Reklama

Rafał Woś: O pożytkach z używania mózgu

W lipcu płace znów wyprzedziły inflację. To bardzo dobrze - pisze Rafał Woś w swoim najnowszym felietonie.

Jestem zwolennikiem takiej debaty ekonomicznej, której uczestnicy używają mózgu. A nie tylko powtarzają formułki suflowane im przez wszelkiej maści lobbystów - których przecież wokół tematów dotyczących pieniędzy nie brakowało i nigdy brakować nie będzie. To właśnie dlatego - z uporem godnym maniaka - upominam się od wielu miesięcy o rozumne czytanie danych dotyczących stanu gospodarki. A zwłaszcza najbardziej nośnego tematu, którym bez wątpienia jest dziś inflacja.

A z inflacją jest tak. GUS co miesiąc podaje dane statystyczne dotyczące polskiej gospodarki wedle określonego kalendarza. Szybki odczyt inflacji (czyli dynamiki cen towarów i usług) podawany jest do publicznej wiadomości zawsze w ostatnich dniach kalendarzowego miesiąca. To jest ten dzień, gdy media obwieszczają, że "inflacja szaleje", bo sięgnęła 15,6 (lipiec), 15,5 (czerwiec), 13,9 (maj). I tak dalej. Warto przy tej okazji pamiętać, że te wszystkie procentowe wzrosty (15,6; 15,5; 13,9) to są za każdym razem porównania z tym samym miesiącem w roku poprzednim. To znaczy maj 2022 z majem 2021, czerwiec z czerwcem i tak dalej. To nie jest więc - broń Boże - dynamika pomiędzy miesiącami. Tu wzrost cen był w minionych miesiącach dużo, dużo niższy, a pod niektórymi względami i wśród niektórych towarów (paliwa) mamy już spadki.

Reklama

Słuchając jednak doniesień i komentarzy na temat "straszliwej" inflacji, zawsze trzeba pamiętać o jednym. Cena to wartość, która ma znaczenie tylko i wyłącznie w odniesieniu do innej wartości. Najważniejszą zaś wartością, do której odnosimy jakąkolwiek cenę, jest oczywiście nasz dochód, zarobek, płaca czy jakkolwiek inaczej nazwać to, co do naszego portfela wpływa. Litr paliwa może kosztować 7 zł, 70 zł albo 70 groszy. To bez znaczenia. Czy to drogo, czy tanio możemy ocenić dopiero wówczas, gdy wiemy, czy zarabiamy 700, 7000 czy 70 000 zł. To oczywiste.

Dlatego równie ważnym momentem dla naszej debaty ekonomicznej powinien być trzeci tydzień każdego miesiąca. To wówczas GUS podaje dane dotyczące dynamiki płac w sektorze przedsiębiorstw. To jest właśnie wskaźnik ekonomiczny, który powinniśmy zestawiać z podawaną kilkanaście dni wcześniej dynamiką cen. Dopiero zestawienie jednego z drugim pozwala pokazać, jak kształtuje się dynamika płac w ujęciu realnym. To znaczy, czy wzrost cen tak naprawdę "pustoszy portfele Polaków". Czy może wcale nie pustoszy. Tylko ci, którym - z innych przyczyn - inflacja się nie podoba, chcieliby żebyśmy myśleli, że pustoszy.

W ubiegły piątek GUS podał dane dotyczące wzrostu płac w sektorze przedsiębiorstw w lipcu. Niespodziewanie wzrost płac znów wyprzedził inflację. Wprawdzie nieznacznie, bo o 0,2 pkt proc. Ale jednak wyprzedził. Oznacza to, że po dwóch miesiącach realnych spadków (maj i czerwiec) dynamika płac realnych wróciła w Polsce na plus. To ważna i dobra wiadomość. Ważna i dobra, bo z wielu prognoz wynikało, że spadek płac realnych będzie nam towarzyszył przez całą drugą połowę roku 2022.

Oczywiście wielu komentatorów będzie starało wam się wmówić coś odwrotnego. Będą to robili na różne - często wykluczające się - sposoby. Jedni będą więc jęczeli, że ponowny wzrost dynamiki płac (z 13 proc. w czerwcu do 15,8 proc. w lipcu) to przejaw straszliwej "spirali płacowo-cenowej". Ten argument podnoszony jest zawsze, gdy rosną płace w gospodarce. I gdyby potraktować go poważnie, to by znaczyło, że ludzie nie mogą zarabiać więcej. Bo to zawsze jest niebezpieczne. Jak nie dla inflacji, to dla koniunktury.

Z drugiej strony usłyszycie pewnie narzekania, że wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw jest niereprezentatywny. Obejmuje bowiem tylko tę część firm, które zatrudniają więcej niż 9 pracowników. Czyli jakieś 40 proc. polskich pracowników. A co z pozostałymi? Co z zatrudnionymi w mikrofirmach? Przecież tam jest mniej podwyżek - będą triumfowali sceptycy. Dodajmy tylko, że nie jest to żaden spisek statystyków. Duże firmy to sektor dużo bardziej przejrzysty i dlatego monitorowany jest przez GUS na bazie comiesięcznej. Możemy też zapytać, czy z faktu, że sektor przedsiębiorstw nie obejmuje wszystkich polskich firm, wynika, iż wzrost płac w tym sektorze można tak zupełnie zignorować? Że jest on nieprawdziwy? Że te 40 proc. zatrudnionych nie składa się na polską gospodarkę? Przecież to absurd.

Podsumowując: jak płace rosną w większych przedsiębiorstwach, to źle, bo mamy groźbę spirali płac i cen. Ale jednocześnie to źle, że (prawdopodobnie) rosną słabiej w pozostałej części gospodarki. Tak zazwyczaj komentowany jest każdy odczyt dynamiki płac realnych w Polsce. Tak było i pewnie będzie. Jedyne, co mogę Państwu zaproponować, to więcej namysłu, zrozumienia i mniej mechanicznego powtarzania utartych sloganów oraz ogólnej histerii. Jeśli ta kolumna ma mieć jakiś większy sens - i być warta waszego czasu - to ten sens jest właśnie taki.

Rafał Woś

Autor felietonu prezentuje własne opinie i poglądy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »