Reklama

Rafał Woś: Chcecie ratować klimat? Przeproście się z długiem

Ratowanie planety jest celem szczytnym. Ale także horrendalnie drogim. Jeśli na drodze do tego celu chcemy uniknąć społecznego seppuku, musimy zapłacić za niego długiem. I zaakceptować, że zostanie on z nami na całe pokolenia.

Neutralność klimatyczna (po angielsku zwana "net zero") jest ostatnio na ustach wszystkich. Modnie jest nawet podawać konkretny termin. Ostatnio coraz częściej taką datą jest rok 2050. To wówczas najważniejsze (i najbardziej emisyjne) gospodarki świata mają stać się klimatycznie pasywne. Aby ten cel osiągnąć, konieczne są olbrzymie inwestycje. W zasadzie porównywalne tylko z wysiłkiem wojennym dwóch globalnych konfliktów w XX stuleciu.

Zmienić się musi wszystko. Po pierwsze, sposób pozyskiwania energii - tak by pochodziła ona albo ze źródeł odnawialnych lub z atomu. Ale także, by była stabilna. To znaczy byśmy mieli ciepło, jasno, miło i online bez ryzyka blackoutu. To znaczy bez nagłej przerwy w dostawach energii wywołanej niewydolnością istniejących dziś technologii magazynowania energii. Co jest piętą achillesową zwłaszcza energetyki zielonej. A to dlatego, że nie zawsze wieje i świeci odpowiednio mocno. A energii trzeba nam stale.

Reklama

Do tego dostosowanie światowego transportu indywidualnego, towarowego i pasażerskiego do zielonych wymagań. Wiadomo przecież, że z mobilności i świata jako globalnej wioski tak łatwo nie zrezygnujemy. Potem domy, w których mieszkamy i budynki, w których spędzamy nasze życie: pracując, ucząc się, lecząc, modląc, ćwicząc. Tak, by nie psuły atmosfery i (co ważne), żeby nie gubiły energii. I wreszcie zazielenienie produkcji przemysłowej. Tu nakłady są najniższe, bo przemysł jest już dziś najlepiej przygotowaną do ekologicznych zmian gałęzią gospodarki.

Ile to będzie kosztowało?

Według raportu londyńskiej firmy konsultingowej Vivid Economics - przygotowanego na zamówienie najnowszego szczytu klimatycznego ONZ w Glasgow - rachunek za tak rozumianą zieloną transformację będzie wynosił... weźcie głęboki oddech... 125 bilionów dolarów. Przypomnijmy, że polski bilion ma 12 zer. Czyli 125 000 000 000 000 dolarów. W literaturze anglojęzycznej, gdzie stosuje się tzw. krótką skalę, przeczytacie o 125 "trillionach". Ale my pozostańmy przy stosowanej u nas skali długiej. Zgodnie z nią z tych 125 bln 32 biliony są konieczne do wyłożenia już do końca obecnej dekady.

Dla porównania przypomnijmy tylko, że roczne nominalne PKB największej gospodarki świata czyli Stanów Zjednoczonych wynosi ok. 20 bilionów dol. Chiny to 16 bln. Japonia 5 bln. Niemcy 4 bln. Polska 0,6 bln. Załóżmy, że cała amerykańska gospodarka chce sfinansować globalną transformację energetyczną i pracuje tylko na rzecz "net zero". A wszyscy obywatele oraz korporacje nie zarabiają ani centa i żyją wyłącznie z zaskórniaków. Wtedy musiałoby minąć sześć lat pracy amerykańskiej machiny ekonomicznej na 100 proc. obrotów, by zapłacić tylko ten rachunek. Chińskie PKB spłaciłoby zieloną transformację po 8 latach wytężonej pracy. Japońskie po ćwierć wieku. Niemieckie po 31 latach. I tak dalej.

To oczywiście tylko porównanie mające zobrazować skalę wyzwania. Ale ten koszt jest przecież realny. I będzie realizowany. Ktoś więc zapłaci? Ale kto?

Pieniądze na zieloną transformację pochodzić mogą (i będą) z trzech źródeł. Po pierwsze od aktorów komercyjnych. Czyli przedsiębiorstw prywatnych oraz funduszy inwestycyjnych. A więc nastawionych na zysk instytucji, które będą chciały na zielonej rewolucji zarobić. Przy okazji ponosząc jakieś własne nakłady. Nic w tym oczywiście złego. Tak działa kapitalizm.

Ale mówienie, że sam sektor prywatny dźwignie "net zero" to bajeczka dla grzecznych dzieci. Znając ostrożność prywatnego biznesu i ograniczoną skłonność do ryzyka, tych pieniędzy nie wystarczy.

Część kosztów zielonej rewolucji zostanie oczywiście przerzucona na obywateli. Oni zapłacą albo wprost w formie "podatków ekologicznych". Takich jak na przykład niemiecki model współfinansowanie energetyki odnawialnej wprost z kieszeni podatnika. Albo w formule bardziej ukrytej. Czyli poprzez podwyżki cen prądu, gazu albo paliw. To model, który znamy bardzo dobrze z ostatnich miesięcy. Także w Polsce.

Ale i kieszenie obywateli są zbyt płytkie, by sfinansować transformację. Zwłaszcza w krajach biedniejszych. Lub tych bogatych, ale mocno nierównych. Tam finansowanie konsumenckie skończyłoby się rewoltą społeczną oraz wielkim kryzysem konsumpcji.

Jak by nie liczyć, nie obejdzie się więc bez pieniędzy państwa. W tym też nie ma nic dziwnego. W końcu to państwa są we współczesnym kapitalizmie najważniejszym emitentem pieniądza. Zaś banki komercyjne tylko im w tym procesie pomagają, emitując kredyt. Ale to państwo ma monopol na produkcję pieniądza. Oraz na jego konkurencyjne pożyczanie.

To jednak oznacza, że zielona transformacja będzie musiała być finansowana długiem publicznym. Oczywiście zaciąganym w różnych formach. Częściowo w modelu klasycznym (poprzez emisję papierów skarbowych). A pewnie i coraz częściej także poprzez interwencyjny skup tych samych papierów i umieszczanie ich na święte nigdy w zasobach banku centralnego. I taka ich "utylizacja". To już się z resztą dzieje - tak utylizowany jest covidowy dług. W strefie euro, w Ameryce i w mniejszych krajach.

W związku z tym już dziś musimy sobie powiedzieć jasno. Jeśli chcemy sprostać celom klimatycznym XXI wieku, musimy wyrzucić do śmietnika te wszystkie strachy, które kładli nam do głowy liberałowie w minionych 40 latach. Strachy głoszące, że dług publiczny należy trzymać w ryzach, a władze monetarne powinny pozostać apolityczne i nastawione wyłącznie na walkę z inflacją. Musimy myśleć po nowemu. Inaczej tych 125 bilionów nie uciągniemy.

No chyba, że zaoszczędzimy się na śmierć. Zdemolujemy państwo dobrobytu, bezpieczeństwo emerytalne, porzucimy walkę z nierównościami. Słowem - będziemy oszczędzać na ludziach. Byle tylko sprostać zielonym wyzwaniom.

Ale wtedy będziemy, jak z tego dowcipu o rolniku, co chwalił się, że oduczy konia jeść. "Przecież padnie martwy" - przestrzegali go sąsiedzi. Ale on się uparł i głodził. Po tygodniu koń faktycznie padł martwy. "No i co gospodarzu? Nie oduczyliście" - powiadali strapieni sąsiedzi. "Jak to nie oduczyłem? - upierał się rolnik. "Jeszcze dzień, najdalej dwa, a na pewno by się oduczył".

Czy tego chcemy dla naszych społeczeństw?

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »