Reklama

Uwaga: Bankierzy jak gangsterzy!

Ława przysięgłych w Nowym Jorku uwolniła na początku sierpnia byłego pracownika Citibanku od zarzutu licznych nadużyć i oszukiwania klientów. Nie dlatego, żeby Brian Stoker był czysty. Jednak zamiast niego na ławie oskarżonych powinien siedzieć prezes jednego z największych banków w Ameryce, a więc jeden z najważniejszych ludzi w USA.

Reklama

Wśród przysięgłych byli zwykli obywatele: ochroniarz, technik laboratoryjny, muzyk rockowy, student, dziennikarz. I zrobili coś, czego nie pamiętają najstarsi prawnicy. Wezwali komisję nadzoru giełdowego, by nie zniechęciła się wyrokiem uniewinniającym. Niech dalej prowadzi śledztwa przeciwko bankierom, bo z Briana Stokera uczyniono kozła ofiarnego, a winny jest cały sektor finansowy.

Przewodniczący ławy powiedział prasie: "Niech Wall Street nie myśli, że skoro zwykli Amerykanie nie potrafią zrozumieć skomplikowanych transakcji finansowych, to bankom ujdzie na sucho oburzające postępowanie". Zwykli Amerykanie żądają kary dla banksterów (neologizm ze słów bankier i gangster) za kryzys finansowy roku 2008, który omal nie pogrążył całego świata w chaosie. Np. oskarżony Stroker sprzedawał klientom obligacje tak złe, że jego Citibank przewidywał spadek ich wartości. Wiedział, że sprzedaje śmiecie, pobiera za to sowite opłaty, a koledzy grają na spadek wartości tych obligacji. Tak mu kazali szefowie. Stoker bronił się tak jak niemieccy naziści na procesie norymberskim - on tylko wykonywał rozkazy przełożonych. Tamci poszli na szubienicę. Stoker się wybronił, bo zdaniem sędziów przysięgłych trzeba sięgnąć wyżej.

Trzeba sięgnąć wyżej, ale kto da radę? Amerykanie mogą sobie gdakać, a gazety pisać, co im się podoba. Jednak prawo stanowią kongresmani, a ci siedzą w kieszeni banksterów. Ameryką rządzi oligarchia finansowa i szykuje następny kryzys. Kolejny dowód dała Gretchen Morgenson, reporterka z "The New York Timesa" i ekspert finansowy Joshua Rosner. W książce "Zuchwałe zagrożenie. Jak przesadna ambicja, chciwość i korupcja doprowadziły do gospodarczego Armageddonu", pokazują jasno: nie zmienił się system, który wywołał krach cztery lata temu. Winni nie ponieśli kary. Niektórzy nawet awansowali, jak obecny sekretarz skarbu Tim Geithner. Jak Andrew Cuomo, obecny gubernator stanu Nowy Jork. Jak Larry Summers, doradca gospodarczy prezydenta Obamy w pierwszej połowie kadencji.

Brud za uszami mają również twórcy ustawy Dodda-Franka, zwanej tak od nazwisk jej autorów, która po kryzysie 2008 miała uzdrowić system finansowy. Senator Chris Dodd dostał tanią pożyczkę hipoteczną i sowite dotacje na kampanię wyborczą za wprowadzenie poprawki do ustawy, za którą miliardy zapłacą podatnicy. Poseł Barney Frank dostał posadę dla swego kochanka, aby jako szef komisji finansowej Izby Reprezentantów nie zwracał uwagi na ostrzeżenia przed katastrofą.

A to wszystko - Wysoki Sądzie - z troski o prostego człowieka. W oku cyklonu roku 2008 była popierana przez rząd ogromna agencja finansowania tanich pożyczek hipotecznych, zwana sympatycznie Fannie Mae. Ma ułatwiać biedniejszym klientom kupowanie domów. Jej szef James Johnson zarobił na tym 100 milionów dolarów, tworząc system, który doprowadził do ruiny miliony ludzi, chociaż miał pomóc lepiej żyć. Mianowicie ułatwiał kupowanie na kredyt domów bardzo przerastających możliwości finansowe pożyczkobiorców.

Tysiące bankierów i pośredników handlu nieruchomościami miało świadomość, że wpędza swoich klientów w osobistą katastrofę. Dziesiątki analityków wiedziało, że Ameryce, a nawet światu może grozić krach finansowy bez precedensu w historii. Ale Chuck Prince, prezes Citibank, usprawiedliwił się dowcipnie, że "dopóki gra muzyka, masz tańczyć". Niektórzy ostrzegali agencje nadzoru, ale zostali uciszeni lub z ignorowani.

Zarzuca się biedakom dzisiaj, że powinni lepiej wiedzieć, na co się porywają, kupując domy, na które ich nie stać. Czy mieli lepiej wiedzieć, niż prezes Rezerwy Federalnej, czczony jak półbóg Allan Greenspan? Wiedzieć lepiej niż agencje ratingowe, utworzone do oceny ryzyka finansowego? Lepiej niż posłowie i senatorowie wybrani do Kongresu, aby wyrażać interesy wyborców? Lepiej niż prezydenci Clinton i Bush, którzy chcieli dobrze, ale im nie wyszło?

Między Waszyngtonem a Wall Street są otwarte drzwi: kto się dorobił w bankach idzie pracować dla rządu, dbając o interesy kolegów na Wall Street. A ci z kolei kupują kongresmanów. Wtórują im sprzedajni naukowcy i media.

Czy kryzys roku 2008 znowu nastąpi? Z całą pewnością, odpowiadają Morgenson i Rosner. Kongres postanowił nie rozwiązać problemu. Banki podejmowały szalone ryzyko, wiedząc, że rząd nie pozwoli im upaść, bo są za duże, a rachunek zapłacą podatnicy. I tak pozostało. Oprócz tego pogłębia się kryzys strefy euro. Noblista Paul Krugman, historyk z Harvardu Niall Ferguson oraz ekonomista Nouriel Roubini, który przewidział krach roku 2008 zapowiadają powtórkę Wielkiego Kryzysu lat 1930.

Zapnijmy pasy. Będzie ostra jazda.

Krzysztof Kłopotowski

Dowiedz się więcej na temat: kryzys | strefa euro | kryzys gospodarczy | bankierzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »