Reklama

Wygrali z angielskim farmerem - dostali po kilkanaście tysięcy funtów

Rozmowa z Michałem Obiegło. Pochodzący z Gorzowa Wielkopolskiego student Uniwersytetu Warszawskiego, który latem ubiegłego roku wyjechał do sezonowej pracy w Szkocji. Wraz z kolegą z Lublina zatrudniony został na farmie w hrabstwie Perthshire. Obaj stanęli tam na czele strajku, za co zostali wyrzuceni z pracy. Wtedy wytoczyli proces farmerowi. Sąd uznał ich racje i kazał wypłacić odszkodowanie. Michałowi 13 tys. funtów, jego koledze 12 tys.

Czy to była legalna praca z wcześniej podpisaną umową?

- Tak, w pełni legalna, a więc obejmowały nas obowiązki i przywileje wynikające z brytyjskiego Kodeksu Pracy. Czyli czterdziestogodzinny tydzień pracy, dodatek za nadgodziny, na koniec wypłacenie pieniędzy za niewykorzystany urlop. Pracę rozpoczęliśmy na początku czerwca, zakończyć mieliśmy w sierpniu. Praca polegać miała przede wszystkim na zbieraniu truskawek. Było tam zatrudnionych około dwustu osób, głównie z Polski, Czech i Słowacji.

Jakie mieliście warunki zakwaterowania?

- Gdybym miał je określić jednym słowem, to straszne. Zakwaterowano nas w blaszanych kontenerach, po sześciu w jednym pomieszczeniu bez bieżącej wody. Do toalet mieliśmy około 50 metrów, do natrysków ponad 200, do kuchni jeszcze dalej. Dodam, że natrysków był zaledwie dwanaście.

Brzmi rzeczywiście paskudnie. Tylko, że nie wiem, jak brytyjskie przepisy regulują sprawy sanitarne w takich miejscach. Załóżmy jednak, że nie zostały złamane. Wtedy można powiedzieć: trzeba było obejrzeć wcześniej, jak to wygląda, nikt nikogo przecież nie zmuszał, by tam zamieszkał.

- Jeśli chodzi o te akurat przepisy, też ich nie znam. I nie musiałem znać, nie o warunki bytowe bowiem toczył się późniejszy proces. Choć sędzia dodał, że to, jak kazał mieszkać nam farmer, stawia go w jak najgorszym świetle. To już była taka czysto moralna, nie prawna opinia.

Jakie wobec tego zarzuty stawialiście farmerowi?

- Przede wszystkim nie spisywał godzin pracy, co w efekcie powodowało, że próbował wszystkich oszukiwać przy wypłacie. Zmieniło się to dopiero po mojej interwencji. To jednak nie wszystko. Inna kwota widniała na odcinkach wypłat, a inne sumy dawał nam na rękę.

Co wtedy zrobiliście?

- Najpierw chcieliśmy wyjaśnić to wszystko z farmerem. Nie dało rady, unikał nas, a gdy już do rozmowy dochodziło, to zmieniał temat, słowem nie szło się z nim dogadać. Więc z naszej inicjatywy, wspólnie przygotowaliśmy petycję, w której domagaliśmy się uczciwych wypłat. Podpisało się pod nią 145 osób. Nic jednak nie zmieniła. Ostatecznie więc 20 lipca doszło do strajku. Wzięli w nim udział prawie wszyscy pracownicy. Ponieważ obaj bardzo dobrze znamy angielski, byliśmy negocjatorami. A raczej chcieliśmy być, bowiem szef nie negocjował. Następnego dnia zjawił się z policją.

O co Was oskarżył?

- Twierdził, że skradliśmy sto koszyków z truskawkami. Była to wierutna bzdura, bo nawet gdyby ja lub któryś z pracowników chciał, to nie miałby możliwości tego wywieźć, a już na pewno niepostrzeżenie. Farmer kazał policjantom jako rzekomy dowód sfotografować trzy puste koszyki, a na koniec nas wyrzucił. Później sąd w czasie rozprawy te zdjęcia wyśmiał.

Gdzie się po tym zgłosiliście?

- Do Central Scotland Racial Equality Council. To pozarządowa organizacja, która za cel działalności postawiła sobie między innymi pomoc prześladowanym i dyskryminowanym obcokrajowcom w Szkocji. Sprawę od początku i za darmo prowadził ich prawnik. Toczyła się w Sądzie Pracy (Employment Tribunal) w Dundee. Trwała pół roku, dość długo głównie dlatego, że farmer nie stawiał się na wszystkie rozprawy i próbował sprawę przeciągać.

W końcu jednak zapadł dla Was korzystny wyrok.

- W marcu tego roku. To sąd zdecydował, że mamy dostać w sumie 25 tysięcy funtów. Orzekł, że nasz były pracodawca jest winny nie wypłacania nam w całości zarobionych pieniędzy, nielegalnych potrąceń z pensji, nie zapłacił też za urlopy, wreszcie dopuścił się dyskryminacji.

Nie lubię tego słowa na d... Co to właściwie oznacza w praktyce, w Pana przypadku?

- Sąd dyskryminację uzasadnił tym, że pracodawca nigdy nie potraktowałby Brytyjczyków w ten sposób. Padło jeszcze określenie, które w tłumaczeniu na polski brzmi "naruszenie dóbr osobistych". A ja od siebie dodam, że po prostu ukarany został człowiek, który chciał wykorzystać i co gorsza oszukiwać innych. Myślał bowiem, że na takie traktowanie będziemy się godzić. Jak widać nie godziliśmy się, a nasz przykład pokazuje, że można skutecznie zabiegać o sprawiedliwość w obcym kraju, do którego pojechaliśmy, by zarobić na życie.

rozmawiał Damian Szymczak

Szukasz pracy? Przejrzyj oferty w naszym serwisie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »