Reklama

Za "Zielony Ład" przyjdzie nam słono zapłacić

​Dochodzenie przez Unię Europejską do neutralności klimatycznej w 2050 roku według ścieżki zarysowanej przez Komisję Europejską w pakiecie "Fit for 55" będzie oznaczać dla polskiej gospodarki wręcz skokową dekarbonizację, której skutki odczują nie tylko firmy, ale również budżety gospodarstw domowych.

I nie chodzi jedynie o ceny energii i przyśpieszenie zmierzchu górnictwa węgla, ale także wzrost kosztów transportu czy mieszkania. Unijny klucz do osiągnięcia celu klimatycznego to upowszechnienie wymogu uprawnień do emisji CO2, które od kilku lat drożeją w oszałamiającym tempie, bo są też przedmiotem spekulacji giełdowych, tak jak akcje czy obligacje.

Mści się na Polsce krótkowzroczna polityka energetyczna ostatnich dekad, szczególnie widoczna w poprzedniej kadencji parlamentu, gdy resort energii hołdował interesom branży górniczej i energetyki węglowej, a rozwój Odnawialnych Źródeł Energii (OZE) został praktycznie zamrożony decyzjami politycznymi. Efekt mamy taki, że nadal ok. 70 proc. energii jest wytwarzana z węgla kamiennego i brunatnego, co czyni nas jednym z unijnych outsiderów w przestawianiu energetyki na źródła nisko- i zeroemisyjne.

Reklama

Polska to główny unijny hamulcowy polityki klimatycznej, próbująca na ile się da przeciwstawiać zielonemu trendowi, nawet, gdy w ostatnich eurowyborach w całej Europie wyborcy dali mocny mandat dla sił politycznych uznających za priorytet sprawy klimatyczne, czego wyrazem jest teraz polityka nowej Komisji Europejskiej, a szczególnie komisarza ds. klimatu Fransa Timmermansa.

Ostatnią deską ratunku dla klimatycznych hamulcowych w Polsce była pandemia koronawirusa, ale nadzieje, że Unia będzie tak zaabsorbowana walką z recesją, że - mówiąc kolokwialnie - "odpuści klimat", okazały się płonne. I pakiet "Fit for 55" ostatecznie dowodzi, że nie tylko Unia nie zmieniła swojej polityki, ale ulega ona bardzo dużemu przyśpieszeniu, co będzie miało dla "klimatycznych outsiderów", takich jak Polska, fatalne skutki i zapłacą oni wysoką cenę za dekady zaniedbań.

Legislacyjny pakiet klimatyczny zaproponowany przez Komisję Europejską ma kilka zasadniczych cech, które szczególnie nad Wisłą mogą wywołać wstrząsy. Po pierwsze, dotychczas ostrze dekarbonizacji skierowane było przede wszystkim przeciwko energetyce węglowej oraz wysokoemisyjnemu przemysłowi (hutnictwo, przemysł cementowy czy nawozowy).

W praktyce, głównym odczuwalnym dla przedsiębiorstw i konsumentów efektem były rosnące ceny energii. Warto dodać, że szczególnie bolesne dla firm, bo kupują energię na rynku hurtowym po cenach rynkowych, zaś znaczący odsetek gospodarstw domowych jest jeszcze chroniony tzw. taryfą G, którą ustala Urząd Regulacji Energetyki. Przekładało się to na wzrost kosztów działalności firm, a i konsumenci płacili coraz wyższe rachunki za prąd. Pośrednio przyczyniało się to również do wzrostu inflacji, która - przy prawie zerowych stopach procentowych - pożera realną wartość oszczędności zgromadzonych w bankach na lokatach.

Według nowych unijnych planów, energetyce ani przemysłowi wysokoemisyjnemu nikt w Brukseli oczywiście nie odpuści, ale Komisja Europejska poszła o krok - i to miliowy - dalej, ponieważ do walki o klimat ma zostać wciągnięty m.in. transport i budownictwo. W dużym uproszczeniu, mamy się przesiąść z samochodów spalinowych na elektryki, a budynki mają być maksymalnie energooszczędne.

Ma to się stać w kraju, w którym po drogach jeżdżą miliony kopcących aut-gratów, ściągniętych zza zachodniej granicy, które na potęgę trują powietrze, a przez dekady budowano bez zawracania sobie głowy efektywnością energetyczną budynków, skoro prąd i ogrzewanie były tanie. Dlatego kierunek klimatycznej ofensywy Brukseli może być szczególnie wyzwaniem dla nas, bo jeśli plany się zmaterializują, to miliony aut-gratów trafią na szrot (i słusznie), ale własny samochód stanie się dobrem trudno dostępnym, w każdym razie nie będzie już umownie aut "po tysiąc złotych".

Dotychczas, tak naprawdę nikomu politycznie w Polsce nie zależało na zatrzymaniu fali gratów sprowadzanych na nasze drogi. Budowa i eksploatacja budynków też będzie droższa, co może być kolejną barierą w dostępności własnego lokum, szczególnie dla młodych ludzi.

Zmiany proklimatyczne czekają nas także w wielu innych dziedzinach, zatem można powiedzieć, że z punktowej dekarbonizacji Bruksela przeszła do holistycznej, której celem jest całościowa zmiana paradygmatu gospodarczego i podporządowanie go nadrzędnemu celowi: neutralności klimatycznej w 2050 roku.

Rodzajem "półmetku" ma być zaostrzenie celu redukcji CO2 do 2030 roku o co najmniej 55 proc. (względem roku 1990). Tyle, że realizacji tego celu ma posłużyć stare narzędzie, które już dziś wzbudza kontrowersje. Chodzi o uprawnienia do emisji CO2, będące podstawą europejskiego systemu handlu emisjami ETS.

Dotychczas uprawnienia do emisji CO2 musiały w Unii kupować np. elektrownie lub huty, a teraz handel emisjami ma być rozciągnięty także na inne dziedziny życia gospodarczego, z których najbardziej wrażliwe społecznie będą właśnie transport czy infrastruktura budowlana. Sęk w tym, że ceny uprawnień w ostatnich latach wręcz oszalały. W ciągu zaledwie pięciu lat poszybowały aż dziesięciokrotnie: z 5-6 euro za tonę do 50-60 euro.

Unia jest zadowolona z drożejących uprawnień, bo to bardzo skuteczny sposób na szybką eliminację z gospodarek energetyki węglowej czy - w najnowszych planach - wysokoemisyjnego transportu. Tyle, że te uprawnienia zostały uznane przez regulatora za instrumenty finansowe i można nimi obracać na giełdach jak akcjami czy obligacjami. Kupują je zatem nie tylko ci, którzy realnie potrzebują, ale także rasowi spekulanci, dla których liczy się jedynie zarobek, a nie interesują ich żadne skutki gospodarcze (wzrost kosztów przedsiębiorstw) czy społeczne (np. ubóstwo energetyczne) spekulacyjnego podbijania cen. Pomimo to, system handlu emisjami ETS ma być podstawowym narzędziem wymuszenia na krajach unijnych odpowiedniego tempa transformacji gospodarczej w kierunku neutralności klimatycznej.

Niesie to duże zagrożenia dla Polski, zarówno w szerokim wymiarze gospodarczym, jak i w skali gospodarstw domowych, bo z jednej strony będziemy się mierzyć z ekstra kosztami wynikającymi z drożejącej energii i paliw, a z drugiej rzesze gospodarstw domowych mogą popaść w ubóstwo energetyczne, szczególnie np. jeśli skutki dekarbonizacji i handlu emisjami CO2 odczuje całe ciepłownictwo. Termomodernizacja budynków na gigantyczną skalę także będzie bardzo kosztowna.

Według założeń Brukseli realizacja "Europejskiego Zielonego Ładu" i osiągnięcie jeszcze w tej dekadzie redukcji emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 55 proc. jest kluczowa, aby nasz kontynent był pierwszym na świecie neutralnym dla klimatu do 2050. Sęk w tym, że Unia odpowiada jedynie za ok. 10 proc. globalnych emisji, a największymi trucicielami są Chiny, USA, Rosja i Indie, które odpowiadają z grubsza za połowę emisji.

Co prawda, USA i Chiny deklarują, że także chcą neutralności klimatycznej, tyle że do 2060 roku, ale na razie nikt nie podejmuje tak radykalnych kroków jak Unia Europejska. Może to stworzyć ogromne nierównowagi konkurencyjne i przyśpieszyć wynoszenie się energochłonnego przemysłu poza Europę (tzw. carbon leakage). Proponowanym lekarstwem ma być tzw. podatek węglowy, pobierany na granicach unijnych od towarów z "brudnych" gospodarek. Jednak jak wiadomo, wprowadzanie taryf celnych nie jest łatwe i może wywołać wojny celne Unii z resztą świata, co może być ze szkodą dla wszystkich.

Podsumowując, cel i założenia pakietu legislacyjnego "Fit for 55" są szczytne i wyrażają troskę o klimat w wymiarze europejskim, ale gdzie się nie obrócić, tam będą koszty finansowe i społeczne.

Otwarte pozostaje pytanie, czy uda się w Brukseli uzyskać odpowiednie środki osłonowe na tak ambitną transformację gospodarczą i społeczną. Pewne jest, że dotknie ona nas ze zdwojoną siłą z powodu długich lat politycznych zaniechań związanych z polityką klimatyczną, fatalnego zahamowania rozwoju OZE oraz ślepego trzymania się "brudnej" energetyki pod wpływem lobby węglowego. Taka będzie cena bycia klimatycznym outsiderem...

Tomasz Prusek

publicysta ekonomiczny

prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Autor felietonu wyraża własne opinie.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »