Reklama

Polska mogłaby się stać energetyczną Szwajcarią Europy

Decydenci Unii Europejskiej uznali za priorytet zapobieganie zmianom klimatu. Pewnie idea słuszna, bo stabilizacja klimatu mogłaby oszczędzić nam wielu ekonomicznie i społecznie szkodliwych kataklizmów. Tyle tylko, że główną cechą klimatu jest to, że on się zmienia bez względu na obecność człowieka na Ziemi, a wiele zmian miało daleko bardziej dramatyczny przebieg, niż to, co się dziś obserwuje. Wystarczy poczytać zapiski historyków - Jan Chryzostom Pasek opisywał cieplejsze zimy niż te, których doświadczamy na przełomie 2011/12 roku.

Polityce klimatycznej Unii Europejskiej podporządkowano potrzeby gospodarcze, rachunek ekonomiczny i obciążenia społeczne jej obywateli, tak jakby to decydowało o dalszym istnieniu świata. Spór o klimat to zasadniczo spór o to, kto komu gospodarczo wskoczy na plecy, gdy wszyscy walczą, aby utrzymać się na powierzchni wód światowej gospodarki.

Manipulowanie klimatem jest nieefektywne

Klimat to także medialnie świetne zagadnienie, bo po pierwsze - przyczyny zmiany klimatu są bardzo trudno weryfikowalne; a po drugie - każdy boi się czegoś tak nieznanego, jak zmiany klimatu. Dziś dzięki mediom każda katastrofalna powódź, grad, mrozy, powodzie, susze, upały itd. natychmiast straszą z ekranów telewizorów - ale warto sobie uświadomić, że jeszcze 50 lat temu nie wiedzielibyśmy o takich katastrofach, a nawet o gradobiciu w sąsiednim województwie - bo nikt tego by nie sfilmował i nie nagłośnił.

Reklama

Zagęszczająca się infrastruktura jest niezmiernie podatna na kataklizmy, a to powoduje, że efekty kataklizmów klimatycznych, efektownie pokazywanych w mediach, są coraz bardziej przerażające. Zresztą nie jest nawet pewnym, czy próbując zapobiegać ociepleniu, nie zmierzamy w kierunku ochłodzenia. Jest bowiem wiele poważnych argumentów przemawiających za tym, że ocieplenie w jednych regionach spowoduje ochłodzenie w innych. W szczególności stopienie lodowców może spowodować zaburzenia w dynamice przepływu prądów morskich, co np. w Europie Północno-Zachodniej, w tym w Polsce, może spowodować właśnie ochłodzenie.

Nie sądzę, aby był jednak z tym wielki problem, bo manipulowanie klimatem przez człowieka wydaje się zupełnie nieefektywne, ale koszty takiego działania dla niektórych gospodarek są nie do uniesienia. Dlatego też na konferencji klimatycznej w Durbanie przedstawiciele Chin i Indii oświadczyli, że nie podpiszą żadnego porozumienia dotyczącego emisji CO2, które mogłoby uderzyć w ich gospodarki. Oznacza to, że nie tylko nie wypełnią żadnych zobowiązań, ale nawet nie będą na te tematy rozmawiać, ponieważ ich energetyka oparta jest w ogromnym stopniu na węglu kamiennym i każda szybka zmiana w tym zakresie będzie gospodarczo katastrofalna.

Tąpnięcie węglowe w Polsce

Siedząc w otoczonej medialnym murem antywęglowej Europie, nie przyjmujemy do wiadomości, że w ostatnich 20 latach produkcja całkowita węgla kamiennego na świecie wzrosła o blisko 100 proc. i wyniosła w 2010 r. 6,185 mld ton. W tym samym czasie produkcja w Polsce spadła o około połowę i dziś stanowi niewiele ponad 1 proc. produkcji światowej.

Obecnie czołówka światowa w produkcji węgla kamiennego to: Chiny - 3162 mln ton (czyli 3,162 mld ton), USA - 932 mln ton, Indie - 538 mln ton, Australia - 353 mln ton, RPA - 255 mln ton, Rosja - 248 mln ton, Indonezja - 173 mln ton, Kazachstan - 105 mln ton, Polska - 77 mln ton, Kolumbia - 74 mln ton.

Zasadniczo, kraje czołowych producentów węgla to państwa, które gospodarczo się świetnie rozwijają i nie wiedzą, co to kryzys, o którym tak głośno w Europie. Jednocześnie, nie należy dziś tak bardzo krytykować Chin za produkcję połowy węgla kamiennego na świecie - przecież per capita emitują znacznie mniej CO2 niż kraje bogate UE czy państwa Ameryki Północnej.

Skoro bogatych społeczeństw nie stać na ograniczanie emisji CO2, to czego chcieć od Chińczyków czy Polaków? Bogatego społeczeństwa Kanady nie stać na utratę 14 mld dol. rocznie, więc wycofała się z polityki klimatycznej, jakiej chce UE. Zresztą wielkość emisji CO2 zależy w dużym stopniu od tego, w jakiej strefie klimatycznej jest konkretny kraj - Włosi, Hiszpanie, Francuzi, Brytyjczycy nie muszą zużywać tyle energii, choćby na ogrzewanie, zimowe oświetlenie itd., co Polacy czy Kanadyjczycy, więc z tego choćby względu powinni mieć inne limity, a nie mają.

Polski potencjał OZE

Zdecydowanie należy popierać rozwój technologii w zakresie odnawialnych źródeł energii (OZE), ale można odnieść wrażenie, że unijnie pojęty rozwój jest nieracjonalny, bo nie jest podporządkowany uwarunkowaniom w poszczególnych krajów czy regionów. Mimo znaczących zalet, jakimi jest rozwój technologii w zakresie odnawialnych źródeł energii, rozwój OZE w poszczególnych krajach UE nie zawsze jest podporządkowany uwarunkowaniom przyrodniczo-zasobowo-gospodarczym.

Wszystko to przypomina rozwiązania centralnego sterowania - a więc "rozwój" - krajów RWPG, który doprowadził je do gospodarczego upadku. Zdecydowanie OZE to przyszłość energetyki, ale nie można wdrażać ich ślepo na siłę. Dopłaty do importowanych i mało efektywnych w Polsce farm wiatrowych oraz paneli słonecznych wspierają miejsca pracy i innowacje wszędzie, tylko nie u nas. Polski potencjał OZE to biogazownie, biorafinerie, a także zaawansowana geotermika - inne możliwości albo się wyczerpują, albo są mniej efektywne (ekonomicznie, środowiskowo itd.).

Złamanie europejskiej solidarności

W opracowaniach mówiących o skutkach ekonomicznych globalnego ocieplenia od 2 do 5 st. Celsjusza pomijany jest fakt, że są dowody - choćby z terenu Polski - że antropoemisja CO2 nie ma mierzalnego wpływu na globalne ocieplenie. Waga argumentów o roli człowieka w zakresie globalnych zmian klimatu jest co najmniej podobna do przeciwnych ocen w tej sprawie. Stracił też moc aksjomat o wyczerpywaniu się zasobów gazu, ropy i węgla, bo rozwój nowych technologii powoduje, że baza zasobowa tradycyjnych źródeł energii z upływem lat rośnie.

Przepowiednie sprzed 30 lat, że w 2010 r. nie będzie już ropy naftowej czy gazu zupełnie się nie sprawdziły - obecnie mamy udokumentowane większe globalne zasoby gazu czy ropy niż kiedykolwiek wcześniej. Jedną z technologii zwiększenia efektywności wydobycia jest tzw. EGR (czyli z ang. Enhanced Gas Recovery) lub EOR (czyli ang. Enhanced Oil Recovery) polegający na zatłaczaniu CO2 do złóż - odpowiednio gazu, czy ropy - a w ten sposób "wypychanie" tych węglowodorów, co może podwoić wydobycie. Technika świetna - ale co ma do tego polityka klimatyczna? Ależ ma wiele!

Elektrownie opalane węglem kamiennym czy brunatnym produkują ogromne ilości CO2 (z proporcji chemicznych wynika, że spalenie 16 ton czystego węgla daje 44 tony CO2). Aby emitować w całości legalnie, elektrownie muszą kupować zezwolenia na znaczącą część takiej emisji. Z drugiej strony, firmy naftowe zamiast płacić za dostarczane CO2 - np. 50 euro za tonę (choćby polskim elektrowniom), będą kazały płacić sobie np. 50 euro za odbiór 1 tony CO2, jako klimatycznie szkodliwego odpadu. Czysty zysk. Innymi słowy, zamiast kupować CO2 z elektrowni (cementowni itd.), by go zastosować do EGR czy EOR, firmy naftowe pobierają wynagrodzenie od tych elektrowni za przyjęcie od nich CO2 - notują w ten sposób podwójny zysk, tj. efektywniejsze wydobycie i opłaty za odbiór nadmiarowego CO2 od elektrowni.

Oczywiście z tego powodu jest droższy prąd - ale za to w ostatecznym rozrachunku zapłaci ten, kto odbiera prąd z elektrowni opalanych węglem, czyli w największym na świecie zakresie Polacy. Komu zatem zależy na polityce klimatycznej? Temu, kto może na niej zarabiać i na opisanym powyżej opodatkowaniu węgla, jako surowca energetycznego. Skutki ekonomiczne podjętych działań "klimatycznych" charakteryzują się wielkimi dysproporcjami obciążeń gospodarek oraz obywateli poszczególnych regionów UE - od kolosalnych zysków dla jednych, do katastrofy ekonomicznej dla drugich, co jest wbrew idei europejskiej solidarności.

Kto i ile Polsce winien?

Państwa starej UE nie dokonały (w stosunku do roku 1990 - zgodnie z protokołem z Kioto) obniżenia emisji CO2 o 156 mln ton rocznie (8 proc.), lecz o 52 mln ton rocznie (2 proc.). Za brakującą redukcję 104 mln ton CO2 kraje dominujące w Europie odmówiły zapłacenia m.in. nowym krajom UE, które obniżyły emisje w nadmiarze. Najbardziej poszkodowana jest Polska, która zredukowała emisję CO2 o 32 proc., zamiast o 6 proc.

Co więcej, państwa bogate, w tym "stara 15", nie wypełniły zobowiązań Konwencji Klimatycznej, do której tak parły - kraje te miały przekazywać za darmo państwom rozwijającym technologie sprzyjające obniżaniu emisji CO2 (tzw. CDM - Clean Development Mechanism), tymczasem zarobiły na tym i rozwinęły własne innowacje kosztem biednych. Oznacza to, że "stara 15" nie ma mandatu do wymagania realizacji zobowiązań wobec innych krajów.

Wskaźnikiem, w jaki sposób Komisja Europejska faktycznie traktuje wspólną politykę klimatyczną, jest także forma powołania oraz działania tzw Climate-KIC (Climate Knowledeg Innovation Implementation Community przy European Institute of Innovation and Technology w Budapeszcie). Jako dyrektor jednego z oddziałów widziałem z bliska markowane i PR-owe działania ze strony "europejskich decydentów", bez żadnych efektów, bez realizacji zaplanowanego finansowania.

Rząd wszedł w "klimatyczny dół"

Z punktu widzenia efektów działania, premier Donald Tusk w 2008 r. anulował dług "starej 15" zgodą na zamianę roku bazowego z 1990 na 2005. Zamiast beneficjentów, zrobiono z Polaków płatników, doprowadzając do ruiny producentów węgla, cementu, papieru - kosztem wynagrodzenia dla pracowników oraz likwidacji miejsc pracy, przenoszonych poza granice Polski.

Obrazowo: UE postanowiła, aby każdy kraj dla swojej gospodarki wykopał "klimatyczny dół" - Polacy zrobili to najszybciej i do tego wykopali najgłębszy dół, w przeciwieństwie do reszty, która ledwo go podskrobała. Teraz zamiast nam zapłacić za robotę, uznano, że wszystkie doły są takiej samej głębokości i zaczynamy kopać głębiej. A nam już nawet głowa z dołu nie wystaje. To się musi zawalić - tylko kogo najpierw przysypie? Kto jest "kopidołem" dla Polaków?

Zagłębie bezrobocia, biedy i upadku

Nikt nie policzył rzetelnie prawdziwych kosztów polityki klimatycznej UE dla poszczególnych krajów i regionów, tak jak nikt nie przewidział, wzmagającego się europejskiego kryzysu - zakładano stały wzrost gospodarczy, przy którym można prowadzić politykę klimatyczną.

Dziś jest to ekonomicznie szkodliwe i prowadzi do ruiny, nie tylko gospodarki poszczególnych krajów, ale także społeczeństwa. Górny Śląsk, zamiast utrzymywać rolę dźwigni gospodarczej Polski, stanie się zagłębiem bezrobocia, biedoty i upadku, bo jako producent węgla gospodarczo bazuje na przemyśle emisyjnym. Polska ma około 60-krotnie większą koncentrację złóż węgla kamiennego niż pozostała część UE.

Posiadamy też najbogatsze złoża gazu, znaczący potencjał geotermalny i biopaliwowy - z potężną szansą na pionierską bazę polskich technologii, czyli nowatorski rozwój w skali świata. Moglibyśmy być energetyczną Szwajcarią Europy, bez wikłania się w problemy, a także ograniczenia UE. Tymczasem nadal będziemy importować węgiel i gaz, płacąc za ten ostatni chyba najwięcej w Europie, oraz kupować na zasadzie kota w worku elektrownie oraz paliwo jądrowe za pożyczone pieniądze.

Koordynacja działań w polityce geologicznej państwa

Wygląda na to, że poddanie się polityce klimatycznej i nieudolność zarządzania strukturami geologicznymi stała się aktualnie najpoważniejszym problemem gospodarczym Polski. Gdyby Donald Tusk nie popełnił tak poważnych błędów, w rezultacie podpisania w 2008 r. zobowiązań klimatycznych i zarazem udzielając różnym firmom, w latach 2008-2011, koncesji na poszukiwania gazu w łupkach, ale przejął strategię i rozwiązania prawne, przygotowane w tym zakresie przez poprzedni rząd (2006-7 r.), nie trzeba by było podnosić podatków.

To prawda, że autor tego tekstu wydał w 2006 r. pierwsze koncesje na poszukiwania gazu w łupkach, ale towarzyszyła temu pewna strategia, ograniczenia, wstrzymanie wydawania koncesji i przygotowanie ustaw chroniących interesy Polaków. Rząd Donalda Tuska tego zaniechał, wydał bez koniecznych przygotowań i zmian ponad 100 koncesji i z atutu Polski zrobił problem. Dlatego w grudniu 2011 r. do laski marszałkowskiej wpłynął projekt ustawy o powołaniu Polskiej Służby Geologicznej (PSG) (projekt złożył Klub Parlamentarny Solidarne Polski - przyp. red).

Powstanie takiego organu państwa jest podyktowane nie tylko potrzebą zarządzania złożami, strukturami geologicznymi, ale także koniecznością obrony przed polityką klimatyczną UE, rozwiązywaniem kwestii związanych z magazynowaniem CO2 czy działalnością Nord Stream. Nie jest to tworzenie obciążającej budżet nowej administracji, bo zadania geologiczne finansuje państwo, wydając rocznie ponad 100 mln zł. Dzieje się to jednak bez należytej koordynacji, strategii, przy kolosalnym marnotrawstwie i miernych efektach.

Tymczasem każda złotówka zainwestowana w geologię powinna przynosić jej wielokrotność - ale tak nie jest i zasadniczo może to zmienić tylko specjalnie powołany organ państwa. W Polskiej Służbie Geologicznej mają pracować najlepsi geolodzy, górnicy, prawnicy, stratedzy, ekonomiści, wywiad gospodarczy. W światowym rankingu redukcji emisji byliśmy liderem, w poszukiwaniach gazu w łupkach plasowaliśmy się tuż po USA i Kanadzie, byliśmy pierwsi w Europie. Brak efektów ekonomicznych nie dziwi, bo rząd nie ma własnego narzędzia merytorycznego, jakim powinno być PSG, poddaje się więc czynnikom zewnętrznym, bez należytej ochrony interesów obywateli RP.

Dla maksymalizacji zysków dla Polaków i pełnej kontroli Skarbu Państwa w zakresie ograniczania negatywnych dla Polski skutków polityki klimatycznej (w tym zatłaczania CO2 w struktury geologiczne) czy eksploatacji zasobów mają być powoływane przez PSG spółki z udziałem Skarbu Państwa (SP), gdzie udziały SP mają być zależne od wartości struktury geologicznej (złoża), oddanej aportem przez państwo oraz od ryzyka i nakładów inwestora, z rosnącym udziałem rozwijających się polskich technologii.

Pierwsza w Europie

Drugim działaniem - pożądanym z punktu widzenia polskiej racji stanu - jest wykorzystanie faktu, że 1 kwietnia 2012 r. wchodzi w życie rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej (nr 211/2011) w sprawie europejskiej inicjatywy obywatelskiej, dającej możliwości wniosku o zmianę w prawie Unii Europejskiej. Zgodnie z Traktem Lizbońskim i wspomnianym rozporządzeniem - Komisja Europejska zobowiązana jest do zbadania inicjatywy oraz określenia, jakie działania zamierza podjąć, w odpowiedzi na nią i w konsekwencji podjęcia takich działań.

Trzeba dążyć do zawieszenia wykonalności zobowiązań emisyjnych, jak również innych głównych wymagań, związanych z tzw. polityką klimatyczną UE, do czasu realizacji między innymi takich postulatów jak: rozliczenie zobowiązań względem bazowego roku 1990, wynikających z Protokołu z Kioto, przeprowadzenie i zakończenie wiążącymi ustaleniami prowadzonej przez KE (wniosek do KE) debaty nad przyczynami zmian klimatu - do pełnego wyjaśnienia roli człowieka, w tym w szczególności emisji CO2, rewizja limitów dla poszczególnych krajów, zależna m.in. od tego: ile długookresowo wyemitowano na osobę (np. nawet przez ostatnie 100 lat), jaka jest konieczna emisja ze względu na warunki klimatyczne i potencjał OZE, o ile obniżono emisję od 1990 r zgodnie z protokołem z Kioto, jaka jest asymilacja związana z fotosyntezą (lasy, rolnictwo) w każdym kraju itd.

Należy sądzić, że czas niezbędny do realizacji tych celów to około 7 lat, stąd moratorium dla polityki klimatycznej powinno dotyczyć okresu co najmniej od roku 2013 do roku 2020. Kontynuowanie polityki klimatycznej UE będzie najbardziej odczuwalne przez Polaków, ale niewiele mniej odczują to Czesi, Litwini, Słowacy, Węgrzy czy Bułgarzy, a więc obywatele krajów doświadczonych ideologią nakazującą zachowania wbrew prawom natury i rynku. Są to narody, które, mam nadzieję, przyłączą się do Komitetu Organizacyjnego Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej ds. Klimatu, aby przeciwstawić się hipokryzji i powrócić do idei silnej gospodarczo i solidarnej Europy. Czas na działanie.

prof. Mariusz-Orion Jędrysek

Autor jest nauczycielem akademickim, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Wrocławskiego, posiada tytuł naukowy profesora nauk o ziemi. W latach 2005-2007 pełnił funkcję Głównego Geologa Kraju oraz wiceministra środowiska. W wielu kręgach jest uważany za odkrywcę gazu w łupkach. Obecnie zasiada w Sejmie VII kadencji, jest posłem Solidarnej Polski.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »