Reklama

"Nikt nie pozostaje bez planu"

Są dni czy godziny, gdy na dworcu kolejowym w Przemyślu jest spokojnie i cicho, nawet leniwie. Są jednak momenty, gdy w kolejce do kasy stoi kilkadziesiąt, a nawet kilkaset osób. Tak się dzieje, gdy przyjedzie któryś z czterech rejsowych pociągów z Ukrainy.

Ten z Odessy ma nawet coraz mniejsze opóźnienie. W marcu przyjeżdżał cztery - pięć godzin po czasie, tymczasem pod koniec zeszłego tygodnia stanął na stacji tylko czterdzieści kilka minut później, niż założono w rozkładzie jazdy. Czy uda się w pełni dojść do normalności? Wszystko zależeć będzie od tego, kiedy w Ukrainie zapanuje spokój i pokój. Teraz wciąż rytm pracy tamtejszych kolei zależy od działań frontowych.

Nie tak dawno do trzech pociągów - z Odessy, z Kijowa i ze Lwowa - dołączył czwarty, z Zaporoża. Dziennie na przemyski dworzec przyjeżdża średnio 1500 - 1800 Ukraińców, którzy uciekają przed wojną. Mniej więcej tyle samo wraca.

Reklama

Szósty miesiąc po inwazji

Straż Graniczna podała, że w ostatnią środę granice ukraińsko-polską przekroczyło 22,5 tys. osób, tyle samo osób wyjechało z Polski na Ukrainę. Od 24 lutego funkcjonariusze SG odprawili na przejściach granicznych 5,081 mln osób z Ukrainy, a w drugą stronę - ponad 3,17 mln osób.

Wojna trwa już szósty miesiąc, 155 dni. Michał Szachmat, koordynator pomocy z przemyskiego oddziału Związku Ukraińców w Polsce, podkreśla jednak, że to tylko nowy etap, wojna trwa bowiem już od ośmiu lat.

W Przemyślu na dworcu wciąż działa całą dobę punkt recepcyjny i informacyjny. Nie ma już łóżek polowych w hali dworcowej, ale też rzadko zdarzają się sytuacje, by ławki w poczekalni były puste. Wolontariusze - tłumacze zmieniają się co cztery godziny. Ich pomoc koordynuje przemyski Związek Ukraińców w Polsce. Na liście osób, które pomagały, pomagają i chcą to robić, jeśli pojawi się taka potrzeba, zapisano 900 nazwisk. Obecnie dyżury pełni około siedemdziesięciu wolontariuszy. To mieszkańcy Przemyśla, ale nie tylko. Pomagają ludzie z wielu krajów, w tym m.in. z Kanady i USA. Niektórzy są rodzinnie związani z Ukrainą, inni - nie.

Listę chętnych do wolontariatu koordynatorzy nazywają "przedsionkiem piekła".  Bez względu bowiem na to, czy dziennie pomocy potrzebuje kilkanaście czy kilkaset osób, przeżycia ofiar zapadają w pamięci.

Przed dworcem wciąż stoi namiot ze stołami i ławkami oraz stoisko World Central Kitchen. Dziennie wydawanych jest kilkaset posiłków. Wolontariusze WCK znają język angielski i ukraiński. Nie mówią po polsku, ale przyznają, że zaczynają rozumieć. 

Pierwszy tymczasowy dom dla pięćdziesięciu osób

Dom Ludowy (Narodnyj Dom) to wysoka kamienica stojąca niedaleko Sanu, na ulicy prowadzącej na przemyski rynek. Zbudowano ją ze składek przemyskich Ukraińców na początku dwudziestego wieku. Od 1904 r. funkcjonowały tu: placówka naukowa, teatr, klub sportowy, a nawet kino. Po akcji "Wisła" w 1947 roku stała się własnością Skarbu Państwa. W 2011 r. stał się zwrócono ją (za 1 proc. równowartości) Związkowi Ukraińców w Polsce. Historia tej kamienicy jest zagmatwana jak stosunki lokalnych społeczności w Przemyślu: polskiej i ukraińskiej.

Budynek wymagał generalnego remontu. W pierwszej kolejności odtworzono salę teatralną na pierwszym piętrze. Ta od 24 lutego zamieniona jest w salę noclegową. W momencie krytycznym stało w niej 70 łóżek polowych ustawionych w czterech rządach. Po kilku tygodniach (tak jest do teraz) odgrodzono po kilka łóżek parawanami, wyznaczając w ten sposób prowizoryczne rodzinne "zamknięte" przestrzenie.

W sali stoi obecnie 50 łóżek, rzadko kiedy któreś jest wolne. Zwykle osoby uciekające przed wojną spędzają tu po dwa - trzy dni, ale zdarzają się i tacy, którzy pozostają tu tydzień. - Nikt, kto nie ma pomysłu, co robić dalej, nie pozostaje bez planu - tłumaczy Michał Szachmat. Jest nauczycielem w przemyskim liceum z ukraińskim językiem wykładowym, przysięgłym tłumaczem z języka ukraińskiego. W Domu Ludowym przeciętnie on i inne osoby koordynujące pomoc (a jest ich kilkanaście) spędzają dziennie 10 - 12 godzin.

Jedna osoba szuka miejsc z kolejnym zakwaterowaniem i z możliwością pracy. Wykorzystywane są głównie prywatne źródła i kontakty. - Staramy się przedstawiać dwie propozycje, ale nie zawsze się to udaje - przyznaje Michał Szachmat.

Jesień może być trudniejsza

Miejsce noclegowe wymaga odpowiedniego zaplecza. Działa tu stworzona i wyposażona na początku wojny kuchnia oraz pralnia, gdzie prane i suszone są pościel i ręczniki, których używają goście.

W dni powszednie dyżuruje psycholog, który pomaga zarówno uchodźcom jak i wolontariuszom. Prowadzona jest grupowa i indywidualna nauka języka polskiego, ale także... ukraińskiego. Ta druga dla osób, które mieszkają w Przemyślu, pomagają uchodźcom, a nie znają ich języka (to między innymi lekarz, psycholog czy prawnik). Odległość kilkunastu kilometrów od wojny (tyle dzieli Przemyśl od granicy) spowodowała, że na lepsze zmieniły się sąsiedzkie relacje w lokalnych społecznościach, a także między Związkiem Ukraińców a różnymi instytucjami.

Do budynku w marcu przeniesiono konsulat ukraiński. Zorganizowano świetlicę środowiskową dla dzieci. Latem dwie Ukrainki prowadzą półkolonie dla dzieci ukraińskich, które zatrzymały się w Przemyślu na chwilę lub na dłużej.

Niedługo łóżka zostaną przeniesione do innego budynku, tam powstanie noclegownia. To siedziba dawnego seminarium grekokatolickiego, które przestało istnieć po II wojnie światowej. Budynek jest własnością Archidiecezji przemysko-warszawskiej. W Domu Ludowym zacznie się zaś remont drugiego piętra. Będzie to możliwe dzięki pieniądzom z unijnego programu transgranicznego.

Ożyje też parter. Powstaną tu punkty usług dla uchodźców. Udało się już zdobyć pieniądze na ten cel w ramach jednego z grantów. - Uchodźcy, którzy zostali w Przemyślu na dłużej, będą przez nas zatrudnieni po to, by bezpłatnie oferować usługi dla innych uchodźców - mówi Michał Szachmat. Opowiada, że zarówno ten, jak i inne projekty, są możliwe dzięki współpracy z dużymi organizacjami pozarządowymi. Niekiedy jest to bezpośrednia współpraca, a niekiedy Fundacja Dom Ukraiński w Przemyślu aplikuje o pieniądze na określone projekty.

Już teraz na parterze działa punkt pomocowy prowadzony przez Polską Akcję Humanitarną (PAH), w którym realizowany jest program Kart Pomocowych pozwalających uchodźcom w Polsce na zakup najbardziej potrzebnych produktów. Takie punkty działają także w Koszalinie, Olsztynie i Stargardzie.

- Najtrudniejsze jest pozyskanie do pracy przy różnych projektach ludzi, do których ma się w pełni zaufanie oraz to, że na pieniądze czasem trzeba poczekać - tłumaczy Michał Szachmat. - Projekt trzeba napisać, poczekać na rozstrzygnięcie. Najczęściej pieniądze i pomoc potrzebne są na już, a dostajemy je po kilku tygodniach - przyznaje.

W ciągu pięciu miesięcy udało częściowo zamienić działalność charytatywną na zawodową - niektórzy pracują, otrzymując wynagrodzenie za wykonywane zadania. To ważne, bo społeczna aktywność słabnie, choćby z powodu fizycznego i psychicznego wyczerpania, a trzeba się mimo lata i pewnego uspokojenia przygotować na kolejną - jesienną falę uchodźców.

Aleksandra Fandrejewska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »