Reklama

Rafał Woś: Nie, euro nie chroni przed inflacją

Nie miejcie złudzeń. Wspólna unijna waluta nie jest żadną bezpieczną przystanią, w której można się schować przed wzrostem cen.

Grupa Polsat Plus i Fundacja Polsat razem dla dzieci z Ukrainy

Jest w Polsce dość spora grupa ludzi (często wpływowych), którzy na każdy ekonomiczny wstrząs, geopolityczne wyzwanie czy społeczny kryzys mają jedną niezmienną odpowiedź: trzeba jak najszybciej wprowadzić w Polsce euro! Ta argumentacja pojawiła się również w początkach wojny Rosji z Ukrainą. W myśl tej koncepcji euro ma być rodzajem ochronnej tarczy, zza której można gwizdać na problemy związane z wahaniami kursów walutowych, na szoki na rynkach surowcowych wywołujące inflację i w ogóle na wszelkie kryzysy, które nam przynosi życie w warunkach współczesnego kapitalizmu.  

Reklama

Niestety - rzeczywistość ostatnich miesięcy - nie tylko nie potwierdza, ale wręcz kompletnie falsyfikuje całą tę wiarę w zbawczą moc euro.

Obecne wyzwanie wysokiej inflacji jest bowiem udziałem większości krajów rozwiniętych. Niezależnie od tego czy przyjęły wspólną unijną walutę czy też pozostały suwerenne pod względem walutowym.  

Jeśli bowiem spojrzymy na kwietniową inflację w Unii Europejskiej to na czele listy będziemy mieli właśnie kraje szczycące się członkostwem w strefie euro. Czyli Estonię z inflacją na poziomie 19 proc. Litwę 16 proc. oraz Łotwę 13 procent. Warto też zauważyć, że wysoka inflacja nie dotyczy tylko krajów bałtyckich. Notują także ją bowiem także inni członkowie eurolandu: Holandia i Słowacja (po 11 proc.) A także Belgia, Grecja i Luksemburg - po 9 procent. Przypomnę raz jeszcze, że są to dane za kwiecień, które w czasie najbliższych odczytów majowych pójdą pewnie w górę o kolejne 2-3 punkty procentowe.

Oczywiście istnieją w strefie euro kraje gdzie inflacja jest - jak na obecne czasy - dość niska. We Francji i na Malcie wynosi ona 5 proc. A we Włoszech czy Finlandii ok. 6 proc. Jeśli już jednak szukamy na starym dobrym Zachodzie to dodajmy dla uczciwości, że jeszcze niższą dynamikę cen mają w Norwegii (4,5proc.) czy w Szwajcarii (2,5 proc.). A więc w krajach, które nie mają i nie zamierzają przystępować do obszaru wspólnej waluty.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Najważniejszy polegał będzie chyba na tym, że euro nie jest żadnym magicznym napojem, który chroni gospodarkę przed wyzwaniami czy wstrząsami. Wspólna waluta jest trwającym wciąż eksperymentem na żywym organizmie, któremu towarzyszy wiele PR-owego lukru. Ów lukier składa się z powtarzania frazesów o jedności Europy i zwalczaniu tych, których mdli od jego nadmiaru jako "eurosceptycznych populistów". W Polsce na lep tego lukru łapie się spora część środowisk opiniotwórczych przeświadczonych o tym, że polskie wchodzenie do Unii należy przypieczętować zamianą złotego na euro. 

Gdy wybuchła wojna na Ukrainie pisałem na tych łamach, że to niebezpieczne złudzenie myśleć, że nasze problemy znikną, gdy wejdziemy szybko do strefy euro. Jest wręcz przeciwnie. Taki krok podjęty pod wpływem uzasadnionego strachu przed Rosją - w żaden sposób nie zmieni naszego położenia geopolitycznego. Nie przesunie nas w miejsce, gdzie leżą Włochy albo Hiszpania. Jednocześnie porzucenie i utrata wiary w złotego sprawi, że problemy Hiszpanii albo Włoch z wysokim bezrobociem, mikrym wzrostem, strukturalnym brakiem konkurencyjności staną się naszymi problemami.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

We współczesnym kapitalizmie posiadanie własnej waluty jest czynnikiem decydującym o tym, czy rząd naszego kraju będzie mógł prowadzić autentyczną politykę gospodarczą czy też nie. Gdy mamy swój pieniądz, to możemy przy jego pomocy prowadzić aktywną politykę inwestycyjną - to znaczy budować nie tylko trwałe elementy infrastruktury potrzebne do rozwoju (drogi, mosty, elektrownie) ale także inwestować w swoich obywateli - oferując im lepszą edukację, opiekę czy ochronę zdrowia. Własna waluta to także większa szansa na walkę z nierównościami ekonomicznymi, które są plagą współczesnego kapitalizmu. Choćby przy pomocy takich programów jak 500+ czy podwyżki płacy minimalnej.
Wszystko to jest z własną walutą dużo bardziej realne. Można bowiem w razie potrzeby poprawić konkurencyjność swojego eksportu albo liczyć na to, że bank centralny pomoże poradzić sobie z "utylizacją długu" publicznego, gdy trzeba go zaciągnąć by uniknąć wpadnięcia w recesje albo dramat masowego bezrobocia.

Ostatnie tygodnie pokazały, że wszelkie obawy związane z załamaniem się kursu złotego wobec euro czy dolara straciły okazały się na wyrost. Nasza waluta odrobiła już bowiem całą stratę wywołaną wybuchem wojny za naszą wschodnią granicą. Złoty się nie dał - zmierza w kierunku kursu 4,50 za euro, choć wielu wróżyło mu już przecież kurs w granicach 6 zł za euro. To się jednak nie wydarzyło. 

Podobnie będzie z wyzwaniem inflacyjnym, które obecnie przeżywamy. Szok związany ze skokowym zmniejszeniem podaży (a więc skokowym wzrostem cen) surowców uda się opanować. A posiadanie własnej waluty raczej nam w tym pomoże niż przeszkodzi.

Rafał Woś

Autor felietonu przedstawia własne poglądy

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »