Reklama

Tomasz Prusek: Stopy się zatrzymały, ale nie inflacja

Brak 12. z rzędu podwyżki stóp procentowych wcale nie oznacza, że możemy odetchnąć z ulgą, bo szalejąca inflacja została okiełznana. Zaproponowana polityka "poczekamy, zobaczymy" to ryzykowna gra, która może słono nas kosztować. Kolejne podwyżki staną za progiem, jeśli inne banki centralne będą windować stopy i trzeba będzie zahamować odpływ zagranicznego kapitału z Polski. Dodatkowo impulsem inflacyjnym będzie wzrost płacy minimalnej i cen energii, oraz słabnący złoty, który jest świetnym "importerem" inflacji do gospodarki uzależnionej od konsumpcji.

Gdyby cofnąć czas zaledwie o rok, do początku października 2021, to - patrząc z dzisiejszej perspektywy - przynajmniej kredytobiorcy zapewne poczuliby się znowu jak w finansowym raju: wszak główna stopa procentowa była na najniższym historycznie poziomie 0,1 proc. i to pomimo, że inflacja dochodziła już do 6 proc. i była najwyższa od dwudziestu lat. Rząd i sternicy polityki pieniężnej długo dezawuowali kasandryczne głosy wzywające do podnoszenia stóp procentowych i wydawały się one wołaniem na puszczy, skoro jak mantrę oficjalnie powtarzano, że cena kredytu nie wzrośnie do 2022 roku.

Jednak podnoszącej łeb inflacji, co warto podkreślić - na długie miesiące przed wojną w Ukrainie, nie dało się w nieskończoność lekceważyć i w końcu ruszył cykl podwyżek ceny kredytu, pomimo, że taki ruch w komunikacji był dopiero co uznawany za "szkolny błąd". W sumie za nami aż 11 "szkolnych" decyzji o podwyżkach z rzędu i główna stopa znalazła się na poziomie 6,75 proc. Dziś można by w ciemno "kupić" inflację sprzed roku, bo w tak krótkim czasie przeżyliśmy największy szok inflacyjny od początku transformacji gospodarczej w latach 90. zeszłego wieku. Co więcej, jak na złość propagandzie gospodarczego sukcesu, inflacja wcale nie poddaje się politycznym zaklęciom i rośnie w oczach, nawet w okresie wakacyjnym, w którym prognozowano spadek. Po wrześniowym uderzeniu, który kompletnie rozminął się - oczywiście w górę - z oczekiwaniami np. minister finansów, doszliśmy do poziomu 17,2 proc., który przed rokiem wydawał się w kategoriach science fiction. I kiedy kolejna podwyżka stóp wydawała się pewna jak w banku, nagle stopy znieruchomiały. Jak to rozumieć?

Reklama

Działania fiskalne rządu stoją w sprzeczności z działaniami RPP

Taka zaskakująca decyzja wskazuje bardziej na asekurancką politykę przeczekania i obstawianie życzeniowego rozwoju sytuacji, w którym inflacja jakimś cudem zacznie spadać sama z siebie, pomimo bardzo niekorzystnego otoczenia międzynarodowego i szoku energetycznego. Tym bardziej, że działania fiskalne rządu stoją niezmiennie w sprzeczności z działaniami RPP, bo tylko w ten sposób można określić dalsze dosypywanie lekką ręką pieniędzy poprzez różnorakie transfery wzmacniające konsumpcję, której siła uporczywie pcha inflację w górę. Używając filmowego porównania, zaniechanie kolejnej podwyżki stóp przypomina motyw z filmu "Przeminęło z wiatrem" i zachowanie bohaterki Scarlett O’Hara, która w obliczu trudności, którymi nie chciała się zajmować "dziś", mówiła z beztroską ulgą: "pomyślę o tym jutro". Tymczasem szalejąca inflacja, spowalniająca gospodarka i słabnący złoty wymagają działań, a nie postawy zaniechania godnej Scarlett O’Hara.

Decyzji RPP o zatrzymaniu cyklu podwyżek i przejście na pozycje "wait and see" w oczekiwaniu na kolejne projekcje inflacyjne oraz rozwój sytuacji zewnętrznej nie sposób nie widzieć także w szerszym kontekście społecznym i politycznym. Dla rzeszy zadłużonych np. w hipotekach brak podwyżki oznacza wyczekiwaną długo przerwę w puchnących ratach, do których w ostatnim roku zdążyli się już przyzwyczaić jak do comiesięcznych hiobbowych wieści. Ustabilizowanie się ceny kredytu, nawet chwilowe, jest finansowym oddechem, nawet jeśli korzystają z hojnego podarunku polityków na koszt banków, czyli wakacji kredytowych.

W pułapce drogiego kredytu

Jednak ani wakacje, ani zatrzymanie podwyżek stóp nie zmieniają pułapki drogiego kredytu, w którym się znaleźli, często łatwowiernie wierząc w zapewnienia, że inflacja nie jest problemem, a rekordowo tani kredyt pozostanie z nimi na dłużej. Zatrzymanie walca z ceną kredytu ma też niebagatelne znaczenie polityczne, bo wielu kredytobiorców zadaje sobie fundamentalne pytanie: "dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze", przynajmniej w oficjalnym przekazie, chwalącym stan państwa i nieomylność w decyzjach gospodarczych. Ustabilizowanie ceny kredytu nie sprawi, że znowu ruszy znajdująca się w stanie zapaści akcja kredytowa w hipotekach albo przedsiębiorcy nagle rzucą się na finansowanie inwestycji pożyczkami. Zatem o ile lista korzyści z zatrzymania pochodu stóp jest krótka, to lista zagrożeń widniejących na horyzoncie długa, i to zarówno na krajowym podwórku, jak i zagranicą.

Przede wszystkim trudno wskazać obecnie inny krajowy hamulec dla inflacji niż podwyżki stóp. Za pasem mamy inflacyjne "dopalacze": chociażby znaczącą podwyżkę pensji minimalnej w 2023 roku (w dwóch turach) oraz cen energii, nad których ograniczeniem rozpaczliwie głowią się rządzący, co nie dziwi, skoro wyborcy są przerażeni taką perspektywą. Oczywiście można liczyć na szczęście i bożka cykliczności, że ceny surowców na światowych rynkach gwałtownie spadną albo nagle pracownicy zrezygnują z wywierania presji płacowej na firmy, która nakręca spiralę cenowo-płacową. Gdyby tempo wzrostu płac trwale przegrywało z tempem inflacji, chłodziłoby popyt konsumencki, ale będzie to szczególnie trudne do osiągnięcia w spółkach kontrolowanych przez państwo, gdzie wystarczy że załogi tupną, a sypią się podwyżki i dodatki inflacyjne, bo zarządy są przerażone politycznymi konsekwencjami np. strajku. Poza tym nadal mamy rynek pracownika i to on często ma przewagę w negocjacjach z pracodawcą. 

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Podwyżki stóp zatrzymane - pogłębi się erozja oszczędności

Za to zahamowanie podwyżek stóp sprawi, że jeszcze bardziej pogorszy się sytuacja i tak już mocno pokiereszowanych posiadaczy kapitału, bo banki nie będą miały motywacji do podnoszenia oprocentowania lokat, a państwo - obligacji detalicznych. W rezultacie jeszcze bardziej pogłębi się erozja oszczędności, ponieważ zwiększy się realna strata, uwzględniająca skalę inflacji. To będzie z kolei demotywować do oszczędzania, a sprzyjać konsumpcji, bo przecież skoro ma być drożej, to lepiej kupić towary czy usługi dziś niż jutro. Decyzje konsumenckie o przyśpieszeniu zakupów będą podejmowane dopóki konsumenci będą mieli na to środki, a temu sprzyja kontynuowanie wspierania konsumpcji przez państwo transferami i działaniami osłonowymi przed inflacją, i nie chodzi tylko o tarcze antyinflacyjne. To źródło zasadnicznej sprzeczności polityki fiskalnej (rządu) z polityką monetarną (RPP), którą żywi się inflacja. Bo aby walka z nią była skuteczna, to obydwie polityki powinny być spójne i się "widzieć". Czytaj: rząd powinien zmniejszyć skalę dosypywania pieniędzy, ale z powodów politycznych trudno sobie to wyobrazić, bo w dół natychmiast poszłyby słupki poparcia, w przed nami rok wyborczy.

Niemniej prawdziwa bitwa o inflację i cenę kredytu rozegra się poza Polską, a my będziemy jedynie obserwatorami, którzy będą dostosowywać się do działań innych, tych silniejszych. Mowa w tym miejscu o decyzjach innych banków centralnych, w tym w USA i strefie euro, które wcale nie zamierzają powiedzieć "stop" podwyżkom stóp. Rezultat może być taki, że Polska będzie jeszcze mocniej przegrywać konkurencję o kapitał z innymi rynkami i coraz więcej trzeba będzie płacić za rządowe obligacje. A przecież apetyt na zadłużanie mamy ogromny i otwarte pozostaje pytanie: kto to kupi? Krajowe banki są często napakowane obligacjami po sufit, więc pozostaje zagranica, która każe sobie coraz więcej płacić za ryzyko posiadania polskiego długu. Oczywiście, zwyżka rentowności obligacji to trend globalny, ale akurat nasz koszt pozyskiwania kapitału jest znacznie wyższy niż w wypadku rozwiniętych gospodarek, bo rentowności papierów 10-letnich wynoszą 7 proc., a np. niemieckich zaledwie 2 proc. Kontynuowanie odpływu zagranicznego kapitału z rynku obligacji będzie nieuchronnie przekładało się na kurs złotego, bo pozbywający się papierów zamieniać będą wolne środki np. na euro i dolary. Rynki długu i walutowy to naczynia połączone i nawet ewentualne bezpośrednie interwencje walutowe naszego banku centralnego niewiele mogą zrobić takiemu trendowi. Niestety, słabnący złoty to znakomite paliwo dla inflacji, bo przecież w dolarach płacimy za surowce, a w euro za konsumpcyjny import z Unii Europejskiej. W ten sposób sprowadzamy sobie do kraju inflację. Bardzo symptomatyczne, że właśnie na obligacjach i rynku walutowym natychmiast odbiło się zaniepokojenie inwestorów brakiem podwyżki stóp i zadeklarowaniem polityki spod szyldu "poczekamy, zobaczymy". Dolar ponownie dobił do granicy 5 zł, a euro - 4,90 zł.

Jak umocnić złotego?

Jak zahamować odpływ zagranicznych inwestorów i umocnić złotego? Poza oczywiście prowadzeniem rozsądniejszej polityki gospodarczej rządu służą temu właśnie podwyżki stóp procentowych. Niestety, banki centralne mniejszych państw, takich jak Polska, w obliczu groźby odpływu kapitału często stawiane są pod ścianą i czy tego chcą, czy nie, nawet po chwilowym oporze, w praktyce zmuszane są do podwyżek, i to znaczących, co ostatnio widać było np. na Węgrzech. Zatem z braku październikowej podwyżki stóp lepiej się nie cieszyć na zapas, i nie zakładać optymistycznie, że to sygnał końca cyklu, skoro ani inflacja nie została jeszcze wyhamowana, ani wokół nas banki centralne nie opanowały sytuacji. Pomimo że spowolnienie gospodarcze zbliża się wielkimi krokami, a wysoka cena kredytu będzie je pogłębiać i wydłużać. Niestety, aktualny będzie dramatyczny dylemat, dodajmy także dla wielu innych gospodarek, co poświęcić: wzrost gospodarczy i w konsekwencji stopę bezrobocia czy stabilność cen? Każda decyzja będzie bolesna dla przedsiębiorców oraz gospodarstw domowych. Pewne jest jedno: w tej sytuacji postawa w stylu Scarlett O’Hara i odsuwanie trudnych decyzji "dziś" będzie prowadzić jedynie do większych kłopotów "jutro".

Tomasz Prusek

publicysta ekonomiczny
prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »