Reklama

Od stycznia więcej pielęgniarek na oddziałach

Od stycznia w szpitalach zaczną obowiązywać nowe normy dotyczące minimalnej liczby pielęgniarek na oddziałach. To kolejny punkt wynegocjowanego latem pakietu Szumowskiego. - Żeby poprawić kondycję polskiego pielęgniarstwa trzeba dodatkowo zachęcić do nauki tego zawodu i zmniejszyć liczbę pielęgniarek i położnych opuszczających kraj - podkreśla Zofia Małas, prezes Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych.

Ewa Wysocka, Interia: Słyszymy, że z każdym rokiem jest więcej pieniędzy w systemie służby zdrowia, sytuacja na rynku pracy też jest dobra. Ale jak to wygląda od pani strony? Jak pani ocenia sytuację?

- Tak, pieniędzy przybywa. 2018 to był rok bardzo pracowity i momentami bardzo stresujący. Ale udało nam się prowadzić w nim nie pozorowany, ale rzeczywisty dialog z ministerstwem zdrowia i kierującym resortem Łukaszem Szumowskim. Przez ten konstruktywny dialog udało się doprowadzić w połowie roku do zakończenia negocjacji odnośnie szeroko pojętych problemów w polskim pielęgniarstwie.

Reklama

O jakich problemach mówimy?

- W ostatnich 20 latach polskie pielęgniarstwo się wykoleiło. Wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, że nas nie przybywa a ubywa, jesteśmy coraz starsi i grozi nam luka pokoleniowa. Ta luka już istnieje. To ona była podstawowym argumentem do stworzenia i opracowania przyjętej przez ministra zdrowia strategii dla polskiego pielęgniarstwa i położnictwa. Strategii wieloletniej, bo przecież nie da się odbudować czegoś w przeciągu roku mając 20-letnie zaległości. W przeszłości wielokrotnie apelowaliśmy, by nie niszczyć personelu pielęgniarskiego, by zapobiec imigracji. W przeciągu ostatniego 20-lecia wydaliśmy pielęgniarkom i położnym ponad 20 tys. zaświadczeń kwalifikacyjnych do pracy za granicą. I to się zemściło. To tak jakby pielęgniarki z całego województwa małopolskiego opuściły kraj. To jest dużo. Teraz mamy w Polsce w zaokrągleniu 250 tysięcy pracujących pielęgniarek, z tego co 10. jest położną.

Wróćmy do tych porozumień.

- Udało się zbudować strategię i doprowadzić do porozumienia z Ministerstwem Zdrowia i z prezesem Narodowego Funduszu Zdrowia. Przypomnę, po tamtej stronie byli decydenci: ministerstwo i płatnik, czyli NFZ, a po naszej - samorząd i związki. Możemy mówić o w miarę szybkiej i sprawnej realizacji niektórych zapisów, głównie dotyczących uporządkowania tzw. zembalówki (od nazwiska poprzedniego ministra zdrowia - Mariana Zembali - red.). Pielęgniarka i położna jest zmotywowana wtedy, kiedy widzi wyższą podstawę pensji a nie najniższą płacę 2 tysięcy złotych albo jeszcze mniej. To udało się wynegocjować z ministrem zdrowia. Mamy raporty, liczby, statystyki - nie tylko nasze, również europejskie. Wynika z nich, że w Polsce przypada 5,2 pielęgniarki na 1000 mieszkańców. Czyli jesteśmy w ogonie, bo średnia unijna wynosi dwa razy tyle. Te argumenty przemówiły. Pracodawcy stają czasami okoniem, pomimo iż mają akt prawny i środki. Do tego - co jest bardzo ważne - 1 stycznia wchodzą normy określające minimalną liczbę pielęgniarek na oddziałach. Gwarantują one prawidłową i bezpieczną pracę.

Zgodnie z tymi normami, oddział wewnętrzny mający 40 pacjentów musi zatrudniać co najmniej 24 pielęgniarki.

- Pamiętajmy, że to jest ciągła opieka, podzielmy tę liczbę na cztery zmiany. To jest 6 pielęgniarek na zmianę. Powiem, co mi te normy dają. Dają mi to, że pielęgniarka i położna mają do opieki nie więcej niż 8-10 pacjentów. A niejednokrotnie - nie twierdzę, że wszędzie jest źle - mają kilkunastu a nawet kilkudziesięciu pacjentów do opieki. Zdarzało się, że na 40-łóżkowym oddziale zostawały na dyżurze dwie a nawet tylko jedna pielęgniarka. Z analiz Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych, izb okręgowych i ministerstwa wynika, że pielęgniarek na rynku jeszcze trochę jest. Te, które czują się na siłach nie chcą przechodzić na emeryturę i można się nimi posiłkować.

Pojawiają się też takie informacje, że dyrektorzy szpitali - żeby sobie poradzić z tą normą - zmniejszają liczbę łóżek na oddziałach.

- Tak, wiem o tym. Z danych ministerstwa zdrowia wynika, że łóżka w szpitalach są obłożone średnio w 67 proc. Są oddziały, które rzeczywiście będą miały problem, bo po co im puste łóżka. Niech je zlikwidują. Myślę jednak, że żadnemu pracodawcy nie przyjdzie do głowy zlikwidować interny, gdzie najczęściej jest 100 albo nawet ponad 100 proc. obłożenia. Przypominam, że nie ma oddziałów geriatrycznych a 70 proc. pacjentów na internie to osoby starsze. Dyrektorzy mieli czas żeby się dostosować do nowych norm. W przeszłości często, kiedy mieli problem ekonomiczny, to zwalniali pielęgniarki. A tak się dłużej nie da, bo wszędzie, w każdym szpitalu - polskim czy zagranicznym - 60-70 proc. personelu medycznego stanowią pielęgniarki. To one sprawują ciągłą opiekę nad pacjentem. Lekarz przychodzi interwencyjnie coś zleca i idzie a pielęgniarka jest przez cały czas.

- A do tego nie tak łatwo jest zlikwidować łóżko, bo musi na to wyrazić zgodę wojewoda.

Dlaczego więc przy takim samym finansowaniu w jednym szpitalu udało się zachować bezpieczną, minimalną obsadę a w drugim nie?

- Trudno mi dać jednoznaczną odpowiedź. Często rozmawiam z pracodawcami. Ostatnio byłam na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym i pani dyrektor ds. pielęgniarstwa powiedziała, że nie boi się zmian, bo ma więcej pielęgniarek niż wymagają tego normy. Rozmawiałam też z dyrektorem z Piekar Śląskich, tam też jest więcej pielęgniarek. Ale wielu dyrektorów bije na alarm. Zastanawiam się, czy jak taki dyrektor - jeden z drugim - położyłby się jako pacjent albo do szpitala trafi jego bliska osoba, to czy chciałby mieć jedną pielęgniarkę na 40-osobowym oddziale? Uważam, że resort podszedł do tych problemów z dużym zrozumieniem, choć w rezultacie ściągnął sobie na głowę gniew dyrektorów. Na szczęście pieniędzy przybywa.

A jak widzicie panie poszczególne grupy społeczne np. policjantów, nauczycieli. Czy głos ze środka nie mówi wam, że trzeba powalczyć o więcej?

- Na pewno. Nasze środowisko jest ogromne i wiemy, że nie zostaną spełnione wszystkie żądania. Nie możemy jednak żądać gwiazdki z nieba. Uważam, że jest dobrze. Dzięki pakietowi Szumowskiego drgnęły zarobki i to nieźle. Dostajemy podziękowania od pielęgniarek, które piszą, że miały 1600 zł podstawy a teraz ich zarobki prawie się podwoiły. I młodzież nie będzie już startować od 2200 zł. Teraz rozpoczynając pracę może liczyć na starcie na 3000-3500 tys. zł. Możemy więc apelować: nie wyjeżdżajcie.

Problem wyjazdów jest cały czas obecny?

- Od 2015-2016 roku powoli zaczęła się zmniejszać liczba zaświadczeń kwalifikacyjnych pobieranych do wyjazdów za granicę. Prowadzimy centralny, bardzo skrupulatny rejestr, z którego wynika, że wcześniej rocznie pobieranych było około 1300 zaświadczeń, teraz liczba spadła do 670. Zaowocowało zaoferowanie lepszych wynagrodzeń i lepszych warunków pracy.

Można więc powiedzieć, że od stycznia wchodzi pakiet Szumowskiego?

- Tak. To znaczy wchodzą jego kolejne założenia. Z poślizgiem wejdą punkty, takie jak porada położnych czy porada pielęgniarska. One są już opracowane. Również 6-dniowy urlop na podnoszenie kwalifikacji. Ukazał się już projekt rozporządzenia odnośnie tego urlopu. Pracuje się nad tym choć dyrektorzy kręcą nosami. Ale minister nic nie zrobi dopóki nie dostanie na to środków. Dlatego zależy nam aby poprawa warunków pracy pielęgniarek i położnych nie była tylko strategią ministerstwa ale polityką całego rządu. To bardzo ważne. Pan Szumowski będzie rekomendował ją rządowi. Podobnie jak weszła w życie polityka lekowa tak wchodzi długoletnia polityka dotycząca polskiego pielęgniarstwa i położnictwa. Tego od razu nie odbudujemy ale od czegoś należy zacząć. Mówimy: koniec narzekania teraz zajmujemy się przyciągnięciem jak największej liczby młodzieży do zawodu.

A jest na to szansa?

- Chętni są. To, że poprawiamy warunki płacy i pracy powoduje zwiększenie liczby zainteresowanych studiowaniem pielęgniarstwa. Jeszcze dwa lata temu mieliśmy 86 uczelni kształcących pielęgniarki i położne a w tej chwili już mamy 93. Przekonaliśmy ministra zdrowia, że polskie pielęgniarstwo musi być traktowane priorytetowo. Ministerstwo przychyliło sie do naszego wniosku i w lipcowym porozumieniu uwzględniono punkt o promowaniu zawodu pielęgniarki i położnej. Żeby to jednak zrobić, trzeba pokazać, że to piękny zawód z którego idzie przeżyć. Młodzi ludzie mówią, że im się podoba, chcą pracować na oddziale ale pracować normalnie. Mieć czas na pacjenta. Dlatego tak ważne są nowe normy dotyczące minimalnej liczby zatrudnionych.

Jakie bariery wskazują ci, którzy się interesują zawodem?

- Średnia wieku pielęgniarek to 52 lata, położne są o rok młodsze. Za chwilę wszystkie będziemy emerytkami. Rocznie mamy przeciętnie 5 tys. absolwentów, ale nie wszyscy rozpoczynają pracę w zawodzie. Liczymy, że dzięki pakietowi Szumowskiego to się zmieni. Pracujemy nad tym żeby pielęgniarka i położna, która otrzyma dyplom zaczęła od razu pracę w zawodzie, bo pierwsza praca zawsze fajnie programuje. Sama mam dobre przykłady, że jak już się wejdzie w pielęgniarstwo to go się pokocha. Taka jest prawda, bo oprócz satysfakcji finansowej jest satysfakcja zawodowa, wdzięczność pacjenta, to bardzo dużo daje. Ten zawód albo się kocha, albo się go nie kocha.

Rozmawiała Ewa Wysocka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »