Reklama

Prześluga: Nierentowne linie kolejowe da się ocalić

- W relacjach pomiędzy koleją, PKP SA, zwłaszcza Polskimi Liniami Kolejowymi, a rynkiem istnieje pojęcie interesariuszy. To pojęcie obejmuje przewoźników, ale także pasażerów kolei, których ja pozwolę sobie być samozwańczym rzecznikiem prasowym - uzasadnił swoją obecność na konferencji poświęconej listowi otwartemu w sprawie likwidacji linii kolejowych były członek zarządu PKP SA ds. rewitalizacji dworców kolejowych, Jacek Prześluga.

- Nie do końca wierzę w to, że ten pomysł restrukturyzacyjny polegający na likwidowaniu linii w ogóle się w Polsce spełni - stwierdził były członek zarządu PKP SA. Dlaczego? - Jestem może jednym z nielicznych, który widział raport McKinseya w pierwotnej postaci. Wtedy było to 8 - 9 tys. km linii. Tyle trzeba było ściąć. Czyli doszlibyśmy z poziomu 19 tys. km do około 10-11 tys. km. Nie minęło wiele czasu, a minister Massel mówi o 15 tys. km, z których trzeba ściąć 4-5 tys. km. Dzisiaj słyszymy hasło 3 tysiąca km linii. Jednocześnie docierają do nas takie informacje, które podaje na swoim blogu do publicznej wiadomości pan poseł Szejnfeld: "Zadzwoniłem do ministra Sławka, udało mi się obronić linię Piła - Ujście. Będzie funkcjonowała dalej" - stwierdził.

Reklama

- Można sobie planować coś, będąc urzędnikiem czy politykiem, i ustalać, że tniemy, utrzymujemy, zostawiamy, modernizujemy albo nic z tym nie robimy. Jesteśmy w tym zgodni, że w Polsce część linii kolejowych zlikwidować trzeba, bo one są zbędne. Nie ma co tutaj się oszukiwać, że jest jakaś część linii zbędnych z punktu z punktu widzenia interesariuszy, czyli pasażera, przewoźnika towarowego, przewoźnika pasażerskiego, samorządów, dzisiejszego i przyszłego popytu - powiedział Jacek Prześluga podczas konferencji, na której ogłoszono postulat wprowadzenia moratorium na likwidację jakichkolwiek linii kolejowych do 2020 r.

- Ale nie może o tym decydować polityk, bo chce się przypodobać wyborcom. Ci wszyscy interesariusze muszą o tym decydować. Nie pojedyncze osoby, nie pojedyncze struktury - dodał.

- Grupa PKP SA to jest taka postać stojąca na głowie, wredna zołza, która najpierw wycięła wszelki możliwy popyt, ograniczając liczbę pociągów kursujących, ograniczając modernizację kolei, nie walcząc w dostateczny sposób o pieniądze na te modernizacje. A następnie, myląc skutki z przyczynami, mówi tak: "Musimy te linie wyciąć, bo po nich nie jeżdżą pociągi, na nich nie ma pociągów pasażerskich czy towarowych". Rodzi się zatem pytanie, co zrobiliśmy marketingowo, żeby przywrócić te linie do życia? Być może trzeba dać tam stawkę dostępu 1 grosz za km albo w ogóle zwolnić ze stawki dostępu, żeby wrócił popyt. Tak się to robi - uważa były członek zarządu PKP SA.

- Te czerwone linie to nie jest dla mnie, dla menadżera kolejowego, zadanie do wycięcia - powiedział Prześluga nawiązując do mapy linii, które mają być zlikwidowane, zaprezentowanej przez Timothy Hollaway'a, prezesa Rail Polska. - To jest zadanie do twórczej kreatywnej roboty. Ja, wykorzystując fundusze unijne, coś co nam się zdarza raz na sto lat, ocaliłbym te czerwone linie od wycięcia - pokreślił.

Co jego zdaniem należy zrobić, aby je zagospodarować? - Posłużę się przykładem, który jest kompletnie z kapelusza, ale jest bliski mojemu sercu. Tak, jak jestem samozwańczym rzecznikiem pasażerów, tak, jestem samozwańczym rzecznikiem Bieszczadów i północnej części Polski. W Bieszczadach zaczęło się roić od warszawiaków, buduje się domy, tworzy się nowe miejsca pracy, widać narastające przemieszczanie się ludności w stronę Bieszczadów. Kolej, zamiast myśleć o potencjalnym przyszłym popycie, budować linie w tamtą stronę lub przynajmniej modernizować to, co jest, robi to, co państwo widzicie. Bieszczady będą "wycięte". Może dojedziemy jednym pociągiem do Sanoka i to będzie wszystko. Czy tak myśli manager? Otóż nie - uważa Jacek Prześluga.

- Wrócę do poziomu myślenia prezesa Karnowskiego, który - jak sądzę - jest wykonawcą misji politycznej, musi wywoływać pewne tematy. Gdyby prezes Karnowski powiedział wczoraj tak: "Po analizie i zasięgnięciu opinii interesariuszy, samorządów, pasażerów kolejowych, przewoźników doszliśmy do wspólnego wniosku, że dla dobra polskich linii, dla dobra państwa polskiego należy ograniczyć wielkość linii o 1274, to miałbym do niego jako do fachowca szacunek. A oni spod dużego palca wyciągają liczby 3 tys., 9 tys., 12 tys. km. To jest bez sensu. Jakiś urzędnik PLK opierając się na wcale nie najgłupszych doradcach z McKinseya mówi: "Niech będzie to 3 tys. km". Przy tym McKinsey w swojej analizie, którą widziałem, mówił, że możemy zaoszczędzić w PLK prawie 800 mln złotych rocznie, ale nie tylko na wycinaniu linii. Także na tym, że tniemy administrację, usprawniamy system zakupów, centralizujemy lub decentralizujemy tam, gdzie trzeba. Stąd się bierze oszczędności. A nie z tego, że "zetniemy" 3, 10 czy 5 tys. km linii - wyjawił.

- Czy ta inicjatywa ma sens? Mam nadzieję, że obudzi ona ludzi spoza kolei, nie tylko samych kolejarzy, bo to nie może być biznes rozstrzygający się między jedną czy dwiema firmami prywatnymi czy samorządowymi a PLK. To wcale nie o to chodzi. To chodzi o to, żebyśmy mogli dojechać pociągiem z punktu A do punktu B, będącym w dobrej, korzystnej relacji do innymi środków transportu lądowego w Polsce - podsumował Jacek Prześluga.

Dowiedz się więcej na temat: PKP | PKP SA | jacek | koleje | Ale | członek zarządu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »