Reklama

Rafał Woś: Pytacie, czemu jest drogo?

Aby zrozumieć fenomen dzisiejszego wzrostu cen, warto czasem spojrzeć szerzej niż tylko na Polskę. Kluczem jest zrozumienie tego, co się dzieje z cenami surowców na całym świecie.

Grupa Polsat Plus i Fundacja Polsat razem dla dzieci z Ukrainy

Tu i ówdzie możecie pewnie usłyszeć, że inflacja roku 2022 to efekt "rozdawnictwa" albo "wpompowania w gospodarkę nadmiernej ilości pieniądza". Ale to nie jest prawda.

Jeżeli bowiem rozłożyć inflację na czynniki pierwsze, to zobaczymy następujący obrazek. Owszem, gdzieś do końca 2020 roku za poziom inflacji w Polsce faktycznie odpowiadały wzrosty cen wywołane ogólnym polepszaniem zarobków Polaków. A także pieniądze pompowane w gospodarkę w czasie pandemii COVID-19 w celu osłonięcia ludziom negatywnych skutków lockdownów.

Reklama

Tyle że wtedy inflacja była na poziomie 3-4 proc. Taka inflacja była społecznie do zaakceptowania. Taka inflacja była wręcz czymś w rodzaju efektu ubocznego poprawy stopy życiowej Polek i Polaków.

Ten obraz zaczął się zmieniać gdzieś w roku 2021. Gdy się patrzy na strukturę inflacji od tamtej pory, to nawet krótkowidz zauważy (i to bez okularów), że coraz większą rolę w dynamice cen zaczynają odgrywać ceny surowców. Dziś w roku 2022 jest już tak, że inflacja składa się z trzech części. Za dwie spośród tych trzech odpowiadają drożejące surowce. Po pierwsze energia i paliwa. Po drugie żywność.

Dla każdego, kto śledzi globalne trendy handlu surowcami, te wzrosty z lat 2020-2022 są "oczywistą oczywistością". Widać je (znowu nawet bez okularów) na każdym wykresie. Weźcie choćby tzw. Indeks surowców Bloomberga. Wyraża on w sposób zbiorczy dynamikę cen najważniejszych surowców. Na indeks składają się więc trzy typy kluczowych dla światowej gospodarki surowców. Po pierwsze (ok. 30 proc. koszyka) energia. Czyli ropa, gaz i paliwa przetworzone. Po drugie (kolejna jedna trzecia) żywność - zboża, cukier, kawa, bawełna, żywy inwentarz. Po trzecie zaś metale przemysłowe i szlachetne (miedź, aluminium, lit, złoto). Indeks Bloomberga zbiera więc wszystkie surowce i pokazuje, ile kosztuje ich jednostka. I tak w połowie 2020 roku (czyli dwa lata temu) jej cena sięgała 60 dolarów. Dziś - połowa 2022 - kosztuje ponad 120 dolarów. Czyli mamy wzrost cen surowców o ponad 100 proc.

Skąd ten wzrost? Wśród przyczyn trzeba oczywiście wymienić dwa czynniki. Pierwszą był COVID-19, który pozrywał globalne łańcuchy dostaw. Sprawił, że przez pewien czas (gdy gospodarki były zamrożone) popyt na surowce spadł tak mocno, że ich producenci wstrzymali podaż. Szybki sukces szczepionek i gwałtowne wyjście Zachodu z antypandemicznych obostrzeń sprawiło, że popyt powrócił. Ale w gospodarce nie da się tak szybko rozpalić powygaszanych pieców. W efekcie przewyższający możliwości wytwórcze popyt zaczął windować ceny w górę.

Dokładne w tym momencie zaczęła się wojna w Ukrainie. Temat powodów jej wywołania będziemy zgłębiać jeszcze przez długi czas. Ale już dziś widać, że jednym z kluczowych elementów była także sytuacja na rynkach światowych. Obok wielu kalkulacji geostrategicznych Putin liczył także na to, że Zachód nie przeciwstawi się jego napaści na Kijów. Właśnie z tego powodu, że Rosja stanowi dla Zachodu jedno z głównych źródeł tanich surowców. Zresztą ta gra już wcześniej przekładała się na cenę na przykład gazu, która zaczęła iść ostro w górę już w 2021 roku. Jak słusznie piszą analitycy banku Pekao: "Był to wynik najpierw samego ryzyka ograniczenia, a potem faktycznego ograniczenia przepływu rosyjskiego gazu. Rosnące ceny gazu sprawiają, że paliwo to z ekonomicznego punktu widzenia przestaje być opłacalne, jednak istniejąca infrastruktura (m.in. gazociągi) powoduje, że Europa w najbliższym okresie jest na nie skazana i będzie ponosić jego wyższe koszty".

Na jeszcze szerszym planie wiosna roku 2022 pokazała więc Zachodowi naturalne granice modelu opartego o tzw. offshoring. To znaczy proces polegający na takim rozciągnięciu globalnych łańcuchów dostaw, by było jak najtaniej. W ten sposób produkcja kluczowych surowców (energetyka, żywność, metale) została przez Zachód wypchnięta poza swoje granice.

Przyczyn tego stanu rzeczy było kilka. Raz, że pozwoliło to zachodnim korporacjom na minimalizację kosztów. Dwa, umożliwiło zalanie światowych rynków coraz tańszymi produktami. A trzy, oddaliło na krańce świata wszelkie brudne elementy tworzenia produktów i usług potrzebnych do zapewnienia mieszkańcom Zachodu komfortu, do jakiego nawykli. Tak powstał kościec neoliberalnej globalizacji, jaką znamy. Strategicznie ryzykowny i moralnie mocno zakłamany. Ale jednak niesamowicie zyskowny. W tym modelu globalizacji Zachód chciał mieć wszystko naraz. Ciągle chciał niepodzielnie panować i czerpać korzyści z korzystnego dla siebie ułożenia globalnych łańcuchów dostaw. Ale jednocześnie bogate kraje (nawet Ameryka), a zwłaszcza ich liberalne społeczeństwa, coraz mniej chciały pogodzić się z tym, że dla utrzymania tego ładu potrzebne jest "gruby kij w ręku".

Pod wieloma względami przyszłość cen zależy więc od tego, jak Zachód będzie się próbował dopasować do nowej rzeczywistości. Czy nastąpi próba deeskalacji i powrotu do tego, co było? A więc modelu opartego na tanich surowcach? A w konsekwencji także na tanich cenach. Czy jednak Zachód nie pozwoli się szantażować takim krajom jak Rosja? Tylko, że wtedy ceną za jakiś "nowy model" będą drogie surowce. Droższe przynajmniej przez jakiś czas. Wtedy czeka nas dłuższy okres podwyższonych cen. Może nawet przez kilka lat.

Bo - niestety - nie można mieć wszystkiego naraz.

Rafał Woś

Autor felietonu prezentuje swoje poglądy i opinie

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »