Reklama

Wyjście awaryjne

Koronawirus w zawrotnym tempie zainfekował niemiecką gospodarkę. Państwo chce ocalić rodzime firmy przed bankructwem, łamiąc ustanowione przez siebie zasady. Ekonomiści zadają sobie pytanie, jak będą wyglądały Niemcy na mapie zdeglobalizowanego świata.

Kryzys epidemiologiczny położył kres globalizacji. Kilka tygodni temu w ciągu zaledwie jednej doby unieważniono wszelkie obowiązujące od dekad zasady gospodarki rynkowej i handlu zagranicznego. Świat będzie zupełnie inny - wróży Peter Bofinger, profesor makroekonomii z Uniwersytetu w Würzburgu. I przyznaje, że sam jest ostrożny ze zbyt daleko idącymi prognozami, jako że dynamika sytuacji każe mu codziennie oceniać sytuację na nowo. - Ile niemieckich przedsiębiorstw zbankrutuje? Ilu przybędzie bezrobotnych? Czy po latach nieustającej koniunktury musimy się przyzwyczaić do niższego poziomu życia? To pytania, na które nie potrafię odpowiedzieć, choć jedno wiem na pewno: takiego gwałtownego wyhamowania gospodarki globalnej jeszcze nie było, a skutki będą drastyczne - zapewnia Bofinger.

Reklama

Zresztą w Niemczech widać te skutki już teraz: znane (i uchodzące za solidne) firmy gastronomiczne jak Vapiano czy Maredo kilka tygodni temu ogłosiły upadłość. Parę dni temu dyrektor sieci centrów handlowych Galeria Karstadt Kaufhof poprosił o pomoc państwową. W kolejce po niezbędne do przetrwania środki stoją także mniejsze spółki. Rząd federalny zwiększył świadczenia z tytułu pracy tymczasowej (czyli część wynagrodzenia należącego się pracownikowi za okres, w którym obowiązuje skrócony czas pracy), tak aby niemieckie przedsiębiorstwa zmagające się z koronawirusem mogły bez zwolnień dalej zatrudniać wszystkich pracowników. Już w pierwszych dwóch tygodniach po wprowadzeniu obostrzeń do Federalnej Agencji Pracy wpłynęło ponad 500 tys. wniosków o ten tzw. Kurzarbeitergeld. Te liczby uzmysławiają już teraz możliwą skalę nadciągającej burzy. Dla porównania: podczas apogeum kryzysu finansowego w 2008 r. o te środki ubiegało się "zaledwie" 23 tys. niemieckich firm. Na początku kwietnia minister pracy Hubertus Heil wprawdzie ogłosił, jakoby "uratował każde miejsce pracy", acz wszyscy przeczuwają, że tak naprawdę ta walka jest ponad jego siły. Do niedawna niektórzy ekonomiści porównywali obecny koronakryzys do upadku Lehman Brothers w 2008 r., lecz teraz sięgają już po zupełnie inne analogie. - Obecna sytuacja w RFN przypomina raczej początki głębokiej depresji wywołanej »wielkim krachem« w Stanach Zjednoczonych w 1929 r. Wtedy produkcja przemysłowa w Niemczech spadła o 40 proc., ponad 5 mln ludzi wylądowało na bezrobotnym. Przyczyny kryzysu były oczywiście zupełnie inne, choć skutki są podobne do dzisiejszych, bo paraliżują całe państwo - uważa ekonomista Moritz Schularick. Zdaniem niektórych kolegów po fachu naukowiec z Bonn przesadza, a jednak jego historyczne porównania są o tyle trafne, że w przeciwieństwie do 2008 r. lub kryzysu naftowego w 1973 r. zarówno w okresach Wielkiej Depresji, jak i obecnej pandemii gospodarkę infekuje więcej niż tylko jedno epicentrum. - Jeśli na kilka miesięcy niemal kompletnie zamierają fabryki i łańcuchy logistyczne, kryzys rozprzestrzenia się jak pożar trawiący las - tłumaczy Schularick.

Gospodarka planowa?

Niemieccy politycy próbują przeto ów "pożar" ugasić - głównie górnolotnymi zapewnieniami oraz gwarancjami kredytowymi, a także niesłabnącym strumieniem pieniędzy. Nie chcą więc przebrzmiewać zapewnienia ekonomistów, jakoby niemiecka gospodarka przekształcała się na czas nieokreślony w istną "gospodarkę planową", odgórnie sterowaną przez rząd federalny. W końcu marca minister gospodarki Peter Altmaier (CDU) oraz szef resortu finansów Olaf Scholz (SPD) zapowiedzieli, że gabinet kanclerz Angeli Merkel pospieszy w sukurs firmom, które popadły w tarapaty, uruchamiając miliardowe pakiety gwoli złagodzenia skutków epidemii. Pomoc dotyczy małych i średnich przedsiębiorstw, samozatrudnionych, ale przede wszystkim też większych koncernów, nad którymi ma zostać rozpostarty parasol ochronny, przewidujący tymczasowe objęcie części ich udziałów przez państwo. W połowie kwietnia Scholz i Altmaier rozszerzyli ową tarczę antykryzysową, zapowiedziawszy kolejny gigantyczny program, którego adresatami mają być głównie średnie firmy. W tym wypadku chodziło o przedłużenie okresu obowiązywania umów kredytowych oraz odszkodowania związane z kredytami. Dyskutowane jest również objęcie stuprocentowymi gwarancjami państwowymi spłat kredytów zaciągniętych przez średnie firmy (do 300 mld euro), po tym jak przyzwoliła na to Komisja Europejska. - Zwiększenie pomocy ze strony państwa było konieczne. Tylko w ten sposób możemy złagodzić skutki tej dramatycznej stagnacji - przekonuje Erich Schweitzer, szef Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej (DIHK). Według ankiety przeprowadzonej przez DIHK już na początku kwietnia jedna piąta niemieckich zakładów stała przed groźbą bankructwa. Równocześnie coraz więcej ekspertów zastanawia się nad tym, ile te "państwowe kroplówki" będą kosztować niemieckich podatników i według jakich zasad rząd federalny będzie zarządzał ich pieniędzmi.

- Jak będzie wyglądała niemiecka gospodarka po epidemii? Czy być może będzie się już opierać wyłącznie na wielkich koncernach, które przetrwały dzięki szczodrości rządu? Czy będzie funkcjonować bez mniejszych zakładów, które wyniszczył wirus? I kto właściwie ma prawo do ukrycia się pod parasolem państwowym? Czy również te firmy, które już przez koronawirusem zmagały się z problemami? - pyta Marcel Fratzscher, kierownik Niemieckiego Instytutu Badań nad Gospodarką (DIW) w Berlinie.

W istocie, nowe programy rządu federalnego mają w sobie wiele konfliktogennego potencjału, który może zostać złagodzony tylko zamknięciem paru frontów z małymi i średnimi firmami. Wszak przypadek choćby bawarskiego producenta obuwia Adidas pokazuje, że przepływ środków nie zawsze przebiega sprawiedliwie. Branżowy gigant, który w przeszłości przyzwyczaił się do rekordowych zysków i już od dłuższego czasu zmaga się z problemami finansowymi, spotyka się obecnie z zarzutem "żerowania" na koronakryzysie. Sygnałem alarmowym jest zatem w tych dniach pewne zasadnicze pytanie, które zadają rządzącym ekonomiści - jak daleko mogą się posuwać duże niemieckie koncerny, aby przetrwać fazy dekoniunktury? - Miliardowe pakiety dla potentatów mogą się okazać niewystarczające, aby uratować niemiecką gospodarkę. Czy naprawdę stać nas na utratę potencjału firm innowacyjnych, dostarczających koncernom niezbędnych nowych technologii? - pyta Fratzscher.

Jaskółki, co wiosny nie czynią

Eksperci wskazują jednak też już na pierwsze "jaskółki" skłaniające do ostrożnego optymizmu. - Rysujące się na świecie scenariusze, mające ratować gospodarki narodowe, zaostrzą zapewne rywalizację i egoizmy, przy czym wbrew pozorom beneficjentami kryzysu mogą stać się m.in. właśnie Niemcy - twierdzi Schularick. Zdaniem niemieckiego ekonomisty Chiny, które jeszcze nie tak dawno były w stanie zbudować w krótkim czasie kilkaset lotnisk, podczas gdy Berlin od lat jest zajęty finalizacją jednego, obecnie są jeszcze sparaliżowane wirusem. Natomiast w USA, które w ostatnich latach opierały swoją gospodarkę w coraz większym stopniu na rodzimych tytanach branżowych, na ulicach pojawiły się kolejki bezrobotnych. - Koronakryzys wyresetował w sporej mierze różnice między potęgami gospodarczymi. Mówiono zwalniającej gospodarce, o garbie skandali, o sknerusach z Berlina, wzdragających się przed inwestycjami. Teraz te rzekome słabości mogą wyjść Niemcom na dobre - spodziewa się Schularick. Choć nawet on twierdzi, że na razie to jeszcze tylko wróżenie z fusów. Wszak bodaj żadna inna gospodarka na świecie nie jest tak uzależniona od eksportu jak niemiecka. Bosch, Siemens, BASF - to koncerny, których losy zależą w znacznym stopniu od partnerów handlowych na całym świecie i ten kręgosłup został zaś teraz przetrącony.

Stan niemieckiej gospodarki opisuje obraz kostek domina, które dopiero teraz zaczynają się przewracać. Niemal wszystkie koncerny motoryzacyjne (od VW po BMW) zawiesiły produkcję. Nie tylko dlatego, żeby uchronić swoich pracowników przez zarazą, lecz także z powodu obecnego braku popytu na auta. Natomiast wskutek zastoju producenci pojazdów nie zamawiają już komponentów. Przykładowo BMW nie potrzebuje skrzyni biegów z fabryki ZF Friedrichshafen, w związku z czym jej ok. 10 tys. pracowników wysłano do domu z wnioskiem o Kurzarbeitergeld. Podobna sytuacja spotkała fabrykę Voit w St. Ingbert, która dostarcza zakładowi we Friedrichshafen części metalowe. Ta z kolei zatrudniała dotąd ludzi, którzy dokonywali przeglądu maszyn produkcyjnych. Oni teraz również zostali na lodzie. A zdaniem ekspertów to zaledwie wierzchołek góry lodowej, ponieważ przytoczony przykład dotyczy tylko jednej branży. - Kaskada zastoju dotyka już wielu branż w całym kraju. Niemiecki przemysł czeka fala bankructw - przewiduje Jens Weidmann, prezes Bundesbanku. Przy czym ten efekt domina nie dotyczy jedynie gospodarki niemieckiej. Bawarski producent komponentów Schaeffler, eksportujący na cały świat, zawiesił już produkcję w 17 z 52 zakładów. Strach pomyśleć, jak będzie wyglądała gospodarka, kiedy wszystkie klocki domina się przewrócą. - Po pandemii reaktywacja przerwanych łańcuchów dostaw będzie wymagała gigantycznego wysiłku. Dotychczasowa prawidłowość, według której "więksi" pomagają "mniejszym", w dobie wirusa została praktycznie unieważniona - utrzymuje Weidmann.

Złowrogie analogie

Niemieccy ekonomiści, mimo wdrożonych przez rząd środków, kreślą raczej pesymistyczne prognozy. - Mnóstwo przedsiębiorstw ogłosi upadłość, zwłaszcza te, które już przed pandemią były mocno zadłużone. Naprawa niemieckiej gospodarki zajmie nam co najmniej dwa lata - spodziewa się ekonomista Volker Wieland. Zdaniem profesora z Frankfurtu w 2020 r. wzrost gospodarczy w Niemczech zmaleje o ok. 5 proc., a w 2021 r. powiększy się o zaledwie 1 proc. - w najbardziej optymistycznym wariancie. Monachijski Instytut Badań nad Gospodarką (IFO) oczekuje spadek wzrostu PKB o nawet 20 proc. "Ludzie nie będą już posiadali dotychczasowych środków na konsumpcję, tym samym niemieckie firmy zostaną pozbawione kapitału do większych inwestycji. Przed urzędami staną miliony bezrobotnych. Prawdziwa epidemia dopiero nastąpi" - czytamy na portalu IFO.

Uruchomione przez rząd pakiety pomocowe są największe w historii RFN. Firmy zatrudniające mniej niż pięć osób otrzymały jednorazowo 9 tys. euro na trzy miesiące. Natomiast spółki z liczbą do 10 pracowników dostały 15 tys. euro. Rząd federalny przeznaczył na te cele ok. 50 mld euro. Kolejne 100 mld euro zostało przeznaczone na programy pomocowe państwowego banku rozwoju (KfW). Z kolei ze wspomnianego już funduszu stabilizacyjnego (Wirtschaftsstabilisierungsfonds), zasilonego kwotą ok. 600 mld euro, skorzystają najpewniej większe koncerny. Wicekanclerz Scholz wprawdzie jeszcze nie wspomniał, jakie spółki zostaną objęte zapowiedzianą regulacją, choć wiadomo, że ze sporymi problemami boryka się obecnie choćby Deutsche Lufthansa AG. Wskutek pandemii akcje lotniczego giganta spadły na łeb na szyję. Media zakładają, że bez państwowej pomocy jego kryzys może się pogłębić i przełożyć na całą niemiecką branżę turystyczną. W połowie kwietnia Lufthansa musiała zawiesić działalność swojej córki-spółki Germanwings.

Szef resortu gospodarki Altmaier nazwał projekty koniunkturalne rządu "bazooką", pozwalającą uniknąć wyprzedaży najważniejszych niemieckich interesów, które znalazły się na celowniku zagranicznych inwestorów. - Niemcy posiadają zasoby, które pozwalają na zdecydowane działanie - przekonywał polityk CDU na jednym z kwietniowych briefingów.

Niektórzy koledzy Altmaiera z chadecji są już mniej optymistyczni. - Lekarstwa na skutki uboczne koronakryzysu będą znacznie kosztowniejsze niż dotąd zapowiedziano - sądzi wiceszef frakcji CDU w Bundestagu Carsten Linnemann, który też wskazuje na analogię do kryzysu w 1929 r. - Również wtedy upadały w zawrotnym tempie wszystkie branże, Niemcy zaś potrzebowały 22 lata, aby dojść do siebie. W między czasie kryzys umożliwił Adolfowi Hitlerowi dojście do władzy, który z kolei rozpętał drugą wojnę światową, pogrążając Niemcy w jeszcze głębszym kryzysie - mówi polityk. Choć właśnie historia RFN po 1945 r., kiedy m.in. dzięki pomocy Zachodu na powojennym gruzowisku powstało nowe zamożne państwo niemieckie, skłania niektórych unijnych przywódców do optymizmu.

Nowy plan Marshalla

Nie bez kozery brukselskie i strasburskie kuluary zaczęły rozbrzmiewać żądaniami "nowego planu Marshalla", który ma zrekompensować straty dla niemieckiej i europejskiej gospodarki. - Konieczna jest solidarność i masowe inwestycje państw człokowskich w budżet Unii, który musi zostać dopasowany do koronakryzysu. Te inwestycje połączą następne pokolenia i odnowią poczucie wspólnoty - obiecuje szefowa KE Ursula von der Leyen w wywiadzie dla "Welt am Sonntag". Czy jednak wszyscy niemieccy politycy przemawiają tym samym "solidarnym" głosem? Polityk CSU premier Bawarii Markus Söder wezwałostatnio do wprowadzenia w całej Europie "bodźców gospodarczych", choć namawiał wszystkie środowiska decyzyjne przede wszystkim do obniżenia podatków. - Po pierwszej fazie pomocy nadzwyczajnej, podatnicy muszą poczuć wyraźną ulgę - postuluje szef bawarskiej chadecji, który w wywiadzie z dziennikiem "Bild" nie szczędził także życzliwych słów pod adresem branży samochodowej. - Po pandemii powinniśmy rozdawać premie za innowacyjność, a nie za złomowanie. Produkcja pojazdów przyjaznych dla środowiska prędzej czy później wysunie nas do przodu - wskazywał premier Bawarii. Według niego podobne rozwiązania mogłyby zostać przyjęte na szczeblu europejskim. Söder sprzeciwia się jednak kategorycznie pomysłowi wprowadzenia "nowych mechanizmów uwspólnotowienia zadłużenia", postulowanego choćby przez premiera Hiszpanii Pedro Sáncheza, który na łamach frankfurckiego dziennika "FAZ" wzywa Niemców do "rygorystycznej solidarności". - Musimy w jakiś sposób zabezpieczyć długi, które nieuchronnie zaciągniemy - nalega szef hiszpańskiego rządu. W ten sam chór włączyły się także Włochy i Francja, czyli jeszcze dwa inne państwa UE zmagające się z ekonomicznymi dolegliwościami koronakryzysu. Madryt, Rzym i Paryż zachęcają do wspólnej odpowiedzialności w formie tzw. koronaobligacji, które w zasadzie działają podobnie jak obligacje w czasach kryzysu walutowego w Grecji. A jednak ten pomysł z wiadomych powodów nie wszystkim Niemcom się podoba. - Nie róbmy obietnic, których być może nie będziemy w stanie dotrzymać - ostrzega Söder. Zamiast tego szef CSU opowiada się za przekształceniem linii kredytowych z Europejskiego Mechanizmu Stabilności (ESM).

Mniej sceptyczna wobec "koronaobligacji" okazuje się z kolei współrządząca SPD. Olaf Scholz oraz szef dyplomacji Heiko Maas zasygnalizowali niedawno na łamach zagranicznych gazet swoją gotowość do tego typu rozwiązań. Tyle tylko, że wbrew tej podtrzymywanej z uporem przez socjaldemokratów narracji o "europejskiej solidarności" większość Niemców ma właśnie krytyczny stosunek do paradygmatu "wspólnoty za wszelką cenę".

Na ratunek startupom

Co bowiem ciekawe, wielu Niemców sprzeciwia się zarówno "koronaobligacjom", jak i trwałemu uzależnieniu gospodarki krajowej od państwa. - Mieszanie się elit politycznych w gospodarkę przypomina trochę słusznie minione czasy NRD, tym bardziej, że rząd dzisiaj też sam sobie ustanawia zasady. Obecni ministrowie mogą w każdej chwili zawiesić wiążące umowy między firmami itd. Dlatego dziś potrzebujemy przede wszystkim odpowiedzi na jedno pytanie: jak długo ta nadzwyczajna pomoc ma jeszcze potrwać? - pyta publicysta dziennika "Handelsblatt" Volker Votsmeier. Z drugiej strony w czasach zarazy ingerencje państwa w obowiązujące prawo wydają się nieuchronne. Aby udźwignąć nowe miliardowe pakiety koniunkturalne, Wielka Koalicja musiała już poluźnić konstytucyjny limit skali zadłużenia państwa, który do niedawna nie mógł przekraczać 0,35 proc. PKB (tzw. czarne zero). Wątpliwości ekonomistów i dziennikarzy branżowych budzi jednak też skala zadłużenia państwa. - Cena ratowania niemieckiej gospodarki będzie bardzo wysoka - wróży Clemens Fuest, szef IFO. Choć w jednej kwestii prawie wszyscy się zgadzają - globalizacja, jako się rzekło, dobiega końca. - Przejawy protekcjonizmu przybiorą na sile, produkcja towarów będzie droższa. A jednak konsumentów i przedsiębiorców nowa sytuacja nie odstraszy, dopóki będą pewni swojej suwerenności - tłumaczy Fuest.

Co zaś mówią sami przedsiębiorcy? Ci wskazują przede wszystkim na młode firmy, szczególnie dotknięte skutkami koronawirusa i będące na pierwszej linii ognia.

- Startupy mają fundamentalne znaczenie i nie chodzi tu tylko o innowacyjne technologie. Tylko w samym Berlinie w ostatnich dziesięciu latach startupy zapewniły 80 tys. nowych miejsc pracy i przyciągnęły 3,7 mld euro nowego kapitału - podkreśla Christian Miele, szef Niemieckiego Związku Federalnego Startupów (BDS), wskazując choćby na sklep internetowy Zalando, który należy już do głównych pracodawców w stolicy. W politycznym Berlinie te słowa zostały chyba usłyszane, wpisując się już w powszechnie podzielaną opinię o ogromnym znaczeniu młodych firm dla niemieckiej gospodarki. Peter Altmaier już zapowiedział, że rząd wesprze specjalnym pakietem pomocowym ok. 200 niemieckich startupów. I jednocześnie zaznacza: "Żaden kryzys nie trwa wiecznie".

Wojciech Osiński, Berlin

Dowiedz się więcej na temat: koronakryzys | Niemcy | gospodarka Niemiec | niemiecka gospodarka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »