat mają USA. Tamtejsze firmy, jak Intel, AMD, nVIDIA oraz twórcy oprogramowania jak Cadence, Synopsy czy Mentor mają aż 65 proc. całego światowego rynku. Ale też mają coraz większe apetyty.

W zeszłym roku nVIDIA zapragnęła wykupić za 40 mld dolarów brytyjską firmę projektową ARM, słynącą z tego, że dostarcza rozwiązań dla najnowszych Snapdragonów. Niemal wszyscy potentaci w branży złożyli protesty do urzędów antymonopolowych. Zarówno przejęcia jak i sankcje amerykańskie są w stanie wstrząsnąć rynkiem.  

Chipy projektują także Samsung i HiSilicon, spółka zależna Huawei. Ale nie wszyscy projektanci chipów mają własne fabryki. To najwęższe gardło światowego rynku. W nim naprężają się mocują ze sobą wszystkie łańcuchy. Żeby wybudować fabrykę chipów potrzeba dwa lata, a inwestycja w know-how i maszyny jest tak droga, że zaczyna zwracać się dopiero w piątym roku - mówią badania. Choć wartość rynku procesorów w latach 1987-2020 wzrosła z 33 do 433 mld dolarów ryzyko związane z takimi inwestycjami jest duże. To potężna bariera wejścia.

Dlatego najwięksi producenci procesorów mają tak silną pozycję. Zwłaszcza Taiwan Semiconductor Manufacturing Company (TSMC), którego przychody stanowią 55 proc. globalnych przychodów wszystkich fabryk chipów. Co ważne, "odlewni", które zdolne są do produkcji chipów z high-endu jest naprawdę niewiele, a należą do nich w zasadzie tylko fabryki TSMC i posiadane przez Samsunga, który ma 16 proc. światowego rynku.

Kto chce mieć procesor z high-endu, musi zamawiać u Samsunga albo w TMSC. Takich chipów nie potrafią odlać fabryki chińskiej korporacji SIMC. Zatrzymały się one na etapie technologii 14 nm, a to procesory, które nadają się do samochodów i pralek, ale nie do laptopów i smartfonów.        

Dwie strony medalu

Skoro TMSC i Samsung tworzą światowy duopol, to nic dziwnego, że w ich kierunku poszły naciski USA. Ponieważ obie firmy korzystają z dostaw sprzętu, komponentów, projektów, technologii produkcji, oprogramowania amerykańskich firm, takich jak Applied Materials, KLA czy Lam Research, USA postawiły im ultimatum - albo przestaniecie sprzedawać Huawei albo stracicie możliwość korzystania z amerykańskich narzędzi.

I TMSC przed tymi żądaniami się ugiął. Od 2020 roku nie wykonuje zamówień Huawei, który był drugim po Apple jego klientem. Co roku na Tajwanie zamawiał chipy warte 5 mld dolarów. Teraz ich nie dostaje, ale TMSC stracił żyłę złota.

Niedostatek chipów na świecie spowodował, że wszyscy chcą produkować. Ale to nie jest prosta sprawa. A najważniejsze pytanie brzmi - który etap produkcji jest kluczowy? Priorytetem chińskiej strategii przemysłowej jest stać się wiodącym producentem chipów na świecie. Komisja Europejska ogłosiła w marcu tego roku strategię, w myśl której planuje zwiększyć udział UE w produkcji wysokiej klasy chipów.

Chiny, widząc swoje uzależnienie od amerykańskich i europejskich technologii już sześć lat temu wyznaczyły sobie cel osiągnięcia samowystarczalności do 2025 roku. W produkcji chipów chodziło o to, żeby w do 2025 roku 70 proc. zapotrzebowania pokrywane było przez fabryki rodzime. Na razie niewiele z tego się udało. Chiny importują rocznie procesory za ponad 100 mld dolarów, a produkcja krajowa pokrywa ledwie 16 proc. ich zapotrzebowania. W ten sposób sankcje amerykański są dla Chin bardzo dotkliwe.

Ale ten medal ma też drugą stronę. Szacunki analityków wskazują, że 90 proc. smartfonów, 67 proc. inteligentnych telewizorów i 65 proc. komputerów osobistych jest przynajmniej częściowo produkowanych w Chinach. Na rynku amerykańskim 96 proc. wszystkich dóbr teleinformatycznych importowanych jest z Chin. Wyobraźmy sobie, że sankcje amerykańskie byłyby w 100 proc. skuteczne. Na półkach sklepowych stałby tylko ocet i gdzie nie gdzie może iphony za kilkukrotnie wyższą niż teraz cenę. USA dostrzegają już ten problem i zastanawiają się jak sytuację rozwiązać. Ale na razie nie myślą o tym, żeby z sankcji się wycofać.

Szczęśliwie dla konsumentów eksterytorialna kontrola eksportu nie jest rozwiązaniem na dłuższa metę - uważa Chad Bown. Producenci procesorów będą starali się zamienić amerykański sprzęt na narzędzia od alternatywnych dostawców. Kiedy już to zrobią, USA stracą przewagę, jaką chciały uzyskać nad chińskimi przedsiębiorstwami. A oficjalne stanowisko USA jest takie, żeby utrzymywać zdolności technologiczne Chin na poziomie dwóch generacji procesorów wstecz, czyli 14 nm.  

Europa w produkcji półprzewodników jest mocno zapóźniona. Udział Unii w światowym handlu procesorami spadł z 22 proc. w 1998 roku do 13 proc. w 2010 roku a potem do 9 proc. w roku 2017. Europejskie odlewnie, jak Global Foundries, Bosch i Infineon w Niemczech, STMicrolectronics we Francji i we Włoszech oraz holenderskie NXP mają udział w globalnych mocach produkcyjnych szacowany na najwyżej 10 proc. I też nie produkują chipów z high-endu.

Ich inwestycje stanowiły w 2020 roku zaledwie 3 proc. dokonanych na świecie. Choć Europa dostarcza najnowocześniejsze materiały i maszyny do produkcji chipów. A popyt z kolei ze strony przemysłu, zwłaszcza motoryzacyjnego - jest ogromny. Z powodu braku chipów Volkswagen zamknął niedawno na pewien czas fabrykę w Polsce.  

Dlatego Unia może być pierwszą ofiarą "technologicznej zimnej wojny". I na razie ogłoszona w marcu strategia Komisji Europejskiej nie daje odpowiedzi na pytanie, jak się nią nie stać - twierdzą Niclas Frederic Poitiers i Pauline Weil. Radzą, żeby skupić się na projektowaniu, a nie na produkcji. Plan infrastrukturalny Joe Bidena przewiduje 50 mld dolarów subsydiów rządowych dla przemysłu mikroprocesorów. Ale Chiny chcą wydać na to samo 170 mld dolarów.

Tymczasem świat, w którym mikroprocesory będą rozdawać karty dopiero się zaczyna. Już są, a będą z upływem czasu największym dobrem gospodarczym i geopolitycznym. Bo do magazynowania i przetwarzanie danych w chmurze konieczne są chipy. Będą sercem automatów produkujących dobra, gdy już nastanie epoka "Przemysłu 4.0". Internet 5G nie wejdzie pod strzechy bez wysokowydajnych półprzewodników. Autonomiczne auta nie ruszą z miejsca. A na to wszystko nakłada się kwestia cyberbezpieczeństwa. 

Konieczne jest więc zakończenie "technologicznej zimnej wojny" bo tracą na niej wszyscy. Unia musi podjąć starania polityczne o zapewnienie europejskim producentom bezpieczeństwa dostaw. Ale do tego musi mieć wspólną politykę zagraniczną. Komisja Europejska powinna też mieć mandat do prowadzenia polityki przemysłowej. W tej chwili kontrola inwestycji i ochrona przed transferami technologii pozostaje w gestii narodowych państw. "Technologiczna zimna wojna" pokazała jak Unia powinna się zmieniać.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »