Reklama

"Der Spiegel": Niemcy wyzyskują pracowników z Europy Wschodniej

Prawie 2 mln ludzi w Niemczech pracuje za mniej niż 5 euro za godzinę, pisze "Der Spiegel" w najnowszym wydaniu. Wprowadzenie płacy minimalnej niewiele tu zmieni.

Przykład, jakich wiele. Po blisko roku dorywczej pracy na czarno i życiu w towarzystwie hamburskich bezdomnych, Mirosław Kacała uzyskał wreszcie szansę na stałą pracę. W grudniu 2013 roku pewien rodak skontaktował 49-letniego Polaka z firmą szukającą ludzi do "lekkiej pracy w ogrodnictwie", świadczącej usługi renomowanym koncernom, takim jak Esso, Beiersdorf czy IKEA.

Na początku wszystko wyglądało nieźle, pisze "Der Spiegel". Do pracy można było przystąpić od zaraz po podpisaniu umowy. Szybko jednak okazało się, że Kacała nie zawrze umowy z niemiecką firmą VMB, tylko z jej polskim partnerem ADL we wsi Łębno pod Gdańskiem za 800 zł, czyli ok. 190 euro miesięcznie, i ma pracować na terenie Polski, a jego obowiązki w Niemczech reguluje odrębna umowa o pracę na czas ograniczony, tym razem z VMB, w średnim wymiarze 12,5 godzin tygodniowo. Kacała ją podpisał.

Reklama

Otrzeźwienie przyszło szybko. Okazało się, że taka średnia oznacza, że raz pracuje się 40, a kiedy indziej tylko 2 godziny tygodniowo, w zależności "od potrzeb przedsiębiorstwa", za miesięczną płacę w wysokości 455 euro. W pierwszym tygodniu Kacała przepracował aż 50 godzin. Zajmował się przycinaniem gałęzi drzew piłą łańcuchową, stojąc godzinami na platformie hydraulicznego podnośnika. Praca ciężka i niebezpieczna, w której nie został przeszkolony.

Mieszkał, wraz z 4 kolegami w pokoju za 150 euro miesięcznie. Od osoby, rzecz jasna. Kto źle pościelił łóżko albo zapomniał opróżnić popielniczkę, płacił karę. Do 50 euro. Na Boże Narodzenie mógł pojechać do domu, ale w tym okresie też mógł być potrzebny. Na przykład do odgarniania śniegu. Kto się nie stawi do odśnieżania, ten straci pracę. Kacała wolał nie ryzykować i został w Niemczech. W ten oto sposób, pisze "Der Spiegel", Kacała, mając w kieszeni dwie umowy o pracę, zarobił "aż" 645 euro miesięcznie. Brutto.

Legalny wyzysk

Takie wykorzystywanie ludzi jest w dzisiejszych Niemczech zjawiskiem normalnym, twierdzi "Der Spiegel". Za głodowe stawki pracuje się ciężko w ogrodnictwie, w wielkich magazynach, w rzeźniach i na budowie. Z badań Instytutu Pracy i Kwalifikacji (IAQ) Uniwersytetu Duisburg-Essen wynika, że obecnie w RFN ok. 1,7 mln ludzi pracuje za mniej niż 5 euro za godzinę. Ich liczba zwiększyła się bardzo od roku 2008. W żadnym innym kraju unijnym, z wyjątkiem Słowacji i Irlandii, podkreśla "Der Spiegel", sektor niskopłacowy nie jest tak rozbudowany, jak w Niemczech.

Liczby mówią za siebie. Prawie 20 procent wszystkich zatrudnionych w niemieckich przedsiębiorstwach zarabia mniej niż 8,50 euro za godzinę, czyli co piąty zatrudniony w nich pracuje poniżej płacy minimalnej, która zacznie obowiązywać od przyszłego roku. Zdaniem hamburskiego pisma, za takim rozwojem opowiedziała się niemiecka klasa rządząca. Już w 2005 roku ówczesny kanclerz Gerhard Schröder mówił z dumą na szczycie w Davos o niemieckich sukcesach w rozbudowie dobrze funkcjonującego sektora niskopłacowego.

Co ważne, nie obejmuje on ani tzw. szarej strefy w gospodarce, ani osób prowadzących samodzielną działalność gospodarczą w rzemiośle i usługach. Ich stawki godzinowe mogą być w praktyce nawet niższe niż wspomniane wyżej 5 euro. Innymi słowy, faktyczny obraz swoistego niewolnictwa na niemieckim rynku pracy i głodowych pensji milionów ludzi może wyglądać jeszcze gorzej, podkreśla "Der Spiegel".

Nic się nie zmieni

Wprowadzenie od 1 stycznia 2015 roku płacy minimalnej w wysokości 8,50 euro za godzinę niewiele tu zmieni, bo w 16 branżach ona już obowiązuje, a dotychczasowe doświadczenia udowodniły, że i te przepisy da się obejść na wiele sposobów. Na przykład przez podawanie nieprawdziwej liczby przepracowanych godzin w dokumentacji.

Protesty nie zdają się na nic. Ujawnione przez niemieckie media przypadki drastycznego wykorzystywania pracowników kontraktowych, na przykład z Rumunii, spowodowały ostrą reakcję Kościoła katolickiego. Przewodnicząca Rady Katolików w Osnabrück Agnes Holterhues nazwała praktyki takie, jakich doświadczył wspomniany Mirosław Kacała, "brudnym bagnem zaludnionym przez mafijne firmy leasingowe", a prałat Peter Kossen z Vechty określił ten system mianem "diabelskiego niewolnictwa". Nie zdało się to na wiele.

Wykorzystywanie pracowników w sektorze niskopłacowym, pominąwszy przypadki czysto kryminalne, odbywa się w pełnym majestacie prawa i od strony formalnej niemal zawsze wszystko jest w porządku. Firmy zatrudniające pracowników z Europy Środkowej i Wschodniej do perfekcji opanowały zestaw całkowicie legalnych tricków, pozwalających im dalej uprawiać ten lukratywny proceder.

Polacy tanią siłą roboczą? Wypowiedz się na forum!

Co zaś najważniejsze, podkreśla "Der Spiegel", utrzymywanie niskich pensji służy interesom niemieckiej gospodarki. Właśnie dzięki nim zachowuje zdolność konkurencyjną, a nawet ją zwiększa w połączeniu z przewagą technologiczną i organizacyjną nad innymi państwami. A tzw. szara strefa?

"Der Spiegel" uspakaja - ma się doskonale. Wypracowuje od 13,4 do 14,6 procent niemieckiego PKB. W przeliczeniu na brzęczącą monetę daje to od 343 do 352 mld euro. Taki właśnie dochód wyliczyli eksperci z Tybingi, biorąc pod uwagę lata 2009-2012.

opr.: Andrzej Pawlak, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »