Reklama

Walka o polski węgiel?

W cieniu ostatnich górniczych protestów toczy się walka o polski węgiel. Stoją za nią zagraniczne koncerny, których wpływy sięgają kręgów polskiej władzy. Są one zainteresowane przejęciem wydobycia ze złóż na Lubelszczyźnie, gdzie węgiel jest dobrej jakości, a koszty eksploatacji dość niskie.

24 września nad ranem grupa około 200 związkowców zablokowała tory na przejściu granicznym w Braniewie-Mamonowie. Akcja wymierzona była przeciwko rosnącemu importowi rosyjskiego węgla, który w ocenie protestujących górników jest dzisiaj główną przyczyną pogarszającej się sytuacji polskiego górnictwa.

Wątpliwe porządkowanie rynku

Reklama

Protestujący domagali się od rządu podjęcia konkretnych działań, które doprowadziłyby do zablokowania importu rosyjskiego węgla, który, jak podkreślali, jest znacznie gorszej jakości niż ten wydobywany w Polsce. Prawie natychmiast rząd przystąpił do propagandowego kontrataku, ogłaszając, że przystępuje do porządkowania polskiego rynku węgla i zlikwidowania panujących na nim patologii. W ślad za tą deklaracją do laski marszałkowskiej trafiły dwa projekty nowych ustaw. Pierwszy projekt dotyczy nowelizacji ustawy Prawo energetyczne, która ma wprowadzić w Polsce koncesje na handel węglem. Natomiast drugi projekt dotyczy nowelizacji ustawy o monitorowaniu i kontroli jakości paliw, która będzie wymagała od dostawców i importerów węgla certyfikatów, jakie będą porównywane z normami ustanowionymi przez Ministerstwo Gospodarki. Jak podkreślali przedstawiciele rządu, oba projekty mają uniemożliwić zarzucanie polskiego rynku węglem z importu, przede wszystkim z Rosji.

Ile kosztują miesiące spokoju?

Ponad tydzień temu swój protest kontynuowali również górnicy kopalni "Kazimierz Juliusz" z Sosnowca, która ma zostać zlikwidowana. Protest przerodził się w strajk okupacyjny na dole kopalni, któremu towarzyszyła pikieta rodzin górników w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Sytuacja była bardzo poważna. Wojewoda śląski natychmiast zwrócił się do rządu o pomoc. W efekcie rozpoczęły się negocjacje pomiędzy protestującymi a przedstawicielami resortu gospodarki, Kancelarii Premiera i Katowickiego Holdingu Węglowego (KHW), do którego kopalnia "Kazimierz Juliusz" należy.

Po kilkunastogodzinnych rozmowach (28 września br.) podpisane zostało porozumienie, a informacja o nim natychmiast została powielona w mediach. Podkreślano, że jest to wielki sukces obu stron. Zawarte porozumienie nieco przedłuża funkcjonowanie kopalni i rzekomo gwarantuje jej pracownikom zatrudnienie w przyszłości w innych zakładach. To ostatnie uzgodnienie tak naprawdę nie gwarantuje jeszcze niczego. Reasumując, rząd i władze Katowickiego Holdingu Węglowego kupiły kilka miesięcy spokoju, a nie rozwiązały problemu kopalni, która i tak zostanie zlikwidowana.

Cały ten pośpiech w rzekomej sanacji polskiego sektora węglowego nie powinien dziwić. Rząd Ewy Kopacz pilnie potrzebuje teraz propagandowych sukcesów i chyba dlatego był tak zdeterminowany, aby za wszelką cenę ugasić "węglowe protesty" i zapowiedzieć działania, które mają uzdrowić sektor.

Zagranica chce polskiego węgla

Import taniego węgla zza wschodniej granicy to nie jedyny i nie najważniejszy problem, z jakim boryka się dzisiaj polski sektor węglowy. Zagraniczne koncerny są zainteresowane przejęciem wydobycia węgla z polskich złóż. Chodzi zwłaszcza o te złoża, z których wydobycie jest względnie tanie, a surowiec jest dobrej jakości. Tak jest w przypadku złóż węgla na Lubelszczyźnie. Taki projekt już w 2012 r. uruchomił australijski koncern wydobywczy Prairie Downs Metals Limited, który do realizacji tego zadania utworzył spółkę celową PD Co Sp. z o.o. Australijczykom chodzi o rozpoznanie złóż węgla kamiennego w lubelskich miejscowościach: Kulik, Syczyn, Kopina i Cyców, położonych tuż obok lubelskiej kopalni "Bogdanka" - dzisiaj najbardziej ekonomicznej kopalni nie tylko w Polsce, ale chyba w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Spółka PD Co otrzymała w 2012 r. koncesję na rozpoznanie najbardziej zasobnych lubelskich złóż, które obejmują łącznie 184 km kwadratowe.

Obecnie PD Co prowadzi tam prace poszukiwawcze. Wykonała już cztery wiercenia, a ich wyniki zostały bardzo pozytywnie ocenione przez władze koncernu. Jak nie dawno podkreślili przedstawiciele PD Co, w toku dotychczasowych prac poszukiwawczych zidentyfikowano co najmniej trzy główne pokłady, które zawierają minimum 680 mln ton węgla.

To zasoby, które wystarczą na zyskowne wydobycie przez co najmniej 25 lat. Jest to węgiel wysokokaloryczny, niskopopiołowy, zawierający ponad 7,5 tys. kilokalorii na kilogram. Ma zatem szansę konkurować na światowym rynku węglowym. Dlatego właśnie spółka zamierza wybudować nową kopalnię, zatrudniającą około 2 tys. osób, która ma ruszyć z urobkiem już w 2020 r. Koszt jej budowy oszacowano na około 3 mld zł. Spółka PD Co planuje w 2015 r. złożyć wniosek o przyznanie koncesji wydobywczej, bo już wtedy kończy się posiadana przez nią koncesja na poszukiwania. Ale to tylko część prawdy o australijskim projekcie... Część, która najlepiej wygląda.

Siła polskich wspólników

Siłą całego przedsięwzięcia Australijczyków są ich polscy wspólnicy. Ci dobrze znają krajowy sektor węglowy i dobrze wiedzą, co i od kogo zależy. Krótko mówiąc, są w całym przedsięwzięciu przewodnikami dla Prairie Downs Metals Limited po polskim rynku węgla. Prezesem PD Co jest Janusz Jakimowicz - postać bardzo ciekawa. Pochodzi z Wrocławia, gdzie ma rodzinę i wielu przyjaciół. Niektórzy z nich to wpływowi politycy rządzącej partii. W 1986 r. Jakimowicz wyjechał do Australii, gdzie przez wiele lat pracował w górnictwie. Zanim jeszcze wyjechał z Polski, pracował jako geolog w Ośrodku Badawczym Węgla Brunatnego POLTEGOR we Wrocławiu.

W radzie nadzorczej spółki PD Co zasiada również Jacek Jezierski, w latach 2007-2011 podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska i główny geolog kraju. W radzie nadzorczej jest również Artur Kluczny, który do roku 2010 był dyrektorem sekretariatu Prezesa Rady Ministrów. Doradcą zarządu spółki jeszcze do niedawna był były prezes lubelskiej "Bogdanki" Mirosław Taras, który jest obecnie szefem Kompanii Węglowej SA - największej firmy górniczej w Europie, zatrudniającej prawie 55 tys. pracowników. Nic zresztą dziwnego, że dzięki takim ludziom spółka PD Co nie musi martwić się o to, czy otrzyma koncesję.

Cios w "Bogdankę"

Poważny problem z uzyskaniem koncesji ma za to spółka Lubelski Węgiel "Bogdanka", która od 2010 r. czyni starania, aby uruchomić wydobycie węgla z nowych pokładów, na tzw. obszarze K-6-7. Jednak jej wniosek koncesyjny na prace wydobywcze w tym obszarze został (w dniu 5 września br.) zopiniowany odmownie przez Ministerstwo Środowiska. Uzasadnienie decyzji jest bardzo mgliste. Możemy w nim m.in. przeczytać, że uzyskanie przez spółkę Lubelski Węgiel "Bogdanka" koncesji wydobywczej uniemożliwiłoby spółce PD Co przeprowadzenie prac rozpoznawczych, jakie realizuje w ramach otrzymanej koncesji.

Przedstawiciele lubelskiej spółki zwracają uwagę, że decyzja Ministerstwa Środowiska o odmowie przyznania koncesji jest krzywdząca dla "Bogdanki", która nie będzie mogła eksploatować nowego złoża. Podkreślają również, że wydana przez ministerstwo decyzja obarczona jest wieloma wadami prawnymi. Zapowiedzieli, że decyzja o odmowie zostanie zaskarżona w sądzie. Jeszcze bardziej krytycznie oceniają decyzję wydaną przez Ministerstwo Środowiska związkowcy z zakładowej "Solidarności", którzy są przekonani, że stoi za nią "kolesiowski układ". Związkowcy już zapowiedzieli, że nie wykluczają akcji protestacyjnej przed Ministerstwem Środowiska.

Bez polskich firm węglowych?

Tak czy inaczej, wiele wskazuje na to, że złote czasy prosperity dla lubelskiej "Bogdanki" mogą się niebawem skończyć. Kopalnia, aby móc się rozwijać, musi uruchomić wydobycie na wspomnianym obszarze K-6 i K-7. Odmowa przyznania koncesji stawia spółkę Lubelski Węgiel "Bogdanka" w niezwykle trudnej sytuacji, gdyż poważnie zagrożone zostaną jej plany rozwoju.

Dziwne, że polski rząd nie wspiera rodzimych firm węglowych, zwłaszcza tych, które mają szansę wygrywania z konkurencją na europejskim runku węglowym, a broni interesów australijskiego koncernu, który dostrzegł szansę na wielkie zyski, jakie może mieć z naszego węgla. Taka polityka może sprawić, że za jakiś czas będziemy kupowali kiepski węgiel z zagranicy, a nasz będzie wydobywany i sprzedawany przez zagraniczne koncerny. Warto podkreślić, że Prairie Downs Metals Limited nie jest jedynym zagranicznym koncernem zainteresowanym wydobywaniem polskiego węgla.

dr Leszek Pietrzak

Autor jest historykiem, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »