Reklama

Rząd "buja w obłokach"

Rząd przyjął wczoraj projekt budżetu na 2012 r. Premier Donald Tusk zapewnia, że projekt umożliwi obniżenie deficytu finansów publicznych. Opozycja jest krytyczna wobec tej propozycji, a ekonomiści są sceptyczni, czy uda się obniżyć deficyt do 3 proc. PKB.

Projekt budżetu na 2012 r. zakłada, że deficyt nie przekroczy 35 mld zł, dochody wyniosą 292,7 mld zł, zaś wydatki nie będą wyższe niż 327,7 mld zł. Rząd założył wzrost PKB o 4 proc. i inflacji średniorocznej o 2,8 proc. Bezrobocie na koniec przyszłego roku ma wynieść 10 proc.

Premier Donald Tusk podkreślił po posiedzeniu rządu, że projekt przyjęto szybko, by budżet nie stał się przyczyną politycznych sporów w czasie kampanii wyborczej (wybory parlamentarne odbędą się jesienią 2011 r.). Zaznaczył, że to kolejny budżet w "trudnym, kryzysowym czasie", który konsoliduje finanse publiczne. "Weszliśmy na drogę konsolidacji, ścieśniania, oszczędzania, tak, aby osiągnąć bezpieczny dla Polski próg deficytu i długu publicznego" - powiedział.

Reklama

Premier zapewnił, że proponowana przez rząd konsolidacja nie dotknie bezpośrednio "kieszeni ludzi". Według niego najtrudniejszą - jeśli chodzi o wynagrodzenia kwestią - była decyzja, aby kolejny rok pracownicy administracji nie dostali podwyżek. Szef rządu podkreślił, że będą podwyżki dla nauczycieli w wysokości 3,8 proc., wzrosną też nakłady m.in. na naukę (9 proc.).

Z kolei minister finansów Jacek Rostowski poinformował, że celem rządu jest likwidacja nadmiernego deficytu sektora finansów publicznych i osiągnięcie poziomu 2,9 proc. PKB. Rostowski jest przekonany, że z przyjętym na 2012 r. projektem budżetu "ten cel w 2012 r. zostanie osiągnięty". Zaznaczył, że rząd tak rozkłada swoje działania, aby nie zdusić wzrostu gospodarczego.

Projekt pozytywnie oceniają koalicjanci, posłowie PO i PSL. Szef sejmowej komisji finansów Paweł Arndt (PO) wskazuje, że rząd konsoliduje finanse publiczne i zmniejsza deficyt budżetowy. Poseł podkreślił, że wielu ministrów chciałoby mieć więcej pieniędzy na wydatki budżetowe, jednak sytuacja finansów jest taka, że wszyscy muszą oszczędzać. Zwrócił uwagę, że są grupy społeczne np. nauczyciele, które mimo wszystko podwyżki dostaną.

Janusz Piechociński z PSL uważa, że przyjęty przez rząd projekt jest próbą pogodzenia walki z deficytem z działaniami na rzecz wzrostu PKB. Jego zdaniem rząd nie powinien jednak "w zbyt doktrynalny sposób" podchodzić do kwestii ograniczania deficytu samorządu terytorialnego, by nie zagrozić realizowanym przez nie inwestycjom. Szef klubu PSL Stanisław Żelichowski chwali działania rządu zmierzające do ograniczenia deficytu.

Tymczasem krytyczna wobec projektu jest opozycja. Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak uważa, że jest on "kolejną fikcją wyborczą" rządu i został przyjęty po to, by "obiecać złote góry". Zdaniem posła nad budżetem powinno się pracować wtedy, gdy będą znane wskaźniki ekonomiczne na przyszły rok.

Błaszczakowi wtóruje Joanna Kluzik-Rostkowska z PJN. Według niej rząd "buja w obłokach i próbuje bałamucić", że bez poważnych reform finansów publicznych da się w ciągu dwóch lat obniżyć deficyt do 3 proc. PKB.

Natomiast wiceszef klubu SLD Marek Wikiński krytykuje przyspieszenie prac nad ustawą. Porównał przyjmowanie projektu budżetu w maju do budowania zamków na piasku. W opinii Wikińskiego, minister Rostowski "chce uchwalić ustawę budżetową i dopchnąć ją kolanem, a po wyborach będzie kolejna nowelizacja ustawy budżetowej".

Cele, które postawił rząd w budżecie doceniają ekonomiści, ale równocześnie wątpią, czy uda się je zrealizować.

W ocenie głównego ekonomisty BCC, prof. Stanisława Gomułki prognozy wzrostu inwestycji sektora prywatnego, czy spadku bezrobocia są zbyt optymistyczne, a "poważne wątpliwości" budzi możliwość osiągnięcia planowanych dochodów budżetu w 2012 r. i w dwóch kolejnych latach.

Także zdaniem głównego ekonomisty banku Millennium Grzegorza Maliszewskiego, założenia dotyczące dochodów, szczególnie podatkowych, które mają wzrosnąć o niemal 9 proc., wyglądają "dość optymistycznie". Podobnie ocenił plan zejścia z deficytem sektora finansów publicznych poniżej 3 proc.

Wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową Bohdan Wyżnikiewicz uważa, że projekt jest krokiem małym, ale w dobrym kierunku. Jego zdaniem w budżecie nie widać jednak żadnych ruchów porządkujących wydatki. Jest natomiast "dbanie, żeby nie naruszyć kieszeni (...) wyborców".

Z kolei wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski jest zdania, że budżet nie wnosi nowej jakości. Ekonomista ostrzega, że jeżeli Polska będzie w najbliższych latach realizowała podobne budżety, jest na najlepszej drodze, by znaleźć się w sytuacji Grecji czy Portugalii.

Dyrektor Pionu Analiz, Relacji Inwestorskich i Strategii PKO BP Ryszard Petru uważa, że rząd przyjął projekt budżetu przetrwania, który "nie rozwiązuje fundamentalnego problemu polskich finansów publicznych, jakim są zbyt wysokie wydatki sztywne".

Sceptyczny wobec propozycji resortu finansów jest też główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu Janusz Jankowiak. Wskazał, że z punktu widzenia logiki makroekonomicznej konstrukcja projektu jest logiczna i poprawna, ale niesprawdzalna.

Główny doradca ekonomiczny firmy PricewaterhouseCoopers Witold Orłowski uważa, że w budżecie jest za mało działań w stosunku do potrzeb. Orłowski jest jednak zdania, że "z punktu widzenia krótkookresowego" nie powinno być problemów z realizacją budżetu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »