Wirus wepchnął nas w głęboki dół. Powoli się wygrzebujemy

Pandemia koronawirusa wepchnęła nas w kwietniu w największy dół, co potwierdzają dane o produkcji przemysłowej (podaż) i o sprzedaży detalicznej (popyt). Teraz powoli się z niego wygrzebujemy. Pytanie - ile nam to zajmie czasu?

- Kwietniowe dane pokazują jak głęboko spadliśmy i wyznaczają podłogę. Nie powinniśmy już spadać niżej - mówi Interii kierowniczka zespołu Analiz Makroekonomicznych PKO BP Marta Petka-Zagajewska.

- To zapewne najgłębszy spadek w tym roku, w maju napiło odbicie aktywności zakupowej - dodaje główny ekonomista banku ING Banku Rafał Benecki.

Jak szybko odbuduje się sprzedaż

W czwartek GUS podał, że w kwietniu produkcja sprzedana przemysłu była niższa o 24,6 proc. w porównaniu z kwietniem zeszłego roku, a w porównaniu z marcem spadła o 25,5 proc. Tak wielkiego załamania analitycy się nie spodziewali.

Reklama

Piątkowe dane o sprzedaży detalicznej były już bliższe oczekiwaniom. Liczona w cenach stałych była niższa niż przed rokiem o 22,9 proc. i o 12,3 proc. mniejsza niż w marcu. Skutki pandemii bardziej od oczekiwań uderzają w podaż niż w popyt. I prawdopodobnie popyt szybciej odbuduje się niż podaż.

- Dane kartowe pokazują, że dwa tygodnie po otwarciu galerii i zniesieniu restrykcji sprzedaż doszła już do poziomu sprzed pandemii i jest taka, jak na początku marca. Gdy patrzymy na zachowania konsumentów, to wydaje się, że normalizują się bardzo szybko - mówi Marta Petka-Zagajewska.

Najbardziej rok do roku spadła sprzedaż odzieży i obuwia (o 63,4 proc.), samochodów - o

(o 54,4 proc.) i paliw (o 32,9 proc.). Ale spadła też sprzedaż żywności - aż o 14,9 proc. W porównaniu z marcem wzrosła jedynie sprzedaż mebli, sprzętu rtv i agd - choć zaledwie o 0,1 proc.

Zamkniecie sklepów stacjonarnych spowodowało, ze przynajmniej częściowo przenieśliśmy zakupy do Internetu. Udział tej sprzedaży w naszych zakupach, w cenach bieżących, wzrósł z 8,1 proc w marcu do 11,9 proc. w kwietniu. W zakupach internetowych najbardziej wzrosła sprzedaż ubrań i butów, książek, oraz mebli, sprzętu rtv i agd.

 - Dołek powielkanocny wydarzył się w kwietniu i w maju indeks sprzedaży będzie się już znajdował wyżej - prognozują analitycy mBanku.

Faktycznie dane bankowe o transakcjach kartami płatniczymi pokazują, że wydatki konsumentów na niektóre kategorie, jak odzież, obuwie, meble, rtv i agd wzrosły w drugiej połowie maja nawet kilkukrotnie w porównaniu z połową kwietnia. Ruch w sklepach - jak podają handlowcy - sięgał po ich otwarciu ok. 30 proc. w porównaniu z tym sprzed lockdownu, w połowie maja był już tylko o 30 proc. mniejszy, a teraz jest już porównywalny z początkiem marca.

Nadzieja w konsumentach

Poprawiają się także nastroje konsumentów - podał GUS. W maju były znacznie lepsze niż w kwietniu, zarówno te aktualne, jak dotyczące postrzegania przyszłości. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (BWUK) wzrósł do minus 30,1, czyli o 6,3 punktu proc. w porównaniu z marcem. Ocena aktualnej możliwości dokonywania ważnych zakupów wzrosła 11,6 punktu proc.

Teraz nastroje konsumentów będą zależeć od tego, w jakim stopniu będzie rosło bezrobocie. Na razie wiemy o potężnym spadku zatrudnienia w kwietniu, ale oznacza to zmniejszenie liczby etatów, a niekoniecznie utratę pracy przez rzesze zatrudnionych. Jednak nie upłynął jeszcze okres wypowiedzeń i skala szoku związanego z utratą pracy tuż po wprowadzeniu lockdownu może ujawnić się dopiero w lipcu.

Na razie wiemy, że załamanie aktywności gospodarczej w wyniku lockdownu nie spowodowało tak drastycznego wzrostu bezrobocia, jaki widzimy np. w USA, gdzie w ciągu dwóch miesięcy pracę straciło blisko 40 mln Amerykanów. Ale szczyt bezrobocia jeszcze przed nami. Wiemy też, że ok. 750 tys. osób nie straciło pracy w wyniku postojowego lub zmniejszenia wymiaru czasu pracy.

Ale dostają znacznie mniejsze wynagrodzenia. Wynagrodzenia rosną już znacznie wolniej i poniżej inflacji. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w kwietniu o 1,9 proc. rok do roku, gdy analitycy spodziewali się wzrostu o 4,4 proc. To wszystko powoduje, że będziemy wydawać mniej i będziemy mieć mniejszą ochotę by wydawać.

Prawdopodobnie dopiero wtedy, gdy konsumenci odzyskają pewność, że nie grozi im utrata pracy, kolejna fala zachorowań i następny lockdown, będą mierzyć się z większymi zakupami, takimi jak samochody czy mieszkania oraz ich wyposażenie. Dlatego choć znowu zaczęliśmy wybierać się do sklepów, w ciągu najbliższych miesięcy trudno oczekiwać wzrostu sprzedaży i konsumpcji w porównaniu z poprzednim rokiem.  

- Doświadczenia innych krajów pokazują, że po ustąpieniu epidemii około 50-60 proc. spadku dynamiki gospodarka szybko odrabia (...) Kluczowe jest to co nastąpi potem, a więc jak odważnie do wydatków podejdą konsumenci oraz jak rozległe będą nawroty epidemii - uważa Rafał Benecki.

Pytania o budownictwo

W budownictwie mieszkaniowym w okresie styczeń-kwiecień nastąpił wyraźny spadek, gdyż  oddano do użytku 63,2 tys. mieszkań, czyli o 2,8 proc. mniej niż przed rokiem. Deweloperzy budowali jeszcze z rozpędu (spadek o 0,3 proc.), ale indywidualni inwestorzy "zamrozili" budowy (spadek o 5,2 proc.). Produkcja budowlana spadła w kwietniu zaledwie o 0,9 proc. licząc rok do roku, ale to dzięki trwającym pracom infrastrukturalnym, a nie dzięki budowie mieszkań.

Na razie nie ma większych szans na wzrosty na rynku mieszkaniowym, bo banki bardzo zaostrzyły politykę kredytową i o kredyt hipoteczny jest już dużo trudniej. To samo dotyczy zresztą konsumpcji. Opłacalność inwestycji w mieszkanie na wynajem też stała się wątpliwa. Dopiero kiedy instytucje finansowe ocenią jakie ryzyka wiążą się z "nową normalnością", będą skłonne swoją politykę rozluźniać. Ale stanie się to zapewne dopiero pod koniec wychodzenia gospodarki na prostą, a nie w najbliższych miesiącach. Dlatego odbicie w wydatkach konsumentów może potrwać dłużej.

- To nie znaczy, że sprzedaż rok do roku nie będzie spadać, ale skala spadku sprzedaży będzie (w maju) o połowę mniejsza niż w kwietniu - mówi Marta Petka-Zagajewska.

- O ile nie dojdzie do dramatycznych zmian na rynku pracy, których na razie nie widać, to konsumpcja jest na ścieżce wyjścia, i w III kwartale będzie już dodatnia - dodaje.

Choć są sygnały, że popyt odbuduje się szybciej, trudniej będzie odrodzić się podaży, a zwłaszcza produkcji. Marta Petka-Zagajewska zwraca uwagę, że stosunkowo dobre dane wstępne o PKB w I kwartale zawdzięczamy prawdopodobnie dużemu wzrostowi zapasów. Dopiero w maju zaczęły się one sprzedawać.   

- W przedsiębiorstwach powrót do normalności przebiega wolniej, bo prawdopodobnie mają niesprzedane zapasy i być może impuls do uruchomienia produkcji nie jest jeszcze silny - dodaje.

Choć przedsiębiorstwa przetwórstwa przemysłowego oceniły w maju koniunkturę mniej pesymistycznie niż w kwietniu. Wśród nich wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury wzrósł do minus 34,9 z minus 44,2 miesiąc wcześniej. Zgodnie z oczekiwaniami najbardziej pesymistycznie oceniają koniunkturę firmy produkujące odzież oraz skóry i wyroby ze skór

wyprawionych, a najmniej niekorzystnie - producenci wyrobów farmaceutycznych. Najgorzej koniunkturę oceniają wciąż firmy zajmujące się zakwaterowaniem i gastronomią (minus 60,4).

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Dane płynące na bieżąco z gospodarki pokazują także, że w maju nie tylko popyt konsumpcyjny zaczął wychodzić z dołka.

- Pesymizm konsumentów uległ pewnemu ograniczeniu. Zużycie prądu pokazuje, że luka w stosunku do 2019 roku powoli się zawęża, natężenie ciężarowego ruchu drogowego jest o ok. 8 proc. mniejsze ale było mniejsze o 13 proc. - mówi Marta Petk-Zagajewska.

Ale największą niewiadomą dla polskich przedsiębiorstw będzie popyt zagraniczny. Na razie mamy bardzo mało danych, żeby przewidywać, co się stanie.

- Najmniej wiemy o tym, co dzieje się z handlem zagranicznym. W otoczeniu zewnętrznym powrót do normalności następuje powoli. Popyt zagraniczny prawdopodobnie spowalnia odbicie krajowej gospodarki - mówi Marta Petka-Zagajewska.

Niemniej wyprzedzający indeks koniunktury PMI dla strefy euro wzrósł z 13,6 do 30,5 pkt i było to nieco powyżej rynkowych prognoz. To znaczy, że PMI odrobił ok. 45 proc. z dramatycznego spadku w  marcu i kwietniu. Zagraniczne fabryki uruchomiły znowu produkcję aut, a wiele polskich przedsiębiorstw dostarcza do nich komponenty. Ale sprzedaż aut wszędzie na świecie zanotowała bardzo głębokie spadki i zapewne odbije dopiero na końcu. Oprócz wzrostu PMI w strefie euro na razie nie widać dobrych wróżb dla polskiego eksportu. 

Jacek Ramotowski

Pobierz darmowy program do rozliczeń PIT 2019

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: koronawirus | pandemia | kryzys gospodarczy | polska gospodarka
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »