Reklama

O co tyle krzyku w sprawie Grecji?

Grecja, która straszy już od kilku lat, to przykład tego, że błędne decyzje podjęte w przeszłości wracają ze zdwojoną siłą. To także potwierdzenie faktu, że na rozwiązanie niektórych problemów z zakresu współczesnej gospodarki i teorii ekonomii brakuje pomysłu.

Grecja jest członkiem UE od 1 stycznia 1981 r. Do strefy Schengen dołączyła w roku 2000 r. Wiązało się to z ogromnymi przywilejami dla tego kraju, w tym także z dostępem do taniego finansowania - ogromne sumy zaczęły napływać do gospodarki w ramach funduszy europejskich. Władze Grecji, jakby na narkotycznym rauszu, brały coraz więcej i więcej. Po wejściu do strefy euro i przyjęciu wspólnej waluty ten południowy kraj mógł uzyskać finansowanie zewnętrzne na poziomie porównywalnym z tym dla Francji czy Niemiec. Grecja nagle zaczęła być postrzegana przez międzynarodowe środowisko jako kraj stabilny, pewny i bezpieczny. A tymczasem, co warto podkreślić, takim nigdy nie była.

Reklama

Stabilność na papierze

Wszystko wyglądało dobrze, ale wyłącznie w teorii. Wzrost gospodarczy za wszelką cenę, który władze greckie przez lata praktykowały i ponad wszystko próbowały utrzymać, istnieje wyłącznie na papierze.

Szybko okazało się, że dług zaczął rosnąć praktycznie w niekontrolowany sposób. Na jaw wyszły wszelakie przekręty greckiej władzy, a także manipulowanie statystykami dotyczącymi deficytu budżetowego i wzrostu gospodarczego.

Problemy nie wzięły się oczywiście z próżni. Narastały przez lata - zadłużenie zwiększane było kolejnymi pożyczkami, wspierane dodatkowo fałszowanymi raportami i danymi dotyczącymi greckiej gospodarki. Niskooprocentowane pożyczki, które złożyły się na wielomiliardowe zadłużenie kraju, nagle w 2006 roku eksplodowały - podwyżka stóp procentowych w strefie euro przełożyła się na skokowy wzrost obsługi długu. Pozostaje pewna wątpliwość: jak to możliwe, że Grecja wypełniła wszystkie wymogi (kryteria) z Maastricht, czyli ograniczenia, spełnienie których dzisiaj jest nierealne dla Polski?

Nie wypełniła (sic!). To także była jedna wielka manipulacja. Być może założono, że przy korzystnych warunkach rynkowych (a takie właśnie się kształtowały na globalnych parkietach i w sektorze inwestycji międzynarodowych), trudności greckiej gospodarki uda się po cichu, poza kontrolą nadzoru i audytu wprowadzić i - przy okazji - naprostować przekłamane wcześniej dane makro.

Nieszczęśliwie dla Greków, najpierw wzrost stóp procentowych w 2006 roku, a następnie kryzys finansowy i problemy z zadłużeniem peryferyjnych krajów strefy euro sprawiły, że rozpoczęło się wyprowadzanie pieniędzy z greckich banków. Agencje ratingowe szybko zareagowały na pogarszającą się sytuację gospodarczą w kraju i zaczęły ciąć ratingi. Przełożyło się to bezpośrednio na wzrost oprocentowania obligacji skarbowych.

Ruszyło swoiste błędne koło... Rząd nie mając pieniędzy na realizację swoich zadań i obowiązków, w tym na spłatę międzynarodowych wierzycieli, był zmuszony podejmować radykalne kroki - zaciągać nowe zobowiązania. Tym razem jednak już nie na tak atrakcyjnym procencie.

W 2009 roku Grecja pierwszy raz stanęła na skraju niewypłacalności. Zabrakło pieniędzy, ale co ważniejsze - także pomysłu na to, jak rozwiązać problem rosnącego zadłużenia. Pomógł Europejski Bank Centralny, który spłacił komercyjne banki - francuskie i niemieckie. Bez tego nie miały one praktycznie żadnych szans na odzyskanie zainwestowanych w Grecję pieniędzy (warto podkreślić, że jest to kolejny przykład podejmowania przez banki nadmiernego ryzyka; w sytuacji kryzysowej okazało się, że upadek instytucji "too big to fail", czyli "zbyt duża, by upaść", mógłby doprowadzić do kolejnego kryzysu finansowego).

Miliardy wsparcia

Po tym jak europejskie banki zostały uratowane i odsunięto w czasie widmo kolejnego kryzysu, spróbowano restrukturyzować greckie zadłużenie, wprowadzić plan oszczędnościowy oraz ciąć wydatki rządu, instytucji państwowych i sektora publicznego.

Grecka gospodarka całkowicie się załamała - bezrobocie wzrosło i przekroczyło próg 25 proc., a wśród młodych ludzi prawie 50 proc., a kraj na południu Europy potraktowano eksperymentalnie. W sytuacji, gdy cały świat korzysta z dobrodziejstw luzowania ilościowego, Grecja - wręcz przeciwnie - z polityki zaciskania pasa. Oczywiście, wiele mówiło się o planie naprawczym odnośnie Włoch, Hiszpanii czy Portugalii. W większości przypadków był to jednak projekt, który w pełnym zakresie nigdy nie został zrealizowany.

Dzisiaj można sobie powiedzieć wprost, że działania mające na celu ostre cięcia świadczeń socjalnych i sprzedaż majątku publicznego, decyzje uderzające w zarobki i emerytury, nie tylko nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, ale prowadzą do istotnego wzrostu napięć społecznych. Im bardziej Grecja potrzebowała pieniędzy, tym więcej ustępstw żądała od niej Trojka (Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy).

Od czasu pierwszych problemów z wypłacalnością w 2009 roku pomoc finansowa dla Grecji sięga już ponad 250 mld euro. To jednak ciągle niewystarczająca kwota i potrzebne są kolejne transze zasilające. Tym niemniej warto pamiętać, że głównymi beneficjentami pożyczek dla Grecji były instytucje finansowe, a nie społeczeństwo. Na wsparcie wewnętrznych sektorów gospodarki, jak chociażby rynku pracy, przekazano niewielką część pożyczonej kwoty. Tego typu działania dodatkowo nakręcały spiralę upadku greckiej gospodarki. Na rynek trafiało coraz mniej pieniędzy, gdyż nagle greckie społeczeństwo w sposób odczuwalny zbiedniało.

Istotna w całym greckim zamieszaniu jest teoria ekonomii, która w tym przypadku poniosła klęskę. Próbowano rozwiązać problem zadłużenia i niewypłacalności kraju (widmo bankructwa) poprzez zaciskanie pasa i kolejne plany naprawy finansów. Beneficjentem środków pomocowych nie było jednak społeczeństwo, które zostało jedynie niewolniczym wykonawcą narzuconych poleceń i wymogów. Pozostawiono je bez pomocy - i to zarówno tej wewnętrznej, jak i zewnętrznej.

Grecja, staje się obecnie symbolem konsekwencji nieracjonalnego zarządzania finansami publicznymi i polityką kredytową kraju.

Grecja polityczna

Kryzys (na razie jeszcze nie finansowy) w kraju na Półwyspie Bałkańskim traktować obecnie należy jako impas polityczny, nie gospodarczy. Unia Europejska, strefa euro, instytucje finansowe i przywódcy krajów znaleźli się w sytuacji patowej. Kwestie pomocy nie dotyczą już tylko spraw dofinansowania, gdyż te raczej na pewno nastąpią. Problem polega na ocenie ryzyka i prawdopodobieństwa kolejnych kroków Grecji, która dla europejskich polityków stała się nieprzewidywalna. Czy jej wystąpienie wpłynie na strefę euro? Jeśli tak, to w jakim stopniu? Finansowo UE raczej nic nie zagraża, nawet jeśli dłużnik wyjdzie z mechanizmu wspólnej waluty bądź zbankrutuje.

Jednakże efekt domina - kryzysu zaufania i niestabilności unijnych struktur, który może zostać przez podobne decyzje uruchomiony, będzie bardzo trudny do zatrzymania. Tym bardziej, że tendencje odśrodkowe nie tylko w Grecji, ale także w innych krajach, takich jak Hiszpania czy Wielka Brytania narastają. Jedno jest pewne - przed Unią trudne miesiące, jeśli nie lata. Trzeba będzie stanąć naprzeciw nowych problemów, które - w odróżnieniu od wcześniejszych - dotyczyć będą przyszłych zasad funkcjonowania Wspólnoty.

Na skraju bankructwa

Grecja bankrutuje - to niekończąca się melodia, którą słyszeliśmy już wielokrotnie. Co się stanie, gdy rzeczywiście do tego dojdzie, a pieniądze wierzycieli nie będą możliwe do odzyskania? Czy powrót do drachmy rozwiąże problem społeczeństwa greckiego i wejdzie ono na drogę wzrostu gospodarczego i dobrobytu? Na podobne kwestie brakuje dzisiaj przygotowanych wariantów czy modeli, które tłumaczyłyby, w jaki sposób zareaguje na podobne zjawisko Unia Europejska, strefa euro czy pojedyncze gospodarki z krajów wchodzących w skład Wspólnoty.

Na razie, gdy ciągle brakuje porozumienia, wzrasta niepokój związany z przyszłością finansową Grecji. I chodzi już nie tylko o finanse publiczne, ale także o indywidualne oszczędności każdego jej mieszkańca. Samoczynnie rozpoczął się w tym kraju rozpad systemu bankowego. Z banków w ciągu kilku dni wyciągnięto oszczędności w kwocie ok. 3 mld euro. Społeczeństwo zaczyna się obawiać, że niedługo dojdzie do załamania systemu i pieniądze zostaną zamrożone na kontach. Wprowadzono ograniczenia wysokości wypłat.

Bez szybkiej decyzji i porozumienia w sprawie kolejnego wsparcia, a co ważniejsze - planu stabilizującego gospodarkę na najbliższe miesiące - może się okazać, że kolejna transza pomocy będzie już jedynie wsparciem charytatywnym dla pogrążonego w chaosie i niepokojach społecznych państwa.

Może zatem warto pozwolić Grecji upaść i skupić się na odbudowie wszelkich nadwyrężonych i rozpadających się mechanizmów gospodarczych tego kraju?

Zawiniła każda ze stron. Zarówno Grecy - poprzez nieuzasadnioną samowolę wydatków i podnoszenie jakości życia (ogólnego dobrobytu, w tym także poprzez bardzo wysokie świadczenia socjalne), które nie miało oparcia w kondycji i sile gospodarki kraju. Łatwo jest przyzwyczaić się do luksusu. Trudniej z niego zrezygnować, szczególnie, jeśli perspektywy powrotu do podobnego poziomu są nikłe. Zawiniła tez polityka wsparcia przez międzynarodowe instytucje, które poszły drogą kolejnych dofinansowań, nie mając w rzeczywistości spójnego planu na przyszłość i przygotowanej strategii na ewentualne kolejne kryzysy, których przecież było już kilka.

Zawinił system wspólnej waluty - Grecja nigdy w strefie euro nie powinna się znaleźć. Winna jest też grecka władza, która prowadziła nierozważną politykę gospodarczą i prospołeczną.

Bartosz Bednarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »