Reklama

WIBOR może zostać z nami na dłużej. Narodowa Grupa Robocza zakwestionuje obietnice premiera?

- Poszli po rozum do głowy - mówią nie bez satysfakcji bankowcy, z którymi rozmawiała Interia. Jeszcze miesiąc temu byli przerażeni, że Narodowa Grupa Robocza będzie zdeterminowana, by wprowadzić w życie kwietniowe zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego i zdecydować o zastąpieniu stawki WIBOR innym wskaźnikiem od początku 2023 roku. Byłby chaos, ale może do tego nie dojdzie.

Wszyscy pamiętamy, jak premier Mateusz Morawiecki 25 kwietnia w Katowicach zapowiedział pomoc dla  kredytobiorców, cierpiących z powodu ogromnej skali podwyżek stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego. NBP musiał podnosić stopy w zawrotnym tempie, żeby dogonić inflację, która wymknęła mu się spod kontroli i dalej wymyka. Jednym z punktów planu pomocy były "wakacje kredytowe" dla posiadaczy hipotek w złotych. "Wakacje" zostały wprowadzone w sierpniu i już dziś widać, że kilka największych banków w Polsce będzie miało z tego powody blisko miliardowe straty w tym roku.

Reklama

Kolejnym punktem planu było zastąpienie stopy WIBOR jakimś innym wskaźnikiem. Jakim? Tego premier nie powiedział, ale wyraźnie zaznaczył, że miałby on być od WIBOR niższy. Po to, żeby każdy, kto spłaca kredyt, płacił niższe raty. Bankowcy złapali się za głowy. Bo jak w kilka miesięcy zrobić to, co w innych krajach zajęło tamtejszym bankom centralnym i regulatorom blisko dekadę?

Hipoteki w złotych oprocentowane na stopę WIBOR spłaca ok. 2 mln Polaków. Spośród nich ok. pół miliona zadłużyło się między majem 2020 a wrześniem 2021, kiedy to stopy procentowe były najniższe w historii. Sporo ludzi płaci już dwa razy wyższą ratę niż zapłaciło pierwszą. A WIBOR rósł szybciej niż stopy NBP. Bo - nie wnikając w skomplikowane szczegóły - stopa ta skonstruowana jest tak, że odzwierciedla także oczekiwania na podwyżki stóp w przyszłości.

WIBOR rósł mocniej niż stopy NBP. Dlaczego?

Tu ważna uwaga. WIBOR rósł szybciej niż oficjalne stopy NBP do lipca tego roku. Pamiętajmy, że 8 lipca Rada Polityki Pieniężnej podniosła główną stopę o 50 punktów bazowych do 6,5 proc. Dzień wcześniej stopa WIBOR 3M osiągnęła lokalne maksimum na poziomie 7,14 proc. Po pamiętnym wystąpieniu prezesa NBP Adama Glapińskiego na molo w Sopocie, kiedy powiedział, że czeka nas może jeszcze jedna podwyżka i to niewielka, stopa WIBOR nawet nieco spadła. W ostatni piątek wynosiła 7,16 proc. bo widać, że mamy coraz wyższą inflację, a to powoduje, że znowu rosną oczekiwania na silniejszy wzrost stóp. A przecież we wrześniu RPP podniosła stopy o kolejne 25 pkt bazowych do 6,75 proc.

Co oznaczałaby ekspresowa zamiana stopy WIBOR na inny wskaźnik? Wielki bałagan i zamieszanie. I to na skalę międzynarodową. Bo na stopie WIBOR oprocentowane są nie tylko kredyty, w tym także hipoteczne. Jest wskaźnikiem dla wyceny instrumentów pochodnych o wartości kilku bilionów złotych, z których większość notowana jest w Londynie. Określa również oprocentowanie rządowych i firmowych obligacji. Doświadczenia innych krajów, gdzie starszą siostrę LIBOR zastępowano innymi wskaźnikami pokazały, że taki proces musi trwać wiele lat.

Co oznaczałoby zastąpienie stopy WIBOR niższym wskaźnikiem - jak obiecywał to premier? Oczywiście - zyski kredytobiorców. Ale też straty banków. Nie tylko. Bo okazałoby się, że Skarb Państwa na wyemitowanych obligacjach na zmienna stopę (a była to WIBOR) sporo zarobił obniżając ich oprocentowanie. Ale inwestorzy by stracili. I zapewne powiedzieliby - nie będziemy już kupować papierów rządu, który wykręca takie numery. Nie mówiąc już o pozwach w międzynarodowych sądach. W przypadku instrumentów pochodnych traciłaby jedna strona kontraktu, a zyskiwała - druga. A po tej drugiej stronie wcale nie muszą być nasi. I znowu pozwy - i tak dalej.

Nie można zmieniać benchmarków wedle upodobania

Zagalopowaliśmy się jednak za daleko. Puściliśmy wodze wyobraźni jak koniowi, który z galopu chętnie przechodzi do cwału. To niebezpieczne, chyba że jesteśmy naprawdę dobrym jeźdźcem, a co najważniejsze - dobrze znamy konia. Bo europejskie prawo mówi wyraźnie - jeśli zastępujemy jeden wskaźnik (referencyjny, czyli z grupy tych najważniejszych) innym, musimy wprowadzić tzw. spread korygujący. "Nowy" wskaźnik w momencie zamiany musi być niemal taki sam, jak ten zastępowany (bierze się pod uwagę wieloletnią średnią). Potem oczywiście jego wartość wyznacza rynek.

Po co takie zapisy o spreadzie korygującym? Właśnie po to, żeby nie można było zamieniać wskaźników kiedy się komu podoba, jak rękawiczek. I żeby taka zamiana nie spowodowała szkód jednej strony zawartego kontraktu. Do tego dochodzą jeszcze umowy międzynarodowe, bo kiedy chodzi o wskaźniki będące podstawą wyceny instrumentów pochodnych, decydujący głos ma Międzynarodowe Stowarzyszenie Swapów i Derywatów ISDA. Powołano je właśnie po to, żeby sprawdzało, czy interesy stron kontraktów nie są naruszane. 

I tu właśnie pojawia się powód, dla którego WIBOR trzeba zastąpić innym wskaźnikiem, tylko trzeba zrobić to z głową, a nie na chybcika. Bo prawo mówi, że wskaźniki referencyjne muszą odzwierciedlać rzeczywistość rynkową. Stopa WIBOR, w przypadku trzymiesięcznej i na dłuższe terminy, takiej rzeczywistości nie odzwierciedla, gdyż jej wysokość nie jest ustalana na podstawie transakcji. Ale poszukiwanie rynkowego wskaźnika wcale nie jest i nie będzie łatwe.

"Coś już do nich zaczyna docierać"

Gdyby jednak w tej sytuacji WIBOR zastąpić czymkolwiek innym, wartość nowego wskaźnika po zastosowaniu spreadu korygującego byłaby bardzo zbliżona. Kredytobiorcy niewiele by zyskali, a bałagan byłby straszny. I - według bankowców - do takich wniosków dochodzi już Komitet Sterujący Narodowej Grupy Roboczej, która została powołana po to, żeby zastanowić się, czym i kiedy zastąpić WIBOR. Grupa jest już raczej przekonana, że zamiana wskaźników od Nowego Roku jest po prostu nierealna.

- Coś już do nich zaczęło docierać - mówił kilka dni temu Interii pragnący zachować anonimowość wysoki rangą bankowiec z wieloletnim doświadczeniem.

Potwierdza to prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz, który mówił na konferencji prasowej, że komunikatu "Narodowej Grupy" można spodziewać się w ciągu najbliższych godzin. Nie zdradza jednak żadnych szczegółów.

- Prace nad zamiennikami potrwają kilkanaście kwartałów, choć niektóre rozwiązania wejdą nieco wcześniej - dodaje tylko i ucina.

Z informacji, jakie od pragnących zachować anonimowość bankowców uzyskała Interia, "Narodowa Grupa" zamiast wskazać zamiennik dla WIBOR i termin zastąpienia jednego wskaźnika innym, przedstawi tylko "mapę drogową" dojścia do tego celu. Niewykluczone, że dla WIBOR wskazany zostanie zamiennik (będzie to prawdopodobnie wskaźnik WIRF obliczany przez spółkę GPW Benchmark), ale nie znaczy to wcale, że wskaźnik ten nie będzie monitorowany, czy jest obliczany zgodnie z prawem i spełnia jego warunki. Bankowcy nie wykluczają, że państwowe banki zostaną zmobilizowane, by jak najszybciej wprowadzić nowy wskaźnik, ale tylko w nowych umowach z klientami.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »