Reklama

Felieton Gwiazdowskiego: Protekcjonistyczna polityka uderza w konsumentów

Wśród licznych danin publicznych o których tu piszę, oprócz klasycznych podatków, składek czy opłat, znajdują się też cła. Ostatnio to modny temat za sprawą wojny handlowej, którą Donald Trump wypowiedział Chinom. Choć grozi mu impeachment, to raczej można być pewnym, że nowa administracja amerykańska od tej jego polityki nie odejdzie. Zapłacą za nią amerykańscy konsumenci, co nie byłoby żadnym dla nas zmartwieniem, gdyby nie to, że Ameryka gestów solidarności wymaga od swoich sojuszników.

Tymczasem swobodny handel jest realizacją klasycznych liberalnych zasad ekonomicznych z początków kapitalizmu. Protekcjonizm celny zaś to realizacja merkantylistycznych zasad ekonomicznych z czasów feudalizmu. Adam Smith w "Bogactwie Narodów" pisał: "to, co jest roztropnością w prywatnym życiu każdej rodziny, nie może być chyba szaleństwem w życiu wielkiego królestwa". I dodawał, że "jest zasadą każdego roztropnego ojca rodziny, by nie próbować nigdy wyrabiać w domu tego, czego wyrób kosztuje więcej niż kupno". 

Reklama

Tymczasem "w każdym kraju interes wielkiej masy ludzi polega i musi na tym polegać, aby kupować rzeczy potrzebne od tych, którzy je sprzedają najtaniej. Twierdzenie to jest tak oczywiste, że śmieszna wydaje się konieczność jego udowadniania. 

Nigdy by go też nie kwestionowano, gdyby dbała o swój interes sofistyka kupców i fabrykantów nie przyćmiła zdrowego rozsądku ludzi. Albowiem pod tym względem interes kupców i fabrykantów przeciwstawia się bezpośrednio interesom wielkich mas ludzkich". 

Zarówno w handlu wewnętrznym, jak i zagranicznym "wielka masa ludzi" chce kupować jak najtaniej, a sprzedawać jak najdrożej. 

Można więc się zastanowić, co sprawiło, że to, co jest roztropnością w prywatnym życiu każdej rodziny, mogło zostać uznane za szaleństwo w życiu wielkiego państwa? W jaki sposób "dbająca o swój interes sofistyka" mogła doprowadzić do rozmnożenia restrykcji określających co, od kogo i na jakich warunkach możemy kupować. "Przyczyną jest cała sieć błędów, od których rodzaj ludzki nadal nie potrafi się uwolnić" - odpowiada na takie pytanie Henry Hazlitt. Najważniejszy "polega na tym, że uwzględnia się jedynie bezpośrednie skutki, jakie cła przynoszą określonym grupom, zaniedbując odległe skutki, jakie stają się udziałem całego społeczeństwa".

Znamienne, że zabójczą politykę celną określa się użytym wyżej eufemistycznym mianem "protekcjonizmu". Bałamutna terminologia kryje jednak za sobą nie ochronę, lecz faktyczną eksploatację konsumentów. O ile w gospodarstwie domowym chcielibyśmy kupić jak najwięcej za jak najmniej, to w stosunkach międzynarodowych sytuacja taka nazywana jest "niekorzystnym bilansem handlowym". 

Absurdalność tego twierdzenia wynika stąd, że nie możemy jeść, ubierać się i cieszyć wyrobami eksportowanymi za granicę. Jemy natomiast banany z Ameryki Środkowej, nosimy włoskie buty, jeździmy niemieckimi samochodami i oglądamy programy na ekranach koreańskich telewizorów. Korzyścią, jaką ludzie odnoszą z handlu międzynarodowego jest więc właśnie to, co importują. Eksport zaś stanowi swoistą zapłatę za towary importowane. 

Dlatego dla obywateli danego państwa korzystne jest uzyskiwanie maksymalnie dużego importu za dany wolumen eksportu lub, co na to samo wychodzi, opłacanie danego importu minimalnym eksportem.

Gdy jakiś rząd subsydiuje towary eksportowe, to mimowolnie dotuje także konsumentów w krajach je importujących. A gdy nakłada cła na towary importowane to naraża na straty nie tylko producentów tych towarów z innych krajów, ale także własnych konsumentów. 

Przeciwnicy wolnego handlu chcą chronić rodzimych producentów, którzy utrzymują, że nie mogą dostarczyć na rynek takich samych towarów jak konkurencja zagraniczna w takiej samej jak ona cenie. Jeżeli nie zostanie im udzielona pomoc to zbankrutują, a ich pracownicy stracą możliwość zarobkowania i cała gospodarka poniesie stratę. Są to argumenty bardzo poważne "ale - jak pisze Hazlitt - są również inne skutki, wprawdzie o wiele trudniejsze do ustalenia, ale nie mniej bezpośrednie i nie mniej oczywiste". 

Jeżeli wprowadzimy cło na jakieś towary, to one podrożeją. Konsumenci będą musieli wydać większe kwoty na ich zakup. Tym samym nie będą mogli kupić innych rzeczy, które z pewnością by kupili, gdyby zostały im pieniądze po nabyciu innych, tańszych produktów. W ten sposób nie ma szans rozwinąć się zatrudnienie w innych gałęziach przemysłu. Gdy wprowadzamy cła na towary zagraniczne, te same towary krajowe zazwyczaj także drożeją. W ten sposób konsumenci subsydiują daną branżę.

Kupując towary krajowe płacą w efekcie podatek zawarty w podwyższonej cenie. W związku z czym w danej branży może nawet wzrosnąć zatrudnienie. Mogą wzrosnąć płacone przez nią podatki. Ale w ostatecznym rachunku nie można mówić o wzroście produkcji krajowej czy zatrudnienia. Z tym, że pozytywne skutki dla wybranej branży są na ogół wyraźniejsze i od razu widoczne. Negatywne skutki dla innych odłożone są w czasie i nie są tak wyraziste. 

"Stosując szklarnie, inspekty i ogrzewane mury można wyhodować w Szkocji bardzo piękne winogrona, jak też zrobić z nich doskonałe wino, kosztem blisko trzydziestokrotnie większym niż koszt sprowadzenia z zagranicy" - pisał Smith. 

Ideę wolnego handlu najlepiej ilustrują cła zbożowe (Corn Laws) wprowadzone w Wielkiej Brytanii w roku 1815 w celu ochrony rodzimego ziemiaństwa przed konkurencją z kontynentu.

Już pięć lat później Alexander Baring przedstawił słynną petycję kupców londyńskich domagających się stosowania w polityce państwa tej samej zasady, która musi przyświecać działaniom każdego przedsiębiorcy: kupować jak najtaniej, sprzedawać jak najdrożej. 

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Obrony wolnego handlu podjęli się także dwaj przemysłowcy z branży tekstylnej - John Bright i Richard Cobden - którzy szybko zrozumieli, iż protekcjonistyczna polityka rolna uderza rykoszetem w interesy wszystkich konsumentów, a tym samym w przemysł brytyjski. Ludzie wydając więcej na zboże mniej wydają na ubrania. Utworzyli więc Ligę Przeciwko Ustawom Zbożowym, która prowadziła agitację przeciw cłom zbożowym w imię hasła: “Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj". 

Ich sprzymierzeńcem okazała się zaraza ziemniaczana z 1843 roku. Dopiero w obliczu klęski głodu zniesiono te cholerne cła  na zboże. Biednym ludziom w walce z  politykami, którzy rządzą ponoć dla ich dobra potrafi najlepiej pomóc jakaś hekatomba, której państwu nie życzę. 

Robert Gwiazdowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »