Reklama

Tomasz Prusek: Węgierska lekcja przestrogą dla Polski

Panika na stacjach benzynowych i braki podstawowych produktów żywnościowych na Węgrzech dowodzą, jakie opłakane skutki może przynieść populistyczna polityka gospodarcza i lekkomyślne ingerowanie w wolny rynek przez rzekomo wszechwładne państwo. Pokusa, aby prowadzić silną politykę etatystyczną, dominuje także w Polsce. Oby nie skończyło się tak, jak nad Balatonem, bo wolny rynek zawsze bierze górę nad centralistycznym wszechpaństwem. Przetestowaliśmy to w PRL-u i lepiej ponownie nie popełniać tego błędu.

Mamy wojnę w Ukrainie, inflację szalejącą w całej Europie i USA, globalny kryzys energetyczny windujący ceny prądu i ogrzewania, problemy ze stabilnymi dostawami ropy i gazu, ale akurat jedynie na Węgrzech doszło do wydarzeń, które można określić mianem paniki konsumenckiej. Przypadek? Wcale nie. 

"Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie"

To prosta konsekwencja wieloletnich działań rządu w Budapeszcie, który podporządkował całą politykę gospodarczą strategii populizmu, aby maksymalnie obłaskawiać wyborców i wygrywać kolejne wybory (nawet z większością konstytucyjną). Taka polityka przynosi efekty od 2010 roku - wtedy władzę zdobył Fidesz z premierem Viktorem Orbanem. Jej uprawianie wiąże się z ogromnymi transferami socjalnymi, które kumulację osiągnęły przed wyborami parlamentarnymi w kwietniu tego roku, które ponownie przyniosły sukces partii rządzącej (wprowadzono np. zwrot podatku dla rodziców wychowujących dzieci i obniżki składek, podwyższono płace w sektorze publicznym). 

Reklama

Jednak coraz większa ingerencja państwa w gospodarkę wolnorynkową w zakresie cen detalicznych, postępująca centralizacja, konfliktowanie się z inwestorami zagranicznymi, a przede wszystkim notoryczne stawanie okoniem wobec Unii Europejskiej nie mogły bez końca uchodzić na sucho Budapesztowi. Jak w powiedzeniu: "Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie". I wygląda, że właśnie się urwało...

Wprowadzenie w listopadzie 2021 roku limitu cen na paliwa zostało zapewne przez węgierskich wyborców przyjęte z ulgą i zadowoleniem, bo kto nie lubi najtaniej w Europie tankować na stacjach benzynowych? Ale było tylko kwestią czasu, gdy taka niebezpieczna ingerencja w zasady wolnorynkowe się zemści. Bo to właśnie cena wpływa na rynkową grę popytu i podaży, decyduje czy opłaca się sprowadzać, produkować i sprzedawać paliwo.

Rząd w Budapeszcie nie miał wyjścia i przyznał się do porażki

Z politycznego punktu widzenia operacja pod hasłem "tanie paliwo" dla Węgrów (a później także na niektóre podstawowe artykuły spożywcze, np. cukier czy mąkę, na które również wprowadzono w tym roku limity cen) opłaciło się, bowiem Fidesz wygrał w cuglach kolejne wybory w kwietniu tego roku. Lecz gdy w ostatnim czasie paliwa zaczęło brakować i wśród kierowców zapanowała panika, rząd w Budapeszcie nie miał wyjścia i musiał - dosłownie z godziny na godzinę i do tego w nocy - wycofać się z limitów cen paliw, czyli de facto przyznał się do porażki. 

Sęk w tym, że to nie wystarczy, aby od ręki rozwiązać problem niedoboru paliw, bo cały proces przywracania równowagi rynkowej po uwolnionych cenach może zabrać dobrych kilka miesięcy. Pewne jest za to, że będzie mieć poważne konsekwencje dla portfeli Węgrów, którzy zdążyli już zapomnieć o tanim tankowaniu, a muszą się teraz zmierzyć z potężnym impulsem inflacyjnym, jaki wywołało uwolnienie cen.

Warto podkreślić, że inflacyjny dopalacz przyjdzie w trudnym momencie potęgującego się kryzysu gospodarczego na Węgrzech i rujnowania oszczędności przez szalejącą inflację, która należy do najwyższych w Europie. Wzrost cen mierzony rok do roku sięga już 22,5 proc., a uwolnienie cen paliw dołoży kilka punktów procentowych. Inflacja bazowa (z wyłączeniem cen energii i żywności) jest jeszcze wyższa (24 proc.), co stanowi ewenement na skalę europejską i wskazuje na wewnętrzne wyhodowanie inflacji. 

Co więcej, wysokie stopy procentowe (główna to 13 proc.) nie są w stanie hamować wzrostu cen, za to skutecznie mogą doprowadzić do recesji i wzrostu bezrobocia. Używając biblijnego porównania, można powiedzieć, że na Węgry spadły prawdziwe "plagi egipskie", jednak wcale nie jest temu winna Unia Europejska - jak próbuje przekonywać Budapeszt - lecz głównie wewnętrzna polityka obliczona na populistyczne działania nieliczące się z zasadami wolnego rynku i lekceważące inwestorów finansowych.

Węgry dotarły do gospodarczej krawędzi

Skala gospodarczej katastrofy, przed którą staje Budapeszt, jest tak wielka, że rządzący łapią się wszelkich sposobów, aby ratować skórę. Tak należy traktować coraz bardziej ugodową postawę wobec Unii Europejskiej w sprawie odblokowania środków z Krajowego Planu Odbudowy (KPO), a także werbalne przymilanie się do strefy euro i perspektywy przyjęcia wspólnej waluty, co jeszcze rok temu było wprost niewyobrażalne, bo przecież forint - podobnie jak złoty w Polsce - ma być strażnikiem suwerenności i gwarantem interesów narodowych, które z założenia dominować mają nad interesami europejskimi. 

To wszystko wskazuje, że Węgry dotarły do gospodarczej krawędzi, a ostatnim sygnałem powagi sytuacji było uwolnienie cen paliw. Problemy gospodarki węgierskiej są jednak znacznie głębsze niż ceny i dostępność paliw oraz podstawowych artykułów żywnościowych. 

Prowadzony od lat eksperyment z centralizacją władzy, przekonanie o jej nieomylności nie tylko w sprawach politycznych, ale i gospodarczych, traktowanie inwestorów zagranicznych jako zagrażających suwerenności, a wreszcie życie na kredyt zaciągany na rynkach finansowych doprowadził do sytuacji, gdy konieczne może stać się sięgnięcie po pomoc finansową np. Międzynarodowego Funduszu Walutowego. A to byłoby społecznym szokiem, skoro od ponad dekady propagandowo suwerenność odmieniana jest na wszelkie sposoby. O tym, że rynki finansowe nie żartują z populistycznymi rządami świadczy ostrzeżenie z października, gdy na łeb na szyję poleciał forint i poszybowały rentowności obligacji skarbowych.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Jakie wnioski trzeba wyciągnąć, by nie pójść ścieżką węgierską?

Skoro nie tak dawno popularne było u nas hasło polityczne, aby budować drugi Budapeszt w Warszawie, to warto zastanowić się, jakie wnioski trzeba teraz wyciągnąć, aby nie pójść ścieżką węgierską, która - jak pokazały dobitnie szczególnie ostatnie wydarzenia - prowadzi do katastrofy, nawet jeśli po drodze wygrywa się wybory. 

Co prawda, na szczęście nie wprowadzono u nas limitu na ceny paliw albo mąkę czy cukier, ale niestety lista podobieństw w polityce gospodarczej jest niepokojąco długa. W Polsce od 2015 roku także mamy politykę gospodarczą spod szyldu etatyzmu. To państwo, a nie kapitał prywatny, ma być w coraz większym stopniu kołem zamachowym gospodarki: począwszy od wielkich koncernów po start-upy. 

Państwo jako właściciel rozpycha się, gdzie może, nie tylko "odzyskuje" firmy kiedyś sprywatyzowane, nie tylko w sektorach strategicznych, ale wszędzie tam, gdzie po prostu ma ochotę wejść: od produkcji tramwajów i rur, po wożenie turystów kolejkami górskimi. Państwo ma być nie tylko centrum legislacyjnym i wykonawczym, ale także wskazywać niepodlegające dyskusji kierunki rozwoju gospodarki, choć w dojrzałych państwach co do zasady to sektor prywatny wie lepiej, w co warto inwestować, a w co nie warto. 

Podobnie jak Węgry, jesteśmy też na kursie kolizyjnym z wieloma instytucjami unijnymi, a także wciąż nie mamy środków z KPO. Wreszcie pod względem inflacji również należymy do grona europejskich liderów, a fakt, że jest ona o kilka punktów procentowych niższa niż na Węgrzech, to żadne pocieszenie. Łączy nas także prowadzenie polityki gospodarczej podporządkowanej utrzymaniu władzy, czyli dorzucanie kolejnych transferów socjalnych, wymyślanie programów pomocowych, osłonowych itd. Dodatkowo, mamy za sobą obniżenie wieku emerytalnego, a przed nami kolejne podwyższenie płacy minimalnej oraz zapowiedzi dodatkowych świadczeń dla seniorów (nie mylić z emeryturami, bo "trzynastka"i "czternastka" to jedynie dodatkowe świadczenia z woli politycznej). Wszystko po to, aby za wszelką cenę zakonserwować władzę polityczną. 

Jednak - podobnie jak w przypadku Węgier - można było w poprzednich miesiącach zauważyć sygnały ostrzegawcze wysyłane nam przez inwestorów zagranicznych, że więcej nie będą kupować populistycznej polityki gospodarczej, zadłużania państwa i pobłażania inflacji. Mieliśmy więc i kursy kilku głównych waluty obcych zupełnie jak w sklepie "wszystko po 5 zł", a rentowności obligacji rządowych doszły do granicy 9 proc. 

Przyszło otrzeźwienie w polityce gospodarczej

Można zauważyć, że dopiero wtedy przyszło przynajmniej chwilowe otrzeźwienie w polityce gospodarczej i propagandowej retoryce sukcesu, bo po raz pierwszy od długiego czasu pojawiło się hasło szukania oszczędności i prowadzone są usilne zabiegi o uruchomienie środków z KPO, na co bardzo liczą zagraniczni inwestorzy. To dlatego euro potaniało do 4,45 zł, a dolar - do 4,69 zł, zaś rentowność obligacji dziesięcioletnich obniżyła się do 6,4 proc. Można to tak odczytać, że otrzymaliśmy po raz kolejny kredyt zaufania od inwestorów, a że u nas nie został popełniony "błąd cenowy", jak na Węgrzech, to nie mamy paniki konsumenckiej i niedoborów, a jedynie rosnące społeczne niezadowolenie z powodu szybujących cen żywności, paliw i energii, plus niebezpiecznie wysoką inflację. 

Jednak, jeśli nie zostanie porzucona, a przynajmniej pohamowana polityka centralizacji, faworyzowania kapitału państwowego i ingerowania w wolny rynek, to wcześniej czy później, a zapewne wcześniej, możemy zmierzyć się z problemami, jakich obecnie doświadczają Węgrzy. Bo na dłuższą metę budowanie etatystycznej gospodarki nie popłaca: kończy się kolejkami na stacjach benzynowych, pustymi półkami sklepowymi i tracącymi na realnej wartości oszczędnościami. Dlatego z węgierskich błędów warto wyciągać wnioski, nawet jeśli są one trudne do zaakceptowania politycznie. W przeciwnym razie społeczeństwo na koniec dnia zapłaci za to słoną cenę, także w przyszłych pokoleniach.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu prezentuje własne poglądy i opinie

(śródtytuły pochodzą od redakcji)

Felietony Interia.pl Biznes
Dowiedz się więcej na temat: Węgry | ceny paliw | Viktor Orban | inflacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »