Reklama

Słabnący złoty żywicielem inflacji

Mocna przecena naszej waluty to fatalna wiadomość nie tylko dla wybierających się za granicę na narty, ale przede wszystkim dla podjętych z opóźnieniem prób hamowania rozbuchanej inflacji. Stanowi ostrzeżenie od uciekających inwestorów zagranicznych, by do szuflady włożyć miraże o potędze złotego, bo jest jedynie lokalną walutą rozwijającego się kraju, której notowania bardzo zależą od globalnych przepływów kapitału.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Końcówka tygodnia przyniosła wręcz skokowe - jak na standardy zmienności na rynku walutowym - osłabienie złotego. Za dolara trzeba płacić aż 4,15 zł, a za euro - 4,69 zł. Oznacza to, że "zielony" jest coraz bliżej szczytu zaliczonego podczas covidowej paniki gospodarczej w zeszłym roku, a euro najdroższe od ponad dekady. Spełnia się też czarny sen setek tysięcy frankowiczów, bo frank wcale nie zostaje w tyle za innymi "twardymi" walutami - zmierza do poziomu 4,50 zł.

Reklama

Tak gwałtowne osłabienie złotego, jeśli trend się utrzyma, będzie miało kolosalne konsekwencje dla polskiej gospodarki, budżetów domowych i budżetu państwa. Dlatego warto poznać przyczyny walutowego tąpnięcia, pod którego grunt przygotowywany był od wielu miesięcy, zarówno na międzynarodowych rynkach, jak i w krajowej polityce gospodarczej i monetarnej. Można też iść o zakład, że lecąca szybko w dół wartość złotego stanie się kolejnym - po inflacji - tematem politycznym, bo wyborcy, patrząc po dołujących notowaniach waluty, zaczną zadawać sobie pytanie: "Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?".

Zanim już tradycyjnie zaczniemy szukać winnych dołowania złotego za granicą, co zapewne będzie dominować w krajowych przekazach politycznych, warto zwrócić uwagę na pewną prawidłowość: kapitał zagraniczny sprzedaje lokalną walutę i zamienia na dolary, franki czy euro, gdy dostrzega, że coś dzieje się niepokojącego w gospodarce. A pod tym względem mamy coraz więcej za uszami, szczególnie jeśli chodzi o politykę monetarną i dopuszczenie do rozhulania się inflacji do poziomu 6,8 proc. - najwyższego od dwóch dekad. Przez długi czas, pomimo szybko rosnących cen, Rada Polityki Pieniężnej utrzymywała stopy procentowe blisko zera, co sprawiało, że zamiast ochrony kapitału inwestorzy lokujący w obligacje skarbowe faktycznie dotowali rząd. Bo jeśli pożycza się rządowi np. na 2 proc., a inflacja wynosi kilka punktów procentowych więcej, to robi się na tym po prostu kiepski interes.

Gdy pomimo recesji (w 2020 roku nasz PKB skurczył się o 2,5 proc.) utrzymuje się, a nawet dorzuca kolejne hojne programy socjalne, to konsekwencją musi być dynamiczny wzrost długu publicznego, bo zbieranie podatków nie nadąża za wydatkami. Zarówno długu pozostającego pod kontrolą parlamentarną, jak i poza, bo rząd zapewne jest świadomy, że inwestorzy zagraniczni nie są głupi i wiedzą, gdzie upychany jest dług, którego nie widać w oficjalnych statystykach, które podporządkowane są przekazowi spod szyldu "mamy nadwyżkę" w budżecie.

Ktoś może zadać zasadne pytanie: "No, ale dlaczego właśnie teraz złoty tak dostał w kość?" Specyfika rynków finansowych polega na tym, że inwestorzy zagraniczni długo pozostają cierpliwi, ale jak przystępują do ewakuacji, to robią to szybko i w dużej nerwowości. Sekwencja zdarzeń jest zawsze taka sama: zachwianie lub utrata zaufania do polityki gospodarczej rządu i polityki monetarnej, wyprzedaż obligacji skarbowych, zamiana pozyskanych złotówek na "twarde" waluty i przerzucenie ich pod inną szerokość geograficzną. Tego właśnie jesteśmy świadkami. Po miesiącach zaklinania, że inflacja w Polsce jest "przejściowa", ta narracja się rozsypała i główna stopa procentowa została jednak szybko podniesiona do 1,25 proc. Tyle, że inwestorzy uznali, że to zdecydowanie za mało, skoro inflacja jest blisko 7 proc. i ma widoki na wzrost. I obstawiają dalsze podwyżki stóp, które mają dławić wzrost cen. Teoretycznie, takie obstawianie powinno wpłynąć na poprawę kondycji złotego, bo wyższe stopy hamują odpływ kapitału. Sęk w tym, że komunikacja w sprawie polityki monetarnej nie jest czytelna, i tak naprawdę nikt nie wie, co się wydarzy, np. "z zaskoczenia". A niepewność na rynkach finansowych jest gorsza od złych wiadomości, bo te ostatnie można wkalkulować w ceny, a niepewności już nie. Zatem część inwestorów może pozbywać się polskich obligacji i sprzedawać złotego trochę tak na wszelki wypadek, nie wiedząc, co się wydarzy, przerzucając swój kapitał na bardziej obliczalne rynki, gdzie nikt nie bawi się z nimi w kotka i myszkę. Wywołuje to reakcję łańcuchową, bo spadek cen obligacji zmusza rząd, aby z kolei płacił więcej inwestorom za pożyczki, co przekłada się na grube miliardy, które ekstra trzeba znaleźć w budżecie.


Jednak obecna reakcja inwestorów na politykę monetarną i rosnący dług publiczny prawdopodobnie nie byłaby tak ostra, gdyby równolegle na rynkach międzynarodowych nie dochodziło do procesów, na które nie mamy wpływu (podobnie jak na ceny surowców w kontekście inflacji). Otóż, inwestorzy zaczynają zdawać sobie sprawę, że inflacja stała się problem światowym, za którym stoi gigantyczny dodruk pieniądza i utrzymywanie stóp procentowych na rekordowo niskich poziomach przez wiele lekkomyślnych banków centralnych. A skoro tak, to nerwowo szukają "bezpiecznych przystani" dla swojego kapitału, kierując się jak zawsze ku "twardym" walutom, przede wszystkim dolarowi. To także pokłosie spekulacyjnej gry pod zupełne wygaszenie dodruku dolarów w USA i w dalszej kolejności podwyżki tam stóp procentowych. A gdy w USA stopy mają iść w górę, powoduje to gigantyczne przemeblowanie na rynkach finansowych, bo kapitał zaczyna się przemieszczać do Ameryki w poszukiwaniu wyższej stopy zwrotu. W takich warunkach złoty stoi na z góry przegranej pozycji, a skala jego przeceny tylko dowodzi w jakim pośpiechu inwestorzy przesiadają się na parach walutowych. Zatem wyprzedaż złotego, podobnie jak inflacja, jest kombinacją czynników zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Sytuację można porównać z katastrofą lotniczą, do której rzadko prowadzi jedna przyczyna, a najczęściej splot niekorzystnych okoliczności i błędów. Obserwowane obecnie szczególne wzięcie dolara wśród inwestorów bierze się stąd, że jest uznawany za światową walutę rezerwową, więc bierze górę nie tylko nad złotym, ale także nad euro. Powód? Gracze obawiają się, że Europę może czekać kolejny lockdown, jeśli pandemia nie zostanie okiełznana, i pozbywają się także euro (widać to na parze eurodolara). O ile jednak euro dostaje mniejsze baty, to złoty już mocniejsze, bo jeśli generalnie kapitał przemieszcza się z Europy, to słabsze, lokalne waluty relatywnie wystawione są na większe straty niż euro. Złoty nie jest sam w słabości, bo towarzyszą mu węgierski forint i czeska korona.

Sęk w tym, że o ile dla euro nie jest to jeszcze sytuacja groźna, to dla Polski osłabienie złotego będzie miało daleko idące konsekwencje, szczególnie pod względem inflacji. Od lat szybko rozwijająca się gospodarka leci przede wszystkim na silniku wysokiej konsumpcji indywidualnej, podsycanej przez gigantyczne transfery socjalne. A że konsumujemy także w dużej mierze dobra importowane, to skokowe osłabienie złotego może stać się dopalaczem dla inflacji, utrudniając próby jej hamowania przez podwyżki stóp procentowych. Oczywiście, w osłabieniu złotego można także doszukiwać się pozytywów, przede wszystkim dla przedsiębiorców, bo ich towary i usługi będą za granicą tańsze. Ale polska gospodarka radziła sobie dobrze i przy euro kosztującym 4,40 zł, a dolarze po 3,70 zł, więc otwarte pozostaje pytanie: czy rzeczywiście przedsiębiorcy-eksporterzy takiego wsparcia na różnicach kursowych obecnie potrzebują. Tym bardziej, że przecież wielu z nich musi sprowadzać komponenty czy surowce do produkcji płacąc w dolarach czy euro, co podnosi im koszty. Tracą oni dwukrotnie: raz na skutek podwyżek cen za granicą z powodu tamtejszej, lokalnej inflacji lub wywindowanych spekulacjami cen na giełdach (np. surowców), a drugi raz z powodu umocnienia się walut, które muszą kupić za złotówki. Pół biedy, kiedy mają tzw. naturalny hedging, czyli mniej więcej za tyle samo importują, co wysyłają na eksport. Dla pozostałych oznacza to wyższe koszty, które nie zawsze mogą przerzucić na odbiorców. W kategorii kosztów muszą zmierzyć się jeszcze z presją płacową ze strony pracowników, którzy widząc inflację będą domagać się podwyżek. Wychodzi na to, że słaby złoty większości jednak wyjdzie bokiem, a przy okazji przyczyni się do ugruntowania inflacji w Polsce.

Tomasz Prusek
publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor wyraża własne poglądy

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »