Reklama

Anna Rulkiewicz, prezes Grupy Luxmed: Nie radują nas problemy sektora publicznego

Zgodnie z zapowiedziami rządu, już w 2027 r. na służbę zdrowia ma być wydawane 7 proc. PKB. Zdaniem Anny Rulkiewicz, prezes Grupy Luxmed - to nie wystarczy by rozwiązać wszystkie problemy, z którymi mierzy się system opieki zdrowotnej, ale jest krokiem w dobrym kierunku. - Za sytuację, którą mamy dzisiaj odpowiada nie tylko obecny rząd, ale też rządy, które były po kolei, bo one budowały ten deficyt w zdrowiu - zauważyła Rulkiewicz.

W rozmowie z Interią prezes Luxmed odniosła się do zmian podatkowych przedstawionych w Polskim Ładzie i ich nowej wersji, wypracowanej po rozmowach społecznych.

Ministerstwo Finansów - przypomnijmy - proponuje obecnie 9-proc. składkę zdrowotną dla przedsiębiorców rozliczających się na zasadach ogólnych, 4,9-proc. - dla rozliczających się liniowo, a także uzależnienie jej wysokości od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce i przychodów osiąganych przez firmę w przypadku rozliczających się ryczałtem.

- Jest to zmiana na lepsze. Proszę pamiętać, że jesteśmy w trudnej sytuacji: mamy bardzo dużą inflację, wiemy, że będą podwyżki energii. Nie żyje nam się lepiej. Rozumiem, że mamy brak pieniędzy w zdrowiu i ta składka jest konieczna, ale wszystko to naraz, myślę że za bardzo by nasze kieszenie zabolało. Traktuję to jako pozytywną decyzję - zauważyła Rulkiewicz.

Nakłady muszą rosnąć

O konieczności podniesienia nakładów na służbę zdrowia wcześniej w rozmowie z Interią mówił także Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych, który wyraził przekonanie, że musi się to zadziać. - Jest to oczywiście trudna decyzja, trudny temat dla polityków, bo sięgamy do portfeli obywateli, bierzemy od nich więcej pieniędzy, natomiast musimy pamiętać, że koszty opieki zdrowotnej rosną gigantycznie. Stany Zjednoczone borykają się z problemem blisko 18 proc. PKB na ochronę zdrowia, Holendrzy to ponad 30 proc. - tłumaczył. I dodał, że wszyscy korzystamy z usług medycyny prywatnej, co stanowi dodatkowy koszt. - Blisko jedna trzecia kosztów to płatności out of pocket, gdzie pacjenci sami płacą za szybszą wizytę u specjalisty. Być może zwiększenie składki spowoduje większą dostępność, będziemy mniej płacić za dostęp do prywatnych usług, bo po prostu nie będzie to tak potrzebne - powiedział.

Reklama

Rulkiewicz przyznała również, że konieczny jest wzrost nakładów, a usługi medyczne drożeją "niesamowicie". - Pytanie jednak, czy na pewno, ta podwyżka będzie właściwie wydatkowana w te miejsca, które są naprawdę potrzebne (...), że będą pacjenci faktycznie czuli poprawę taką, żeby było mniej usług w prywatnym sektorze. Wydaje mi się, że ta luka jest tak duża, i tak jeszcze dużo potrzeba włożyć pieniędzy w ten system, że nie jestem pewna, że tak się wydarzy. Zgadzam się, że niewydolność systemu publicznego powoduje wzrost składek w sektorze prywatnym. Jak pacjent nie może się dostać do sektora publicznego, to szuka w prywatnym - tłumaczyła.

I pytała: czy, przykładowo, zniesienie limitów do Ambulatoryjnej Opieki Specjalistycznej (AOS), przełoży się na większą dostępność usług? - Jeśli świadczeniodawcy mają bardzo niskie ceny płacone za te procedury, nie chce ten lekarz w sektorze publicznym pracować. I tu się zaczyna cała dyskusja: czy to pójdzie na podwyżki procedur, na świadczenia, czy na wynagrodzenia? - zastanawiała się.

Naczynia połączone

Rulkiewicz skomentowała także wydłużający się czas do specjalistów w ramach prywatnej opieki medycznej. - Nie jesteśmy na bezludnej wyspie. Polska boryka się z wieloma problemami; to jest przede wszystkim dostępność kadr. To, że u nas (prywatna opieka - red.) jest ona większa, to nie jest taka jak 10 lat temu. Te wszystkie rzeczy systemowe, które są - dotyczą całego sektora. Zawsze mówię, że nie możemy się cieszyć, że sektor publiczny ma problemy, bo prywatny też je będzie mieć. Tutaj muszą być rozwiązania globalne; i jeden i drugi sektor muszą znaleźć odpowiednie miejsce i ze sobą współdziałać - dodała.

- Może w końcu trzeba popatrzeć na ten nasz "koszyk" (świadczeń - red.) i powiedzieć, że procedury, które muszą w nim być, są publiczne, ale naprawdę gwarantuje się do nich dostęp. Nie mówimy: masz dostęp do wszystkiego, a tak naprawdę nie masz do niczego, bo czekasz w kolejce. Część procedur może trzeba przenieść do sektora prywatnego. Trzeba się zastanowić jak te sektory (publiczny i prywatny - red.) powinny się uzupełniać, żeby skorzystał pacjent - oceniła Rulkiewicz.

Akcja szczepień spowolniła

Grupa Luxmed przekroczyła liczbę 300 tys. zaszczepionych - podała w rozmowie z Interią Rulkiewicz (stan na 09.09.). - Nie ukrywam, że ostatnie miesiące to jest absolutny spadek. Od czerwca szły one bardzo mocno w dół. Włączyliśmy się w akcję od samego początku, we wszystkich naszych punktach szczepiliśmy populacyjnie - mówiła Rulkiewicz.

Polska jest jej zdaniem gotowa do IV fali pandemii. - Jesteśmy gotowi z łóżkami, z respiratorami, natomiast zawsze będzie trudno sobie poradzić, jeśli zachorowań będzie bardzo dużo. Przeżyliśmy to w III fali. Pamiętajmy, że nie mamy odporności: cały czas zaszczepionych w Polsce mamy ok. 50 proc. - podkreśliła.

Pytana o przyczyny wyhamowania akcji szczepień, stwierdziła, że problemem jest świadomość, obawy, ale też osoby, które nie wierzą w szczepienia i - jak się wyraziła - dość głośny ruch antyszczepionkowy.

- Są dowody naukowe na to, że te szczepienia są konieczne, pomagają i odsetek powikłań, które występują jest naprawdę bardzo niski. Dużo więcej problemów będziemy mieli, kiedy populacja będzie niezaczepiona. Konsekwencje covid wiemy jakie są. Niektórym uda się z tego wyjść, niektórym się nie udaje - przestrzegała Rulkiewicz.

Rozmówczyni Interii zauważa także, że "dług zdrowotny" po pandemii będziemy spłacać przez najbliższe lata. - Od początku pandemii, bardzo dużo szpitali było wyłączonych, przez reżim epidemiczny nie mogły obsługiwać pacjentów. Kolejny obszar, który był bardzo istotny, czyli lęk samych pacjentów, którzy uważali, że lepiej przesiedzieć w domu niż pójść do lekarza. Po zaszczepieniu personelu przychodnie, szpitale stawały się dość bezpiecznym miejscem. Ale podejście ludzi było takie, że to przeczekam, a później przy chorobach przewlekłych, nowotoworowych, krążenia, okazywało się, że czekanie jest bardzo niebezpieczne. Pacjenci już dzisiaj trafiają z dużo gorszym stanem zdrowia, a niektórzy w bardzo ciężkiej fazie. Całe społeczeństwo cofnęło się bardzo mocno jeśli chodzi o zdrowie publiczne. Mamy bardzo dużo do nadrobienia, co będzie nas dużo kosztowało - tłumaczyła Rulkiewicz.

Rozmawiał Bartosz Bednarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »