Reklama

​Nowa broń atomowa. Trwa wojna... na aplikacje

Broń atomowa zbiera kurz w wojskowych magazynach. Nie przyda się w światowym konflikcie, choć ten już trwa. Tu bronią, po którą sięgają mocarstwa są... apki na smartfony. Tylko niewielką przesadą będzie stwierdzenie, że kto kontroluje ekrany użytkowników, może wkrótce panować nad światem. Aplikację są bronią, łupem i polem bitwy.

@Lawatka223 szykuje się na wojnę. Użytkownik TikToka, którego profilowe zdjęcie przedstawia człowieka w pustynnym hełmie, ciemnych okularach i bandanie w kolorze khaki zasłaniającej większość twarzy, pakuje swoje wyposażenie polowe. Pas z amunicją, hełm, kamizelka kuloodporna - wszystko przygotowane do wylotu. Z podpisem “skoro Iran dalej sobie pogrywa". Wkrótce wrzuca też nagranie z długim pióropuszem dymu wydobywającego się z jakiegoś obiektu na pustyni. “Iran nie jest gotowy na to g...".

Użytkownik @Lawatka223 nie podaje swojego nazwiska, ale wszystko, co publikuje w internecie sugeruje, że jest niezwykle entuzjastycznie nastawionym do służby członkiem amerykańskich sił zbrojnych. Jego wpisy śledzi niemal 12 tys. osób. Ale, zdaniem amerykańskich władz, gra w drużynie przeciwnika.

Reklama

Technologiczna "zimna wojna"

Pentagon już na początku tego roku zabronił żołnierzom korzystania z aplikacji na służbowych telefonach. "Jest uznawana za cyberzagrożenie" wyjaśniła oficjalnemu portalowi military.com rzeczniczka U.S. Army ppłk. Robin Ochoa. Formalnie chodziło o to, że aplikacja może przechowywać dane użytkowników na serwerach u siebie w kraju.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Amerykańskie siły zbrojne bardzo nieufnie patrzą na cywilne apki od czasu, kiedy popularna aplikacja biegowa Strava opublikowała w swoim noworocznym podsumowaniu, najpopularniejsze trasy biegowe swoich użytkowników, także tych, którzy stacjonowali w ściśle tajnych amerykańskich bazach na całym świecie. Jakiś zapalony rowerzysta narysował w ten sposób mapę słynnej Strefy 51, po prostu jeżdżąc po niej z włączoną aplikacją.

Ale tym razem chodzi o coś więcej, niż troska o dane osobowe i wycieki informacji. Kilka miesięcy później prezydent Donald Trump zagroził całkowitym wyrzuceniem apki z terytorium USA. TikTok stał się polem bitwy nowej, technologicznej zimnej wojny.

Jeszcze niedawno, kilka - kilkanaście lat temu geopolityka kręciła się wokół tych samych zasobów, o które mocarstwa rywalizowały od dziesiątków, jeśli nie setek lat. O ziemię, wodę i surowce, takie jak ropa. Internet interesował głównie młodocianych miliarderów.

Wśród mocarstw pierwsi zrozumieli to Chińczycy. Ich cały sektor nowych technologii rozkwitł dzięki temu, że entuzjastycznie przyjmowali zachodni hardware, ale internetowym gigantom z Doliny Krzemowej postawili tamę tak skutecznie, że dziś ani Facebook, ani Google, ani Amazon nie mają w Chinach żadnego znaczenia. Ich miejsce zajęły miejscowe firmy, które, nie musząc konkurować z miliardowymi inwestycjami Amerykanów, rozrosły się do ogromnych rozmiarów. Komunikator WeChat, popularny nie tylko w Chinach, ale i w całej Azji, ma już ponad miliard użytkowników. Ponad 400 milionów z nich wykorzystuje go do internetowych płatności.

Strategia strzeżonego ogrodu

Stworzyli w ten sposób zupełnie osobny ekosystem, alternatywnych, niezależnych od USA czy Europy usług i infrastruktury, które tylko miejscami pokrywają się z tymi znanymi użytkownikowi z Polski. Chiński internet jest dla Polaka zupełnie obcym miejscem. I może być przedsmakiem przyszłości.

Jedynym chińskim internetowym gigantem, który próbował z tego “strzeżonego ogrodu" się wyłamać i podbić zachodnie rynki był właśnie TikTok, który tylko w USA ma ponad 50 mln użytkowników. Stąd próby jego zablokowania można uznać za rewanż Amerykanów - “wy zablokowaliście naszego Facebooka, to my nie pozwolimy waszej aplikacji na spokojne gromadzenie danych o Amerykanach". Ale problem jest głębszy. Nie chodzi tylko o infrastrukturę czy pieniądze, chodzi o cały model funkcjonowania społeczeństwa. Różnice między zachodnim a chińskim pojmowaniem tego, czym ma być internet, nie są mniejsze niż te, które dzieliły kiedyś systemy USA i ZSRR.

W Chinach internet jest przede wszystkim narzędziem kontroli. Opracowywany tam od 2007 roku system “kredytu społecznego" ma oceniać zachowanie wszystkich obywateli niemal na każdym polu ich życia i odpowiednio ich nagradzać lub karać. Choćby uniemożliwiając zakup biletów lotniczych czy utrudniając dzieciom zdobycie miejsc w dobrych szkołach. To oparty o Internet system "kija i marchewki", nadzoru nad całym społeczeństwem, w budowanie którego zaangażowani są wszyscy - od operatorów kamer monitoringu po systemy płatności internetowych. Wszystkie chińskie firmy internetowe mają obowiązek udostępniać państwu dane użytkowników. I, co ważne, Chiny eksportują ten system do innych krajów.

Podobne, mniej czy bardziej kompletne systemy nadzoru, powstają już w Wenezueli (“Karta Ojczyzny"), Ekwadorze, Sri Lance, Zambii, Etiopii, Mongolii, Zimbabwe czy Malezji, wszędzie w oparciu o chiński know-how. Brazylijski prezydent Jair Bolsanaro chce, żeby wszystkie kamery monitoringu w kraju zostały obowiązkowo wyposażone w algorytmy - zapewne chińskie - rozpoznawania twarzy. Przy pomocy technologii stopniowo, kolejne państwa przyswajają sobie chiński model funkcjonowania społeczeństwa.

Tutaj pojawiają się porównania TikToka do zimnowojennej rywalizacji. "Jeśli Chiny prowadzą ofensywę przeciwko liberalizmowi nie tylko wewnątrz swoich granic, ale i wewnątrz naszych, to jest w naszym interesie odciąć czynnik zarażenia, który działa doskonale, bo został genialnie zaprojektowany tak, by dawać ludziom to, czego chcą" - pisze analityk technologiczny Ben Thompson. W zimnowojennej narracji TikTok nie jest zwykłą aplikacją - jest bronią wymierzoną w Zachód i jego wartości.

Walka na aplikacje

Na razie wojna o TikToka dobiega końca. W obliczu amerykańskiego embarga, jego właściciel zgodził się sprzedać aplikację amerykańskiemu inwestorowi. Za około 50 mld dol. ma ją kupić Microsoft bądź Oracle. Ale to dopiero początek tej rywalizacji, a walka na aplikacje, choć wydaje się trywialna, może doprowadzić do pęknięcia porównywalnego do “żelaznej kurtyny" - powstania dwóch niekompatybilnych ze sobą internetów, dwóch technologicznych światów równoległych bez wspólnych elementów. Internet, z siły scalającej świat, stałby się narzędziem jego ostatecznego podziału. I bronią w nowej zimnej wojnie.

A dotychczasowe “potyczki" - banowanie Facebooka, Google’a czy WeChata, to dopiero przygrywka. Prawdziwa bitwa o dusze internetu wiąże się z technologią 5G.

Na razie jednak “wojny apkowe" stają się już jednym z narzędzi w arsenale państw prowadzących wojny całkiem realne. 15 czerwca, w odległej, himalajskiej dolinie, żołnierze dwóch atomowych supermocarstw stoczyli krwawą bitwę na maczugi, pięści i kamienie o panowanie nad strategicznym odcinkiem drogi. W stoczonej nocą na skraju przepaści walce zginęło 20 żołnierzy strony indyjskiej i nieznana liczba Chińczyków.

Kiedyś odpowiedzią na taki incydent byłaby militarna eskalacja. Dziś - sięga się po inną broń. Indie natychmiast zablokowały działanie na swoim terytorium 59 chińskich aplikacji smartfonowych. Wyrzucenie ze swojego TikToka jest w geopolityce 2020 roku tym, czym jeszcze niedawno był ostrzał artyleryjski.

Wojciech Brzeziński, polsatnews.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »