Reklama

Rafał Woś: Unia na wojnie z polską demokracją

Spełnia się niestety bardzo niedobry scenariusz. Komisja Europejska zdecydowała się - już chyba na całego - wpłynąć na wynik demokratycznych wyborów w Polsce - przekonuje Rafał Woś w swoim najnowszym felietonie.

Pamiętam doskonale, jak jesienią ubiegłego roku Bruksela pierwszy raz powiedziała otwartym tekstem to, co wcześniej mówili tylko pojedynczy europosłowie. Na przykład Niemka Katarina Barley twierdząca, że krnąbrnych członków UE trzeba "zagłodzić" i zmusić do podległości.

To wtedy - jesienią 2021 roku - po raz pierwszy usłyszeliśmy, że należne nam pieniądze na wielką pocovidową odbudowę Europy (u nas zwane KPO) nie będą nam wypłacone dopóki... No właśnie najgorsze jest to, że kryteria tego wstrzymania są nieprzejrzyste i totalnie uznaniowe. Zależą bowiem w pełni od tego, czy unijne elity uznają, że demokratyczny Polski rząd dba o "praworządność", "prawa mniejszości" albo "wolność mediów". Problem w tym, że tu nie ma żadnych kryteriów. To, co nie budzi zastrzeżeń w Niemczech (wpływ polityków na nominacje sędziowskie) w przypadku Polski karane jest z całą surowością. A nawet jeśli polski rząd spełni wszystkie żądania Unii w sprawie na przykład reformy sądów, zerwie koalicję z Solidarną Polską, a nawet powróci do stanu sprzed roku 2015. To skąd pewność, że to wystarczy? Że nagle nie okaże się, że trzeba zrobić jeszcze to i tamto. A najlepiej od razu podać nielubiany w Brukseli demokratyczny rząd PiS do dymisji i zastąpić go siłami cieszącymi się zaufaniem Komisji. Nic to, że pozbawionymi demokratycznego mandatu polskiego wyborcy.

Reklama

Od tamtej pory minął prawie rok. A nie był to rok zwyczajny. W międzyczasie zdarzyło się przecież bardzo wiele. Wojna z Rosją. A także związane z tym wielkie kryzysy: energetyczny, inflacyjny oraz uchodźczy. Z Polską w roli kraju frontowego w tych wszystkich wyzwaniach. Przez moment wydawało się nawet, że Komisja to rozumie. A jej stosunek do Polski ulegnie zmianie. Zwłaszcza z powodu zdecydowanie prowspólnotowej postawy jaką przyjęła Warszawa. W przeciwieństwie do innego europejskiego "enfant terrible" czyli orbanowskich Węgier.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Tak się jednak nie stało. Dziś widać, że Komisja Europejska nie zamierza zmienić swojego stanowiska. Pieniądze z KPO są i były traktowane już nawet nie jako kij i marchewka. Coraz częściej wydaje się, że to narzędzie mające na celu ciągłe upokarzanie Polski i pompowanie antyPiSowskich nastrojów przez zbliżającymi się jesienią wyborami parlamentarnymi. Brukselskie elity (ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec) już chyba nawet nie ukrywają, że traktuje te wybory jako ostatnią szansę. Polska musi się w nich przebudzić, zmądrzeć i wybrać sobie wreszcie taki rząd, który będzie się podobał w Europie. 

Olbrzymia część polskich elit opozycyjnych pływa w tym jak ryba w wodzie. Uskrzydlona moralnym wsparciem Europy opozycja posuwa się do rzeczy, na które jeszcze kilka lat temu nie dawała sobie przyzwolenia. Po trudno inaczej rozumieć brutalne ataki słowne na instytucje polskiego państwa: ostatnio na przykład na Narodowy Bank Polski i legitymacje jego prezesa. Gdyby na coś takiego pozwolił sobie PiS byłyby zaraz oskarżony o populizm, naruszanie niezależności banku i ciągoty autorytarne. A z Brukseli płynęłyby wyrazy najgłębszego oburzenia. Teraz jednak płynie wsparcie. Albo w najlepszym wypadku przyzwalająca cisza. Każdy zaś, kto próbuje się temu przeciwstawić musi liczyć się z tym, że w mgnieniu oka zostanie zaszeregowany jako PiSowiec.

Wszystko to nie wróży dobrze na nadchodzące miesiące. Logika zdarzeń pcha nas powiem nieuchronnie na kurs kolizyjny. Sprawia, że wobec Unii Europejskiej nastąpi w Polsce polaryzacja postaw. Coraz trudniej będzie o postawy wyważone. Unię będzie się w Polsce - jak pastę Marmite na wyspach brytyjskich - albo kochać albo nienawidzieć. Jedni będą uważali, że trzeba się w Europie rozlać choćby i za cenę rezygnacji z suwerenności politycznej. Inni będą argumentować, że cała ta opowieść o "Europie ojczyzn" i "jedności w różnorodności" to była bajka dla grzecznych dzieci. A w praktyce niezależność trzeba sobie wyszarpywać pazurami.

Przykład Wielkiej Brytanii pokazuje, że różnie to się może skończyć. Przez długi czas Polexit był retorycznym chwytem wymyślonym przez antyPiSowską opozycją do straszenia Kaczyńskim. Teraz jednak zanosi się na to, że Polexit stanie się całkiem realnym politycznym scenariuszem. I to nie preferowany przez PiS. Ale raczej będącym konsekwencją coraz mocniejszego mieszania się Unii w demokratyczne wybory Polaków. 

Rafał Woś

Autor felietonu prezentuje własne opinie i poglądy

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »