Reklama

Przepływy kapitału zakręcą światową gospodarką

Mijający rok upływa pod znakiem szalejącej inflacji, więc przyszły powinien być zdominowany przez decyzje największych banków centralnych, które będą zmuszone podnosić stopy procentowe i ograniczać dodruk pieniądza, bo z lekarstwa na kryzys stał się żywicielem wzrostu cen. Globalne przepływy kapitału, w poszukiwaniu wyższych stóp zwrotu, będą rządzić kursami walut, oprocentowaniem obligacji i koniunkturą na giełdach. Odbije się to też na Polsce, bo w dużym stopniu zależy od zagranicznego kapitału.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Im bliżej końcówki 2021 roku, tym gorsze wieści docierają z frontu walki z inflacją, nie tylko w Polsce, gdzie sięgnęła na poziomie konsumenckim (CPI) już 7,8 proc. - najwyżej od dwóch dekad. Amerykanie przecierają oczy ze zdumienia, widząc wzrost cen na poziomie 6,8 proc., z czym nie mieli do czynienia od początku lat 80. zeszłego wieku. W strefie euro z rosnącymi w szybkim tempie cenami problem ma wiele państw: od nadbałtyckich (liderem jest Litwa ze wskaźnikiem aż 9,3 proc.) po największą unijną gospodarkę - Niemcy (6 proc.). To, że średnia dla strefy euro wypada 4,9 proc. nie jest wielkim pocieszeniem, bo po pierwsze to historyczny rekord, a po drugie cel inflacyjny Europejskiego Banku Centralnego (EBC) wynosi zaledwie 2 proc. Potężne problemy z inflacją są także w Rosji, nie mówiąc już o Turcji, gdzie nie tylko jest dwucyfrowa, ale przekroczyła nawet 20 proc.

Reklama

Inflacja to nie tylko suche statystyczne liczby, to zjawisko bolesne dla konsumentów, bo oni najlepiej odczuwają we własnych portfelach co i ile podrożało. Dlatego jak świat szeroki drożyzna stała się także problemem politycznym, bo zaniepokojony konsument w państwach dojrzałej demokracji może swoją frustrację okazać rządzącym przy najbliższych wyborach, a w mniej demokratycznych systemach może skończyć się niepokojami społecznymi. A to może prowadzić do nieobliczalnych skutków, także geopolitycznych. Warto przypomnieć, że tzw. arabska wiosna nie miała genezy czysto politycznej, ale właśnie ekonomiczną, związaną m.in. z rosnącymi cenami żywności, co rozbudziło społeczny gniew. Niepokój inflacyjny odczuwany w USA jest obecnie jedną z przyczyn bardzo słabych notowań nowego prezydenta. Ameryka jeszcze pamięta lata 70. zeszłego wieku, gdy kraj pogrążony był w kryzysie gospodarczym z szalejącymi cenami. Inflacja wywołuje także fatalne skojarzenia w Niemczech, bo nadwyręża niepisaną umowę społeczną zawartą przy wprowadzeniu euro, że nowa europejska waluta będzie tak samo pewna jest marka. Poza tym historycznie wysoka inflacja i idące z tym w parze zubożenie społeczeństwa utorowały drogę do władzy nazistom. Ale nawet jeśli demony przeszłości związane z inflacją należą do bardzo głębokiej historii, to nie zmienia faktu, że w wielu krajach i obszarach gospodarczych rozpoczynają się gorączkowe działania, aby zahamować pochód cen i uspokoić społeczeństwa.

Oczywiście, decyzje w zakresie polityki pieniężnej nie podejmują politycy, tylko banki centralne cieszące się - przynajmniej formalnie - niezależnością. Niemniej, od kryzysu finansowego w 2008 roku wiele z nich znalazło się pod tak dużą presją polityczną, aby ratować miejsca pracy i wspierać wzrost gospodarczy, że wyczuwalne jest zerkanie ukradkiem na polityków i troszczenie się nie tylko o gospodarkę, ale także zachowanie stabilności państw. Czasem wcale nie zapobiega to agresywnym zachowaniom polityków, czego szczytem było publiczne łajanie amerykańskiego banku centralnego Fed przez byłego prezydenta Donalda Trumpa. Nie mówiąc już o prezydencie Turcji, który przyczynia się do częstych zmian na fotelu szefa banku centralnego.

Można postawić tezę, że zakusy władzy politycznej na wpływanie na politykę banków centralnych, a z drugiej strony uleganie przez bankierów takiemu wpływowi w imię wyższych celów (np. utrzymanie wzrostu gospodarczego, działania antykryzysowe) należą do jednej z podstaw obecnego kryzysu inflacyjnego. Największe banki centralne obniżyły stopy procentowe do zera lub blisko zera, a przede wszystkim od lat pompują w gospodarki już nie grube miliardy, ale biliony dolarów i innych walut. W ten sposób zalewają świat tanim, dodrukowanym pieniądzem, co wcześniej czy później musiało poskutkować eksplozją inflacji. W zasadzie można wyrazić jedynie zdziwienie, że stało się tak późno. Częściowym wytłumaczeniem może być początkowe skierowanie strumienia pieniądza na światowe giełdy i rynek nieruchomości, gdzie już od lat mamy do czynienia z tzw. inflacją aktywów. A ponieważ część aktywów (np. surowce) ma związek z cenami wrażliwymi dla konsumentów, w końcu musiało to w nich uderzyć w postaci drożejącej żywności, energii czy paliw. W ten sposób politycy, do spółki z bankierami centralnymi, wyhodowali sobie inflację konsumencką i teraz drżą ze strachu co robić.

Gdyby porównać inflację do pożaru, to można obrazowo powiedzieć, że nie woda czy piana będzie najskuteczniejszym sposobem gaszenia, ale odcięcie dopływu tlenu. Takim tlenem dla inflacji są zerowe lub bardzo niskie stopy procentowe, nieadekwatne do skali inflacji, a także masowy dodruk pieniądza. I taka właśnie sytuacja jest w końcówce 2021 roku. Jednak prawdziwy pojedynek z inflacją przyjdzie dopiero w przyszłym roku, bo co się dzieje obecnie, to dopiero rozpoznanie walką. Dlaczego? Nawet jeśli banki centralne podnoszą stopy, to efekt zobaczymy dopiero za kilka kwartałów, a do tego robią to w sposób zachowawczy (jak ostatnio Bank Anglii), aby nie wywołać paniki w gospodarkach na skutek skokowego wzrostu ceny kredytu np. o 2-3 pkt proc. Także dodruk pieniądza nie jest wygaszany zbyt gwałtownie, tylko krok po kroku przykręca się kurek. Mniejsze banki centralne, np. w naszym regionie Europy, szybciej przystąpiły do gaszenia inflacyjnego pożaru, ale w przyszłym roku największe znaczenie w ujęciu globalnym będą miały decyzje podejmowane przez amerykańską rezerwę federalną oraz Europejski Bank Centralny. W zależności od ich polityki nastąpią gigantyczne globalne przepływy kapitału, które rykoszetem odbiją się na wszystkich gospodarkach, także polskiej. Dlatego już teraz warto przyjrzeć się potencjalnym scenariuszom wydarzeń w 2022 roku.

Jak na razie obydwa kluczowe banki centralne prezentują zgoła odmienne postrzeganie rzeczywistości, pomimo że obydwa mają potężny problem z inflacją (przypomnijmy: 6,8 proc. w USA i 4,9 proc. w strefie euro). O ile w Ameryce inflacja przestała być przez bankierów określana uspokajającym słowem "przejściowa", to w EBC nadal panuje takie przekonanie. Powoduje to coraz bardziej odmienne style prowadzenia polityki monetarnej, przewidywania jej kierunku i komunikowania. W USA trwa ograniczanie skupu aktywów (w praktyce księgowy dodruk dolarów) i taka polityka przyśpieszy w przyszłym roku. Fed daje też do zrozumienia, że w 2022 podniesie w końcu stopy procentowe (obecnie główna wynosi 0-0,25 proc.). Tymczasem EBC, choć zmniejsza skup obligacji, to o podwyżce stóp nie chce na razie słyszeć (główna wynosi zero). Jak wytłumaczyć taką rozbieżność? Choć USA są koszmarnie zadłużone (właśnie podniesiono limit długu... o 2,5 bln dolarów - do 31,4 bln), to podwyżki stóp procentowych raczej nie doprowadzą tam do finansowych turbulencji. Owszem, budżet USA będzie musiał wydawać więcej na obsługę zadłużenia, lecz nie wywoła to konsekwencji politycznych, a wręcz przeciwnie - zduszenie inflacji powinno zostać przyjęte pozytywnie przez wyborców.

Co innego w strefie euro, gdzie mamy kilka wręcz koszmarnie zadłużonych państw (np. Włochy) i każda podwyżka stóp jest tam trudna do zaakceptowania także z powodów politycznych. Wspólna waluta jest przede wszystkim tworem politycznym, czego dowiodło ratowanie bankrutującej Grecji, więc skoro podwyżki stóp byłyby politycznie nieakceptowane przez wyborców i rządy największych dłużników, to łatwo zrozumieć bierność bankierów we Frankfurcie. Sęk w tym, że na dłużą metę może taka polityka być nie do utrzymania. A to przez prawdopodobne wzmożone przepływy kapitału do USA, zachęconego przewidywanymi podwyżkami stóp w 2022 roku, w poszukiwaniu lepszego zarobku.

Odpływ na większą skalę kapitału z Europy, także z państw pozostających poza strefą euro, wywoła turbulencje w gospodarkach, na giełdach (przede wszystkim na rynku obligacji) oraz rynku walutowym. Kto będzie chciał przerzucić kapitał do USA, będzie zainteresowany sprzedażą europejskich aktywów i zamianą pozyskanych środków na dolary. W końcu EBC będzie musiał, chcąc nie chcąc, jednak podnosić stopy procentowe, aby zatrzymać kapitał, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wywoła to presję na podwyżki stóp także wśród mniejszych banków centralnych, np. w naszym regionie Europy, aby nie traciły zagranicznych inwestorów i nie ulegały przecenie ich waluty. Dlatego kierunki i skala przepływu globalnego kapitału w 2022 roku będą miały gigantyczne znaczenie do wielu gospodarek, także polskiej. Motorem dla inwestorów będą zmiany stóp procentowych, ich różnice między obszarami gospodarczymi, oraz kończenie z dodrukiem pieniądza (co powinno temperować inflację). Jednak i z podwyżkami stóp procentowych bankierzy powinni uważać, aby nie zdusić gospodarki i nie wpadła ona w stagnację, bo w miksie z wysoką inflację to byłby gotowy przepis na stagflację - gospodarczy koszmar, którego Ameryka doświadczyła w zeszłym wieku.

Tomasz Prusek
publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne poglądy.

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »