Reklama

Rafał Woś: Nie wierzcie antyinflacyjnym histerykom

Czy nasi spece od nakręcania antyinflacyjnej histerii chcą was oszukać? Czy może są po prostu tylko niekompetentni? A może i jedno, i drugie?

Nie raz i nie dwa pisałem już tutaj, że trwająca od wielu miesięcy inflacyjna debata jest niczym innym jak nakręcaniem histerii. Stoi za tym trochę zimnej kalkulacji, a trochę oportunizmu i intelektualnego lenistwa.

Kalkulacja polega na tym, że ci, co mają dużo zakumulowanego kapitału boją się inflacji jak diabeł święconej wody. Dla nich polityka niskich stóp procentowych to tragedia. Oni by chcieli stopy możliwie wysokiej, bo to oznacza wysoką płacę minimalną dla ich bezczynnie akumulowanych kapitałów. Rentier chce czerpać zyski. A jak nie czerpie, to będzie tupał nogą niczym wściekłe rozkapryszone dziecko. Bo cóż go obchodzi, że walka z inflacją (której się domaga) uderzy w interesy pracujących Polek i Polaków? A także w tych zakredytowanych hipotecznie lub się o taki kredyt aktualnie starających. Rentier musi mieć zyski, do jakich nawykł. I koniec! Dawać tu tych lobbystów! Niech coś z tym zrobią! Natychmiast!!

Reklama

Do tego dochodzi oportunizm. Głównie po stronie mediów reprodukujących podrzucane im przez lobbystów antyinflacyjne narracje. Na dodatek media ekonomiczne w Polsce składają się w dużej mierze z intelektualnych leniuchów. Nie czytają, co się dzieje w światowej ekonomii. Nie śledzą nowych trendów. Boją się jak ognia własnych wniosków, więc chwycą się dobrze sprawdzonych liberalnych śpiewek. Rzucisz im "inflacja!!". A oni już są na tropie niczym pies Pawłowa. Hiperinflacja! Republika Weimarska! Zimbabwe! Wenezuela! I jesteśmy w domu.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Wychodzi z tego płytka i utkana z półprawd liberalna propaganda, którą was - drodzy czytelnicy - co dnia karmią. I w którą macie wierzyć bez mrugnięcia okiem. Mówią na przykład: patrzcie sami, jak w tej Polsce strasznie. Inflacja już ponad 5 proc. No wstyd i pośmiewisko na całą Europę. Przecież tylko na Litwie, Węgrzech, w Rumunii i Estonii jest podobnie. A w reszcie krajów mamy raczej 1-3 proc.*. Nie to, co w takiej na przykład Portugalii, gdzie inflacja wynosi 1,3 proc. Albo w Finlandii, gdzie mają 1,8 proc. Albo we Francji (2,5 proc.) czy nawet w Austrii (3 proc.). Jakich chcecie jeszcze dowodów? Polska chorym człowiekiem Starego Kontynentu!!

I tu stawiają kropkę. I już są zadowoleni. Cieszą się, żeście kupili ich półprawdę.

Nie mówią jednak, że w tym samym czasie wzrost płac w Portugalii wyniósł... -6,7 proc. We Finlandii pensje urosły o 1,6 proc. We Francji o 0,1 proc. A w Austrii o 1,7 proc.

Czy nie umieją liczyć? Bo przecież chyba wiedzą, że inflacja ma znaczenie dopiero po uwzględnieniu dynamiki płac. Dopiero wtedy możemy sprawdzić, czy wzrost cen boli realnie, czy tylko symbolicznie. Ja myślę, że jednak chcą was oszukać. Nie chcą żebyście wiedzieli, jak wygląda naprawdę nasza rzeczywistość. A chcecie wiedzieć jak wygląda? No dalej, macie wszystkie dane już pod nosem. I jeśli ich użyjecie, to zobaczycie, że w Portugalii mamy (rok do roku) spadek realnych dochodów o 8 proc. We Francji minus 2,3 proc. W Austrii minus 1,5 proc. Z wymienionych krajów tylko w Finlandii jako tak stagnacja (minus 0,2 proc.). 

Wszędzie tam mamy do czynienia z realnym spadkiem poziomu życia. Właśnie dlatego, że inflacja (choć niższa niż u nas) nie jest osłonięta wzrostem płac. Tymczasem w Polsce dynamika płac przewyższa dynamikę inflacji. Obecnie o jakieś 3 punkty proc. I nie jest to zjawisko chwilowe. Tak jest od paru ładnych lat. Z wyjątkiem jednego covidowego kwartału, gdy cała gospodarka stanęła. 

Tego wszystkiego wam jednak nie mówią. Zamiast tego faszerują was przesłaniem, że polski bank centralny jest straszny, bo nie chce podwyższyć stóp procentowych. Nie dowiecie się od naszych antyinflacyjnych histeryków, że nawet arcykonserwatywny w tych sprawach Europejski Bank Centralny już latem 2021 opublikował tzw. Przegląd Strategiczny. Czytamy tam wprost, że kontrola stabilności cen (czytaj niska inflacja) nie może już być dłużej jedynym i najważniejszym celem odpowiedzialnych władz monetarnych. Czyli (mówiąc po ludzku) instytucje jak EBC czy nasz NBP muszą w swoich posunięciach brać pod uwagę inne ważne dla społeczeństwa wartości. Takie jak: zbalansowany wzrost gospodarczy, stabilność systemu finansowego, wyzwania związane ze starzeniem się społeczeństwa czy kwestie klimatyczne.

I jeśli te cele stoją w sprzeczności z zasadą zbijania inflacji za wszelką cenę w kierunku 2-proc. inflacyjnego celu to trzeba... okiełznać trochę antyinflacyjną histerię. W dokumentach EBC pojawia się teraz wręcz koncepcja "nadgonienia inflacji". To musi się wydarzyć, ponieważ zbyt długo była ona na zbyt niskim poziomie. Co wyrządziło gospodarce i dobrobytowi społecznemu wiele szkód. Takie podejście popierają nie tylko ludzie z EBC. Ale także gros europejskich ekonomistów. Gdy niedawno o poparcie dla tezy, "czy zgadzasz się, że inflacja musi nadgonić po okresie pozostawania na zbyt niskim poziomie", spytano reprezentatywną grupą europejskich ekonomistów (cykliczne badanie jednego z paneuropejskich think tanków) to za było... 59 proc. badanych. Czyli większość. Nie znają się? A może to raczej nasi antyinflacyjni są potwornie anachroniczni?

Ale tego wszystkiego się od naszych histeryków nie dowiecie. Bo oni nie chcą, żebyście wiedzieli. A w wielu przypadkach sami też niestety nie wiedzą.

*Dla ciekawskich: wszystkie dane pochodzą z sierpnia tego roku.

Rafał Woś

Autor felietonu wyraża własne opinie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »