Reklama

Świat z węgla rezygnować nie zamierza

Gdyby brać na serio analizy pisane w Europie, można uwierzyć, że przyszłość energetyczna węgla jest smoliście czarna. Wystarczy jednak wychylić głowę poza Bosfor, aby się przekonać, że w świecie, szczególnie w Azji, nikt z węgla nie myśli rezygnować. Jego zużycie wciąż rośnie. W perspektywie najbliższych paru dekad to się nie zmieni.

Na początku kwietnia kanadyjska spółka, Ivanhoe Mines, poinformowała o złożonej przez Aluminium Corporation of China (Chalco) ofercie zakupu ok. 60 proc. należących do Kanadyjczyków akcji mongolskiej South Gobi Resources. Spółka ta jest właścicielem koncesji i kopalni węgla kamiennego położonych niemal przy samej chińskiej granicy, w pobliżu ośrodka hutniczo - stalowego w chińskim Jiuquan. Wydobycie w kopalni odkrywkowej Ovoot Tolgoi rozpoczęto w połowie 2008 r., a w tym roku ma ono wynieść 8 mln ton.

Reklama

Na potrzeby transakcji, wartość całej spółki South Gobi Resources została wyceniona na ok. 900 mln dol. Chalco to drugi w świecie wytwórca aluminy (tlenku aluminium będącego produktem wyjściowym do wytopu aluminium) i trzeci światowy producent aluminium.

Jedynie w bogatej części świata dawne "czarne złoto" ustąpiło pola innym nośnikom energii. W państwach OECD udział węgla w strukturze wykorzystywanej energii pierwotnej drastycznie spadł i wynosi dziś ok. 20 proc. Choć jednak dawny fundament zachodniej cywilizacji wykruszył się między Łabą a Atlantykiem, to gdzie indziej potężnieje i nabiera mocy.

Lady Thatcher jest jedna

W Wielkiej Brytanii zalanej ropą z morza i gazem, z górnikami i węglem rozprawiła się premier Thatcher. We Francji podziałały galicyjskie ambicje mocarstwowe i węgiel został pokonany przez "atom", w przebogatych Niemczech, przejętych zielonym posłannictwem, pożegnanie z czarnym węglem przyszło w dużej mierze bezwiednie i samo z siebie.

Polskie górnictwo wprawdzie nie upadło, bo trzyma je w jako takiej formie nasza energetyka, ale mocno dostało w kość przez zanik, położonych w pobliżu, zagranicznych rynków zbytu.

Poza Europą nie ma jednak mowy o odwrocie węgla. Według think-tanku IEA (International Energy Agency), niemal połowę wzrostu światowego zużycia energii w latach 2000 - 2010 pokryły kalorie z węgla. Europejczycy mają więc skrzywioną perspektywę. Wielu rzeczy nie zauważają, wiele procesów lekceważą.

Doskonale np. zdajemy sobie sprawę w Europie w jak błyskawicznym tempie rozwija się chińska fabryka świata. Ale ucieka nam związek przyczynowo skutkowy między tym wzrostem, a energią potrzebną do poruszania chińskich maszyn. Podobnie jest praktycznie w całej Azji: w niesamowitym tempie rosną tamtejsze gospodarki, a jeszcze szybciej wzrasta zużycie energii.

W 1990 r. światowe wydobycie węgla wynosiło 4,67 mld ton, a w 2010 r. już 7,23 mld ton. W samych Chinach wydobyto w 2010 r. 3,16 mld ton węgla. Własnego było im jednak mało - musieli dokupić ; import wyniósł w tym samym roku 177 mln ton.

Na drugim miejscu w światowym rankingu górnictwa węgla kamiennego są USA (ok. 1 mld ton rocznie), a na trzecim, inny globalny gigant - Indie. Te akurat mają wielkie zasoby, tyle że dość kiepskiego węgla (dużo popiołów). Bardzo chciałyby wydobywać i spalać go znacznie więcej, ale na razie nie są w stanie - na wzięcie rozmachu nie pozwala rozlazłość państwa i dusząca kraj biurokracja.

Na poziomie ok. 1 mld ton rocznie utrzymuje się natomiast od 20 lat wydobycie, bardziej szkodliwego dla środowiska, węgla brunatnego. Tu - wbrew pieczołowicie propagowanemu ekologicznemu wizerunkowi - liderem są Niemcy, z produkcją w 2010 r. w wysokości 169 mln ton. Kopalnie węgla kamiennego w zagłębiu Ruhry zostały zamknięte, wraz z nimi poszły na złom piece węglowe w elektrowniach, dostawy energii wiatrowej i słonecznej są z przyczyn naturalnych bardzo niestabilne, energetyka atomowa jest podobno zbyt niebezpieczna, więc na potęgę dymią kominy niemieckich elektrowni opalanych węglem brunatnym.

Chińska fabryka świata węglem stoi

Udział węgla w produkcji energii elektrycznej największy jest w RPA (93 proc.). Na drugim miejscu jest Polska (90 proc.), a na trzecim Chiny (79 proc).

Polskę oraz RPA zostawić można na boku, z dwóch powodów. Po pierwsze, ich gospodarki są relatywnie małe. Po drugie są to przypadki szczególne - oba kraje mają bardzo bogate złoża węgla, a jednocześnie, przez dekady, były odcięte od głównego nurtu technologicznego. Polskę izolowała"żelazna kurtyna", a RPA - embargo z powodu apartheidu.

Zostają Chiny. Całkowita moc chińskich elektrowni na koniec 2010 r. sięgała 962 gigawatów (GW). W ciągu roku wzrosła aż o 88 GW. Skalę przyrostu potencjału "prądotwórczego" uzmysławia porównanie z Polską, gdzie łączna moc wszystkich elektrowni to 35 GW. W Chinach przybyło zatem w 2010 r. aż 2,5 razy więcej gigawatów, niż wynosi moc zainstalowana całej polskiej energetyki.

Nie jest tak, że chińskie władze nie zdają sobie sprawy ze środowiskowych konsekwencji spalania olbrzymich ilości węgla. Doskonale znają szacunki np. Banku Światowego, który ocenia ich straty ekonomiczne, z powodu zanieczyszczenia środowiska, na równowartość prawie 6 proc. PKB rocznie. Wiedzą też, że transport węgla to aż połowa przewozów chińskich kolei, co oznacza także wielki wydatek energii. Niesłychany wzrost konsumpcji energii elektrycznej w Chinach, wynoszący rok w rok ponad 10 proc., i towarzyszący mu wzrost zużycia węgla musi zatem budzić refleksje, od których nie jest w stanie uwolnić się nawet politbiuro Państwa Środka.

Stąd wielkie inwestycje hydroenergetyczne (np. gigantyczna elektrownia "Trzech Przełomów" na rzece Jangcy, o docelowej mocy nominalnej 22,5 GW), które jednak także są niebezpieczną i szkodliwą ingerencją w otoczenie naturalne. Kręcą się już również tysiące wiatraków. Łączna moc hydroelektrowni sięga obecnie ok. 213 GW, a moc turbin wiatrowych - ok. 30 GW.

Jest jeszcze atom. W Chinach działa obecnie 14 reaktorów jądrowych o łącznej mocy ok. 11 GW. W budowie jest następnych 25 reaktorów, a w planach krótkookresowych jeszcze więcej. Katastrofa w Fukushimie nie doprowadziła w Chinach - tak jak w Niemczech - do posunięć tyle gwałtownych, co nierozsądnych. Przed rokiem nadal była mowa o zainstalowaniu do 2020 r. reaktorów jądrowych o łącznej mocy 70 - 80 GW. Nic nie wskazuje więc na to, żeby Chiny odwróciły się od ekspansywnych planów w energetyce atomowej. Prawdopodobnie jednak, ze względu na globalne przewartościowania w dziedzinie norm bezpieczeństwa, ich realizacja będzie wolniejsza.

Obowiązują też inne plany i cele. Do 2020 r. moc zainstalowana farm wiatrowych ma osiągnąć 200 GW, a elektrowni wodnych wzrosnąć o dalsze 100 GW. Znawcy Chin i sami Chińczycy przyznają, że ich kraj jest wielkim poligonem ćwiczebnym. Żadne źródło energii nie jest pomijane w inwestycjach, a ze zdobywanego stopniowo doświadczenia ma wynikać, jaka energia jest lepsza.

Jak dobrze pocieszyć się zieloną iluzją

Jednak w praktyce Chiny w krótkim i średnim okresie od "czarnego napędu" nie uciekną - alternatywa jest iluzoryczna. Przepowiadacze przyszłości są zgodni - za 20 lat Państwo Środka nadal będzie stało na węglu.

Spece z firmy doradczej McKinsey szacują, że w 2030 r. zużycie węgla w Chinach wyniesie 4,4 mld ton rocznie, a emisja CO2 wzrośnie z 6,8 mld ton tzw. ekwiwalentu w 2005 r. do 15 mld ton w 2030 r. Inne firmy i think-tanki prognozują podobnie.

W skali światowej do tych rachunków trzeba dołożyć Indie, mające ambicje stawać w szranki z Chinami, i ok. 20 mniejszych państw azjatyckich. Należy również uwzględnić Afrykę, budzącą się do prawdziwego życia i... zużywania (jak najtańszej) energii.

Znany także ze swoich statystyk energetycznych, koncern naftowy BP wskazuje, że w latach 1990-2010 paliwa kopalne zapewniły ok. 83 proc. przyrostu produkcji energii. W następnych 20 latach wskaźnik ten wprawdzie zmaleje, ale jedynie do ok. 64 proc. Rewolucji zatem nie będzie, bowiem przy obecnym stanie wiedzy i technologii oraz panoramie geopolitycznej, być nie może. Wynika to z bardzo prostej zależności.

Wiele państw świata, szczególnie zaś w Azji, rozwija się w tempie oscylującym wokół 10 proc. rocznie. W okresie 1990-2010 na każdy 1 punkt procentowy wzrostu PKB przypadało, w ujęciu globalnym, 0,9 punktu procentowego przyrostu zapotrzebowania/zużycia energii. BP uważa, że wskaźnik energochłonności wzrostu PKB spadnie w okresie 2010-2030 do 0,7 pkt. proc., głównie w wyniku działań zmierzających do racjonalizowania gospodarki energetycznej.

Rosnąca świadomość ekologiczna poprawi nieco tzw. mix energetyczny. W szerszym użyciu będzie gaz ziemny, ludzkość nieco więcej czerpać zacznie z wiatru i słońca. Jednak udział energii zielonej i odnawialnej wyniesie według BP w 2030 r. raptem ok. 10 proc.

Nie ma w tej chwili przesłanek do podważenia głównych punktów prognozy brytyjskich nafciarzy. Tworzy ona zatem dobre tło dla oceny kursu klimatyczno-energetycznego dominującego obecnie w organach Unii.

"My z synowcem na przedzie i jakoś to będzie"

Prowadzi on na rozlegle mielizny. Można być (a nawet trzeba) zwolennikiem integracji europejskiej, ale to nie oznacza akceptacji dla wszystkich fanaberii.

Nie jest do końca pewne - żeby wyrazić się jak najbardziej oględnie - czy w dobrym interesie kontynentu leży zielona ortodoksja. Syta Europa nie jest w stanie trzymać dłużej na uwięzi cywilizacyjnych aspiracji miliardów mieszkańców Azji i Afryki, zwłaszcza, że nie może liczyć na wsparcie, pragmatycznej do bólu, Ameryki. Nie da się już dłużej pławić samemu w energetycznym seraju, odmawiając pariasom prawa do własnej żarówki.

Najbardziej elementarna "analiza" pokazuje hipokryzję polityki klimatyczno-energetycznej Unii. Cała nadzieja w reszcie świata, która zaczyna na szczęście przywoływać Brukselę do porządku.

31 marca minął termin rejestracji w Unii poziomów emisji CO2 przez pozaeuropejskich przewoźników lotniczych. Linie lotnicze spoza Europy, przy cichym dopingu europejskich przewoźników, zignorowały wezwanie Brukseli. I bardzo dobrze, bo nie tędy prowadzi droga do zielonego raju.

Nieba nad Europą nie da się odgrodzić od reszty nieboskłonu barierami i zaporami. A nasze CO2 jest słabsze od ich CO2, jako że nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać raz zapoczątkowanych procesów rozwojowych i emancypacyjnych biedniejszej większości świata.

Unia na tym rozwoju tylko skorzysta, bo to on rodzi nowe technologie. Powinna więc odejść od ekologii w prostym, żeby nie powiedzieć prostackim wydaniu, w jakim np. zabudowuje nieliczne już puste skrawki wiatrakami. Skupić się natomiast na myśleniu, w jaki sposób "czyściej" zużywać paliwa kopalne, jak, względnie niedrogo, magazynować energię elektryczną w olbrzymich ilościach, jak ograniczać straty "prądu" w czasie przesyłu... Bardzo rozsądne byłoby przyspieszenie marszu w kierunku elektryfikowania motoryzacji indywidualnej, choćby dlatego, że efektywniej, łatwiej i taniej jest ograniczać wyziewy w kilku tysiącach miejsc (elektrownie) niż ganiać z miernikami Co2 za setkami milionów samochodów.

To jest szansa, kierunek i przyszłość. Dzisiejsza walka z CO2 w wydaniu Unii to jak pogoń z szablą za dającymi dyla komarami.

Jan Cipiur

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »