Reklama

Tomasz Prusek: Czarne chmury nadciągają nad rynek pracy

Spadające tempo wzrostu gospodarczego sprawia, że z rynku pracy płyną niepokojące sygnały o planach redukcji zatrudnienia w coraz większej liczbie firm. Realny staje się scenariusz, że pomimo iż nadal mamy w Polsce rynek pracownika, to możemy się wkrótce mierzyć z największymi problemami z bezrobociem – nie licząc okresu pandemii COVID-19 – od blisko dekady. O wiele spokojniej niż w prywatnych firmach mogą spać państwowe załogi, bo przed wyborami tym bardziej będzie rozciągany nad nimi parasol ochronny.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

W wielu firmach "czarny piątek" zwolnień grupowych

W wielkich firmach mediowych mieliśmy "czarny piątek" zwolnień grupowych, dużą redukcję zatrudnienia zapowiedział jeden z największych producentów autobusów, ale tną zatrudnienie także mniejsze firmy usługowe i produkcyjne, a w pośredniakach zgłaszanych jest coraz mniej wolnych miejsc pracy. Spowolnienie gospodarcze przestaje być jedynie hasłem ekonomicznym, a wchodzi brutalnie do naszej codzienności, co jest tym bardziej społecznie dotkliwe, że przeważającą część ostatniej dekady można określić jako "złoty czas" dla pracowników, bo używając kolokwialnego powiedzenia: "praca szukała człowieka, a nie człowiek pracy". Złożył się na to sprzyjający splot kilku pozytywnych okoliczności, tak samo jak obecnie kilka negatywnych powodów ma idące wielkimi krokami osłabienie na rynku pracy.

Reklama

 Warto sobie zadać pytanie, jak głęboki może być kryzys w zatrudnieniu i kogo w pierwszej kolejności może dotknąć, a przede wszystkim jak długo potrwa. Na początku trzeba jednak podkreślić, że nie szykuje się armagedon podobny do tego sprzed dwóch dekad, gdy firmy zwalniały na potęgę, a o jakąkolwiek pracę, nawet znacznie poniżej kwalifikacji, było szalenie trudno. Krótko przed wejściem Polski do Unii stopa bezrobocia oscylowała wokół koszmarnych 20 proc. i dochodziło do takich sytuacji, jak w jednym ze średnich miast w podkarpackiem, gdzie do otwierającej się stacji paliw na dwa miejsca pracy wpłynęło ponad 200 podań, mimo że... nie było jeszcze żadnego ogłoszenia (wystarczyła poczta pantoflowa), a w krakowskiej cukierni obok Plant można było spotkać młodą sprzedawczynię mówiącą biegle po angielsku, francusku i hiszpańsku, która miała dwa fakultety i pracowała tak od roku, bo nie potrafiła znaleźć innej pracy. Miejmy nadzieję, że takie historie to już przeszłość, która nigdy się nie powtórzy.

Dziś mamy także potężny problem ze wzrostem cen

Tak samo jak hiperinflacja z przełomu lat 80. i 90. poprzedniego wieku. Owszem, dziś mamy także potężny problem ze wzrostem cen, ale nie można porównywać wskaźnika 17,9 proc. w skali roku z 70-80 proc., i to w skali miesiąca na początku transformacji gospodarczej. Mimo to, zarówno inflacja, jak i groźba wzrostu bezrobocia spędza sen z oczu wielu osób. Powód? Szczególnie przez ostatnie lata dimetralnie poprawiły się warunki gospodarcze, a wraz z nimi oczekiwania społeczne dotyczące płac i warunków życia. Dlatego dziś zmartwienie, a czasem lekką panikę, wywołują problemy znacznie mniejszego kalibru, które wydają się wręcz czasami śmieszne w porównaniu z tymi sprzed 20 albo 30 lat. Mimo to nie można lekceważyć ani skali obserwowanego spowolnienia gospodarczego ani związanych z nim potencjalnych turbulencji na rynku pracy, bo żyjemy w coraz bardziej skredytowanym i nastawionym konsumpcyjnie społeczeństwie i każda, nawet chwilowa utrata źródła dochodu, może rodzić bardzo poważne konsekwencje dla gospodarstw domowych, a jeśli zjawisko bezrobocia osiągnęłoby większe rozmiary - także społeczne.

Statystyki nie dają jeszcze wielkich powodów do obaw

Na razie statystyki nie dają jeszcze wielkich powodów do obaw: w październiku stopa bezrobocia rejestrowanego wynosiła jedynie 5,1 proc., a liczba osób poszukujących pracy oscylowała wokół 800 tys. (najniższy poziom od 1990 roku). Co więcej, zarówno stopa bezrobocia jak i liczba zarejestrowanych bezrobotnych jest niższa niż przed wybuchem pandemii COVID-19 na początku 2020 roku. Zatem, pomimo czarnych wizji, generalnie pracownicy w Polsce przeszli praktycznie suchą stopą przez dwa trudne lata pandemii, kiedy kolejne lockdowny paraliżowały działalność wielu firm, a niektóre, szczególnie w branżach usługowych (np. gastronomii) doprowadziły do upadłości. Rynek pracy jako całość wytrzymał sytuację kryzysową, bo firmy otrzymały gigantyczne wsparcie z rządowych funduszy pomocowych, a przedsiębiorcy wykazali się po raz kolejny zdolnością do przetrwania trudnych czasów. Oczywiście "coś za coś", czyli niedopuszczenie do masowych bankructw firm okupione zostało ogromnym wzrostem długu publicznego, czyli skutkami finansowymi zostaną tak naprawdę obciążone przyszłe pokolenia. Wpompowanie pieniędzy w gospodarkę w okresie pandemii odbija się nam obecnie także czkawką inflacji, bo wcale nie jest tak, że za galopujący wzrost cen odpowiedzialności należy szukać jedynie w skutkach wojny w Ukrainie i szalejących cenach energii. Z tego powodu wielu może sobie zadawać pytanie czy przypadkiem zastosowane lekarstwo (pomoc finansowa państwa) nie było gorsze od choroby (recesja), ale pozostaje fakt, że gospodarka w pierwszym roku pandemiczym skurczyła się jedynie o 2 proc., a na rynku pracy nie doszło do tragedii.

Czekaja nas  biblijne "chude lata"

Skąd więc obecnie coraz większe obawy o znaczące pogorszenie sytuacji i falę zwolnień? Gospodarka bardzo dynamicznie odbiła po pandemii, ale efekt jej odbudowy szybko się skończył, bo wybuchła wojna w Ukrainie, globalna gospodarka znalazła się klinczu (pozrywane łańcuchy dostaw), a ceny energii wprost "odjechały", podważając nawet sens prowadzenia działalności w wielu branżach. PKB hamuje jak na razie wolno (wzrost 3,5 proc. w III kw. licząc rok do roku), ale na przyszły rok nie brakuje głosów, że będzie poniżej 1 proc., a nawet istnieje prawdopodobieństwo recesji. Właśnie w takiej sytuacji naturalna wydawałaby się interwencja państwa, ale u nas pole manewru dla pomocy rządowej jest coraz bardziej ograniczone, ponieważ kolejne tarcze pomocowe kosztują grube miliardy złotych i skoro rząd hojnie rozdawał transfery socjalne także w okresie prosperity, to obecnie nie może już sobie na wiele pozwolić. Poza tym na rosnące wydatki państwa, nie tylko antykryzysowe, niechętnym okiem patrzą nasi wierzyciele, szczególnie zagraniczni, którzy bojąc się wysokiej skali zadłużenia i mniejszej zdolności państwa do obsługi długu każą sobie coraz bardziej słono płacić za obligacje. Dlatego coraz częściej z ław rządowych słyszymy zapomniane już trochę słowo "oszczędności" po propagandowym okresie zachwytu spod szyldu "na wszystko nas stać" i "cud gospodarczy". Ekonomiści, jak i instytucje finansowe są niestety zgodni, że po tłustych kilku latach, przerwanych nagle pandemią COVID-19  i krótkim odbiciu, czekają nas teraz biblijne "chude lata". I choć zapewne nie będzie ich siedem, to nawet dwa-trzy mogą wyrządzić dużo szkód w gospodarce, a co za tym idzie - na rynku pracy. Już obecnie dynamika wzrostu gospodarczego spada, i choć na razie wybroniliśmy się przed tzw. techniczną recesją, to bliska przyszłość rysuje się nam dość pesymistycznie.

Nawet jeśli, poza kilkoma głośnymi przypadkami dużych firm, spowolnienie nie przekłada się jeszcze obecnie na powszechne problemy na rynku pracy, to należy się na taki czarny scenariusz przygotować. Stopa bezrobocia w najbliższych miesiącach prawdopodobnie będzie powoli, ale rosnąć. Nadal jednak powinniśmy w Unii Eurpejskiej należeć do liderów (razem z Czechami, Niemcami) jeśli chodzi o najniższą stopę bezrobocia.  Zarówno w całej Unii, jak i w strefie euro stopa bezrobocia jest ponad dwukrotnie wyższa niż u nas wg unijnych miar statystycznych. Oczywiście dla właśnie zwalnianych pracowników w Polsce to żadne pocieszenie, że gdzieś inni mają się gorzej, bo statystyki jeszcze nikt nie włożył do garnka. Co więcej, słabość rynku pracy w skali Europy również świadczy o narastających problemach gospodarczych (w przyszłym roku unijny wzrost gospodarczy ma być zaledwie 0,3 proc. wg Komisji Europejskiej), a przecież nasza gospodarka nastawiona jest w dużej mierze na eksport. Zatem spowolnienie gospodarcze i spadek konsumpcji w innych europejskich krajach uderzy rykoszetem - choć z pewnym opóźnieniem - w nasz kraj i skutkować będzie większymi zwolnieniami. Nikt nie powinien się cieszyć z perspektywy kłopotów naszych największych gospodarczych kontrahentów, szczególnie Niemiec, bo mamy taki wysoki poziom powiązań z nimi, że ich kłopoty wkrótce staną się kłopotami naszych firm.

Uwaga na firmy kontrolowane przez państwo

Rosnące problemy na rynku pracy nie będą się jednak równo rozkładać, ani geograficznie, ani branżowo, ale można wyodrębnić przynajmniej jedną grupę firm, która potencjalnie będzie długo opierać się redukcjom zatrudnienia, nawet jeśli pogarszać się będzie sprzedaż i wyniki finansowe. Mowa o firmach kontrolowanych przez państwo, szczególnie tych mających silne związki zawodowe. Powodów trzeba szukać nie tyle gospodarczych, co politycznych, bowiem przed nami kluczowy rok wyborczy, co sprzyja utrzymaniu za wszelką cenę tzw. spokoju społecznego w państwowych firmach, za który przy urnach wyborczych oczekiwana jest polityczna premia. Na razie związkowcy z państwowych potentatów nie tyle walczą w nich o utrzymanie zatrudnienia, co raczej o wyrwanie jak najwyższych podwyżek, aby płace realnie nie zostały w tyle za galopującą inflacją. Zdają sobie sprawę ze zbliżających się wyborów i starają się rozegrać karty na swoją korzyść, co w przeszłości już wielokrotnie się im udawało. Dlatego można iść o zakład, że największymi przegranymi spowolnienia gospodarczego i ewentualnej fali zwolnień w 2023 roku będą pracownicy prywatnych firm, którzy nie mają silnej reprezentacji związkowej, a na pewno już politycznych "aniołów stróżów".

Pogorszenie koniunktury na rynku pracy będzie miało także i swoje dobre strony, bo firmy będą się szybciej restrukturyzować, aby być lepiej przygotowanymi na przyszłe ożywienie gospodarcze. Osobom bezskutecznie poszukującym pracy w swoich zawodach pozostanie przekwalifikowanie się, przeprowadzka za pracą w  kraju albo trudna decyzja o emigracji zarobkowej, jeśli w Unii znajdą dla siebie miejsce pracy. Jednak kolejna fala emigracji zarobkowej byłaby dla Polski bardzo niekorzystna, bo i tak mamy już potężne problemy demograficzne, których nie rozwiązują nawet imigranci.


Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

(Śródtytuły pochodzą od redakcji)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »