Reklama

Rafał Woś: Idzie nowy kolonializm. Tym razem „zielony”

A jeśli bogaty Zachód używa swojej pozbawionej alternatywy zielonej agendy do tego samego celu, do którego używał nie tak dawno neoliberalnej śpiewki o konieczności wolnorynkowych reform?

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Pamiętacie czasy neoliberalnej TINY? Ja pamiętam bardzo dobrze. Było całkiem jak w początkach masowej produkcji Fordów T. Oczywiście - powiadali producenci - że możesz mieć auto w dowolnym kolorze. Pod jednym wszakże warunkiem: że będzie to kolor czarny. Tak samo było te dwie-trzy dekady temu z neoliberalizmem. Kraje były - oczywiście, jakże by inaczej! - suwerenne i demokratyczne. Prowadzić mogły jednak tylko jeden typ polityki gospodarczej. Oparty na takich dogmatach jak "zbawienna" liberalizacja handlu, "dobre dla wszystkich" niskie podatki, i zwijanie "marnotrawnego" państwa dobrobytu. Próbowałeś robić po swojemu? Zaraz miałeś na karku nieformalnych policjantów "waszyngtońskiego konsensu": Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, agencje ratingowe, Financial Timesa, Economista, tabuny noblistów z Chicago i kogo tam jeszcze chcecie.

Reklama

Dla polskich elit III RP ta presja była zbyt silna. Zbyt łatwo było popłynąć z prądem. I zbyt trudno się temu prądowi przeciwstawić. A nasze elity polityczne, medialne i symboliczne chciały być wtedy prawdziwymi Europejczykami. Pod presją uginali się więc i czerwoni i czarni. I postsolidarnościowcy i postkomuniści. W takich okolicznościach polskie przemiany nie mogły skończyć się inaczej. Tak właśnie rozebrano polski przemysł wystawiając go z dnia na dzień na konieczność rywalizowania z najbogatszymi i najnowocześniejszymi i hiperagrseywnymi korporacjami globu. Tak obniżono polskie podatki. Tak przećwiczono w Polsce wysokie bezrobocie. Tak wycofano państwo z wielu dziedzin odpowiedzialności za los obywatela: czego skutki odczuwamy do dziś.

Ktoś powie, że to stare dzieje. Zgadzam się. Prawdą jest również to, że dziś jesteśmy o tych kilkadziesiąt książek, wystąpień i przemyśleń mądrzejsi. Rzeczywistość nam się zmieniła. Dziś nie jest już aktem odwagi powiedzieć, że byliśmy ofiarami neoliberalnej presji i opresji. To normalny punkt widzenia w debacie. Nikt już za to z niej was nie wyeliminuje.

Ale to przecież nie znaczy, że presje i opresje zniknęły. Mechanizm narzucania swojej woli przez silniejszych tym słabszym jest czymś uniwersalnym. Przybiera on raczej coraz to nowe szaty. I trudno już dłużej nie zauważać, że taką najnowszą szatą jest niestety ekologizm Zachodu. Widać to zwłaszcza w ostatnich dniach i miesiącach. Gdy Polska co rusz dostaje po głowie zieloną pałką. Ale od tego, że pałka jest zielona nie przestaje ona być narzędziem opresji. Niestety.

Zauważyliście pewnie, że kilkakrotnie użyłem słowa "niestety". Nieprzypadkowo. Pisze "niestety", bo nie jestem ekologicznym denialistą. Przeciwnie. Zgadzam się, że nadmierna eksploatacja zasobów naturalnych planety doprowadziła do wielu zgubnych zjawisk. Związanych nie tylko z klimatem, ale także ze stabilnością szeregu elementów ziemskiego ekosysytemu. Nie zamierzam też szydzić z tych, którzy autentycznie proszą się o naturę. Ani z tych, co się boją klimatycznej katastrofy. Niestety ich obawy są prawdziwe. I właśnie dlatego na ich autentycznym strachu budowane są nowe mechanizmy opresji. Właśnie dlatego skuteczne, że dobrze umiejscowione.

Ekologizm Zachodu, który na naszych oczach wkracza w ostrą - wręcz ofensywną fazę - jest jednym z nich. Opiera się on na przeświadczeniu, że musimy działać. Już! Teraz! Natychmiast!! Bo nie ma czasu do stracenia! Dosyć gadania. Zielona agenda musi być radykalna, ambitna i zębata. Stąd jej ciągłe zaostrzanie i oparcie o realne konkretne mechanizmy. Takie jak stałe zwiększanie kosztów (poprzez system handlu emisjami) produkowania potrzebnej do funkcjonowania społeczeństwa energii z odpowiednich źródeł.

Bardzo chciałbym nie dostrzegać podobieństw dzisiejszej "zielonej rewolucji" do opisanej swego czasu przez Naomi Klein neoliberalnej "doktryny szoku". Ale jakoś nie potrafię. Zazdroszczę tym, co tego nie widzą. Wiem przecież, że byłoby milej tego nie widzieć. I płynąć sobie z głównym zielonym nurtem. Ale podobieństw jest niestety wiele. Jak pamiętamy po upadku ZSRR nastąpił czas hegemonii zachodniej wersji liberalnej demokracji - opartej o neoliberalne podejście do gospodarki. Kraje peryferyjne i półperyferyjne (jak Polska) musiały się dostosować. Jak najszybciej. Bez zbędnej debaty. Albo będzie tak, jak głosi konsensus waszyngtoński, albo koniec: bankructwo, populizm, nacjonalizm, faszyzm, głód i bieda. Możecie sobie wybrać Forda T jakiego tylko chcecie. Pod warunkiem, że będzie czarny. Możecie mieć jakie chcecie podatki, pod warunkiem, że będą niskie. A zagraniczni inwestorzy będą z nich w ogóle zwolnieni. Możecie prowadzić jaką chcecie politykę celną. Pod warunkiem, że nasz kapitał będzie mógł do was zawitać bez żadnych ograniczeń. Możecie otoczyć swoich pracowników jaką tylko chcecie opieką. Pod warunkiem, że ta opieka nie przeszkodzi naszym firmom z korzystania z zasobów taniej i dyspozycyjnej siły roboczej. I tak dalej, i tak dalej..

Z ekologizmem też tak jest. Dla krajów takich jak Polska Unia Europejska coraz bardziej zamienia się w pułapkę. Politykę energetyczną możemy sobie prowadzić jaką chcemy. Pod warunkiem, że nie będzie się opierała na węglu. Oczywiście rozumiemy - osiada nam Zachód - że z węgla nie wychodzi się tak ot w ciągu jednej nocy. Nasze zachodnie gospodarki też się przecież z węgla wycofują od dobrych 40 lat. Wszystko to pod warunkiem, że nie będziecie mieli nic przeciwko temu, żeby się ten kalendarz stale skracał. Ot tak jak ostatnio w temacie Turowa. Który najlepiej gdybyście zamknęli... natychmiast.

Skąd brać energię potrzebną ludziom do życia? Tu macie oczywiście pełną dowolność. Najlepiej jednak, żebyście nie budowali elektrowni atomowych. Najlepiej rozwijajcie energetykę odnawialną w oparciu o technologie, które wam sprzedamy. A potrzebną do stabilności systemu energię rezerwową... też wam sprzedamy. Z naszych nadwyżek. I nie mówcie nam, że zielona rewolucja opiera się olbrzymim (i wciąż niepoliczonym) koszcie przerzuconym na społeczeństwo. Ani na rabunkowym (z punktu widzenia planety) zwiększeniu wydobycia wielu zasobów naturalnych potrzebnych do wywożenia zielonej energii. O tym słuchać nie chcemy! A każdy kto te haniebne argumenty podnosi jest zwykłym ekologicznym denialistą. Pariasem, któremu nie wolno podawać ręki ani traktować poważnie. W tej ostatniej kwestii mamy zresztą jeszcze jedno podobieństwo. Bo dokładnie na tej samej zasadzie eliminowano z "poważnej rozmowy" przez całe lata tych wszystkich, którzy neoliberalną TINĘ ośmielali się kontestować.

I jeszcze coś. Dzieje się to w wszystko cieniu wielkich aktów strzelistych. Nie tylko deklarowanej troski o planetę. Ale także - jakże popularnego na Zachodzie - przepraszania za kolonializm. Jednocześnie mamy produkowany tuż obok nowy kolonializm. Tym razem właśnie zielony.

Ten nowy kolonializm szkodzi także samej zielonej sprawie. Nowa zielona TINA nastawia źle do samej troski o planetę. Konflikt będzie się zaostrzał. Znowu...niestety. Ale to jest właśnie kierunek, w którym zmierzamy.

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »