Sztuczna inteligencja zaostrzy nierówności społeczne

W cieniu pandemii rozgrywa się największa od dekad transformacja rynku pracy. Technologie umożliwiające zautomatyzowane wykonywanie czynności już eliminują i będą coraz mocniej eliminować pracę człowieka.

Automatyzacja to właściwie nic nowego. Rozwinęła się dzięki wielkim wynalazkom, które zrewolucjonizowały świat. Mamy z nią do czynienia stale od czasu rewolucji przemysłowej w XIX wieku, gdy wespół z wynalazkami takimi jak maszyna parowa czy elektryczność, stała się dźwignią wzrostu gospodarczego. Potem nadeszła era komputerów i wreszcie obecnie sztuczna inteligencja.

Od lat 80. XX wieku wzrost gospodarczy jest coraz mniej inkluzywny. Biorąc za przykład USA, szacuje się, że 1 proc. najbogatszych Amerykanów ma 20-proc. udział w PKB tego mocarstwa, podczas gdy dolne 50 proc. piramidy zatrudnienia generuje zaledwie 13 proc. wzrostu gospodarczego.

Reklama

Za pogłębianie się nierówności odpowiada po pierwsze globalizacja i związany z nią spadek kosztu siły roboczej w stosunku do kapitału, a po drugie właśnie automatyzacja pracy, która przyspieszyła w ostatnich latach za sprawą uczenia maszynowego.

W przeszłości automatyzacja nie miała tak negatywnego wpływu na siłę roboczą, gdyż równoważyły ją inne technologie, zwiększające i produktywność, i zatrudnienie w przemyśle i usługach. Obecnie istnieje uzasadniona obawa, że automatyzacja pociągnie za sobą utratę milionów miejsc pracy w skali świata. Replikując pracę człowieka, maszyny mogą działać wydajniej, a w niektórych przypadkach w pełni zastępować pracownika.

To, że automatyzacja nie wpłynęła dotychczas w sposób istotnie negatywny na tempo zatrudnienia, można przypisać dwóm faktom. Po pierwsze, technologia często uzupełniała kwalifikacje wymagane w poszczególnych profesjach. A po drugie, nowe technologie tworzą miejsca pracy, tyle że o wysokim profilu specjalizacji.

Mimo to przyszłość napawa pesymizmem. Według szacunków The McKinsey Global Institute wyrafinowane algorytmy mogą wkrótce zastąpić około 140 mln pełnoetatowych pracowników na całym świecie.

Wszystkiemu winna sztuczna inteligencja

Ze sztuczną inteligencją stykamy się na każdym kroku: kasy samoobsługowe, chatboty, pojazdy autonomiczne (in spe), algorytmy pozwalające na automatyzowanie procesów już nie tylko produkcyjnych, ale także w opiece zdrowotnej, obsłudze prawnej i analityce finansowej. Pandemia dała pracodawcom dodatkowy impuls do poszukiwania sposobów na zastąpienie "żywych" pracowników. Ta kolejna faza automatyzacji będzie znacznie bardziej niż poprzednie destrukcyjna dla pracy ludzkiej, bo tym razem nie towarzyszą jej inne, przyjazne człowiekowi jako pracownikowi rodzaje technologii.

Zmiany technologiczne mogą zwiększać produktywność, ale jednocześnie zagrażają losowi pracowników o średnich i niskich kwalifikacjach. Tych pierwszych bowiem najłatwiej zdegradować finansowo, a tych drugich - zastąpić robotami. Można zaryzykować twierdzenie, że ta już quasi wszechobecna automatyzacja jest ceną, jaką płacimy za dobrobyt. Mimo całego dobrodziejstwa różnorodnych zastosowań w edukacji, opiece zdrowotnej, inżynierii i produkcji oraz mimo obietnicy wzrostu produktywności (a tym samym wzrostu gospodarczego), automatyzacja napędzana sztuczną inteligencją potężnie zakłóci stabilność rynku pracy, pozbawiając zatrudnienia miliony ludzi na całym świecie.

Automatyzacja będzie pogłębiać nierówności w dochodach, ponieważ biznes świadomie dąży do oszczędności i zwiększania produktywności poprzez obniżanie kosztów pracowniczych. Tu jednak pojawia się pewne "ale". Otóż według części badaczy robotyzacja wcale niekoniecznie musi skokowo zwiększyć produktywność - główny miernik efektywności wykorzystania czynników produkcji.

Gospodarki państw rozwiniętych wykazują obecnie bardzo niski wzrost produktywności. Notabene w ciągu ostatnich 20 lat był on znacznie niższy niż w ciągu dziesięcioleci po II wojnie światowej. Daron Acemoğlu, profesor w Massachusetts Institute of Technology, tłumaczy to tym, że chociaż technologie informacyjno-komunikacyjne (ICT) rozwinęły się szybko i są stosowane w każdym sektorze gospodarki, to branże, które w większym stopniu z nich korzystają, nie radzą sobie lepiej pod względem produktywności.

Zdaniem profesora Acemoğlu, o ile przyczyny powolnego wzrostu wydajności nie są dobrze poznane, o tyle niewątpliwie jedną z głównych jest fakt, że wiele technologii automatyzacyjnych nie powoduje znacznego wzrostu produktywności. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, przedsiębiorstwa, zamiast generować korzyści z automatyzacji, wdrażają technologie wykraczające poza to, co obniżyłoby koszty produkcji, a wchodzą w koszty społeczne, takie jak redukcja zatrudnienia i płac. Innymi słowy nadmierna automatyzacja może być, o ironio, przyczyną spowolnienia wzrostu produktywności w skali makro. Dzieje się tak, ponieważ w pogoni za automatyzacją biznes traci z oczu efektywność, której nośnikiem są rozwiązania komplementarne, a nie substytucyjne w stosunku do ludzi.

Kto napędza automatyzację?

Rolę nie do przecenienia w szerzeniu mody na automatyzację odgrywają amerykańskie giganty technologiczne. Same posiadają niewielką siłę roboczą i model biznesowy oparty na automatyzacji. 

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Wizja Big Techu, nastawiona na zastępowanie ludzi algorytmami, wpływa nie tylko na ich własną politykę, ale także na priorytety innych spółek i startupów. Ta jednostronność perspektywy zawęża pole widzenia i zamyka nas na inne style wzbudzania produktywności, potencjalnie lepiej harmonizujące się z potrzebami człowieka.

Asymetryczne opodatkowanie kapitału i pracy

Winna jest też polityka rządu USA, którego system podatkowy zachęca przedsiębiorstwa do zastępowania pracowników maszynami, nawet jeśli pracownicy mogą być bardziej produktywni. Inwestycje w sprzęt i oprogramowanie podlegają niższemu opodatkowaniu niż praca ludzka - stawką poniżej 5 proc., a w niektórych przypadkach korporacje mogą nawet uzyskać dotacje netto. Rząd powinien dawać zachęty, które pozwolą przejść od nadmiernego skupienia się na automatyzacji w kierunku przyjaznych człowiekowi technologii, które umożliwiają zatrudnienie i współdzielenie dobrobytu gospodarczego.

Chodzi o takie wykorzystanie automatyzacji, aby respektując postęp technologiczny, nie eliminowała ona jednocześnie pracy ludzkiej, ale ją doskonaliła czy to w edukacji, czy to w opiece zdrowotnej czy w produkcji.

Rządy na całym świecie wpływają na kierunki rozwoju technologii poprzez politykę podatkową i wsparcie działalności badawczo-rozwojowej, tak aby dotować konkretne technologie, które zarazem poprawiają produktywność i zwiększają popyt na pracę.

Z jednej strony, nie da się administracyjnie przejąć kontroli nad technologią, bo to przypominałoby wchodzenie w gospodarkę centralnie planowaną i zabijałoby wolność innowacji, a postęp i tak znajdzie sposób, by zrobić swoje. Z drugiej jednak strony, w przeszłości rządy, często poprzez struktury wojskowe, zaskakująco skutecznie stymulowały określone badania, działając jako inkubatory technologii.

Nasze wybory technologiczne stały się wysoce niezrównoważone, co pociąga za sobą negatywne konsekwencje społeczne. Ten brak równowagi na rynku pracy mogą zniwelować tylko rządy. W tym celu powinny zacząć od stosowania miękkich zachęt, żeby z kolei nie zrobić sobie wroga z biznesu. Na nieco ostrzejsze środki można pozwolić sobie w stosunku do Big Techu, z którym konfrontacja jest i tak nieunikniona, w miarę jak jego potęga przekracza wszelkie granice w zakresie wolności w internecie, ochrony demokracji i prywatności.

Grażyna Śleszyńska

Analizuje zjawiska makroekonomiczne i polityczne. Współtworzyła Forum Ekonomiczne w Krynicy

Obserwator Finansowy
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »