Reklama

PiS i szambo reprywatyzacji

Rząd jest o krok od rozbrojenia reprywatyzacyjnego szamba, które nam przez lata regularnie wybijało. Za to należy im się szacunek. Zwłaszcza ze strony krytyków reprywatyzacyjnych patologii.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Pamiętam swoje pierwsze teksty o dramatach reprywatyzacji - pisane dekadę temu czyli tuż po zamordowaniu przez "nieznanych sprawców" działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej. Warszawski ratusz oddawał wtedy po 250 - 300 nieruchomości rocznie. Paśli się na tym nawet nie mityczni "prawowici właściciele", lecz wyspecjalizowani w czerpaniu korzyści z dramatu tysięcy ludzi skupiciele roszczeń oraz działający na ich rzecz tzw. czyściciele kamienic. To czas, gdy pod płaszczykiem "przywracaniu kamienicom dawnego blasku" rozgrywała się abdykacja polskiego państwa (i samorządu) z prowadzenia jakiejkolwiek polityki mieszkaniowej dla swoich obywateli. Lokatorzy komunalni zostawali sam na sam z nowymi prywatnymi właścicielami, którzy z dnia na dzień podwyższali im czynsze i opłaty. Kończyło się albo wykurzaniem ludzi i tworzeniem z centrum miasta enklawy dla bogatych (w ramach procesów tzw. gentryfikacji). Albo wpędzaniem w spiralę długów tych, co próbowali się jakoś bronić i nie chcieli dać się wyzuć z mieszkania.

Reklama

Ale przecież dzika reprywatyzacja była także dramatem na wielu innych polach. Miasta (zwłaszcza Warszawa) nie były pewne, co właściwie należy do ich zasobu mieszkaniowego i co warto w ogóle remontować. Bo przecież po co to robić, skoro nad nieruchomością lub działką wisi cień roszczenia. Utrudniało to także obrót takimi mieszkaniami przez osoby prywatne. Warszawa - by nie płacić odszkodowań - oddawała w naturze boiska szkolne albo inne budynki użyteczności publicznej. Tak było.

Pamiętam uczucie bezsilności, na które natrafiał każdy, kto próbował się z tematem zmierzyć. "Nic się nie da zrobić" - brzmiała mantra powtarzana przez wszystkich interesariuszy. Samorządowcy i urzędnicy zasłaniali się brakiem tzw. systemowych rozwiązań. Czyli ustawy regulującej kwestie odszkodowań za powojenne uspołecznienie nieruchomości celem odbudowy zniszczonego wojną kraju. Ci, którzy powinni taka ustawę uchwalić też tłumaczyli się niemożnością. "My to byśmy bardzo chcieli, ale Amerykanie i Izrael nam na to nie pozwolą" - powiadali. Jako dowód przytaczano przypadek ustawy stworzonej przez rząd AWS w roku 2001.  Uchwalono wówczas zwrot połowy majątku utraconego w latach 1944-1962: tam, gdzie jest to możliwe, w naturze, a w pozostałych przypadkach rekompensaty w bonach reprywatyzacyjnych. Reprywatyzacja miała dotyczyć tych byłych właścicieli, którzy w momencie utraty majątku i na koniec 1999 roku byli obywatelami polskimi. Reprywatyzację zawetował jednak prezydent Aleksander Kwaśniewski. Wśród faktycznych powodów tamtego weta był wlaśnie lęk przed międzynarodowymi reperkusjami takiej decyzji.

I tak mijały lata. A wraz z nimi rosło poczucie słusznego społecznego gniewu. A reprywatyzacyjne szambo wybijało z wielką regularnością. Po przejęciu władzy w roku 2015 za sprawę spróbował zabrać się rząd PiS. Oczywiście ich polityczni przeciwnicy jęczeli, że działania rządu są pozorne i wypływają wyłącznie z chęci pogrążenia Platformy Obywatelskiej, z której wywodziła się np. długoletnią prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz Waltz.

Faktem jest, że PiS długo nie potrafiło znaleźć sposobu na całkowite rozbrojenie bomby. A pisana przez Patryka Jakiego tzw. duża ustawa reprywatyzacyjna została z powodu presji międzynarodowej schowana do szuflady. Z drugiej strony elementarna uczciwość nakazuje dostrzec wiele mniejszych posunięć, które próbowały rozwiązywać reprywatyzacyjny supeł przy pomocy drobnych cięć i pociągnięć. Na przykład powołując do życia tzw. komisję weryfikacyjną w Sejmie, która przyznała kilkaset odszkodowań dla ofiar dzikiej reprywatyzacji. Problem polega tylko na tym, że większość z nich warszawski ratusz oprotestował. W odpowiedzi PiS uchwalił w 2020 ustawę przekazującą kwestię wypłaty odszkodowań do specjalnej rządowej agencji.

Wszystkie te posunięcia szerokim łukiem omijały jednak prawdziwe sedno problemu, jakim są dalsze roszczenia. Bo problem wcale się nie rozwiązał. To właśnie kontekst, w którym pojawiła się najnowsze nowelizacja kodeksu postępowania administracyjnego. Uchwalona w czerwcu i podpisana przez prezydenta Dudę kilka dni temu.

Problem w tym, że uchwalenie ustawy antyreprywatyzacyjnej to ta łatwiejsza część równania. Podczas gdy wciąż rozwiązać trzeba te trudniejszą. To znaczy zmierzyć się z presją międzynarodową ze strony Izraela i USA największych przeciwników takiego rozwiązania.

I właśnie ten opór dziś - zgodnie z oczekiwaniami - mamy. I to jest właśnie najciekawsza część całej tej historii. Zwolennicy rozwiązania tematu reprywatyzacji raz na zawsze powinni teraz liczyć na następujący rozwój wypadków. PiS w sporze dyplomatycznym z Izraelem (ale tak naprawdę z USA) kładzie na stół swoją kartę atutową. Czyli wycofuje się z antyamerykańskich zapisów w noweli ustawy medialnej. Licząc, że uda się to przehandlować za mniej zdecydowany opór USA wobec noweli KPA.

Czy to się uda? Dowiemy się tego w najbliższych tygodniach. Ale kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije.

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »