Reklama

Jerzy Buzek: Czy jesteśmy wspólnotą wartości czy pieniędzy?

Jestem rozczarowany decyzjami niektórych przywódców europejskich. Premiera Węgier Viktora Orbana można nazwać pierwszym rozłamowcem w Unii. Ale zastanawia też podejście prezydenta Francji Emmanuela Macrona - mówi w rozmowie z Interią były premier, europoseł Jerzy Buzek. Zapowiedź Polski o odejściu od rosyjskich węglowodorów ocenia jako słuszną. Uważa, że Europa poradziłaby sobie bez rosyjskich nośników energii.

Monika Borkowska, Interia: Inwazja Rosji na Ukrainę zmieniła całą naszą rzeczywistość, wpędzając region w największy od dziesięcioleci kryzys. Jak długo może on potrwać?

Jerzy Buzek, były premier, eurodeputowany PO: Oby trwał jak najkrócej, bo wojna to bezsensowna śmierć, dramat uchodźców, gwałconych kobiet i milionów dzieci, które zamiast szkolnych plecaków niosą ciężar traumy. Ukraińcy przystąpili do negocjacji z konkretnymi propozycjami i to one mają dla nas najwyższą wagę. Nie możemy dopuścić do powtórzenia sytuacji z 2014 r., kiedy wymuszono na Ukrainie rozejm. Trzeba robić wszystko, by ta wojna była dla Władimira Putina jak najbardziej dotkliwa - gospodarczo i politycznie.

Reklama

Najsilniejszym ciosem byłoby odcięcie się Europy od rosyjskich surowców. Ale ta chyba nie jest na to przygotowana. Czy Europa poradziłaby sobie bez nośników energii z Rosji?

- Poradzi sobie bez nich, również dzięki temu, że od 12 lat w Unii Europejskiej wykonaliśmy wielką pracę przygotowawczą. W 2010 r. wraz z Jacquesem Delorsem ogłosiłem koncepcję Europejskiej Wspólnoty Energetycznej, przekutej potem w Unię Energetyczną. Dzięki niej stworzyliśmy działający wspólny rynek energii z połączeniami transgranicznymi między krajami Unii i dokonaliśmy skoku technologicznego w pozyskiwaniu energii z odnawialnych źródeł - wiatru i słońca. Gorąco namawiałem też wtedy szefów wszystkich krajów członkowskich UE do wspólnych zakupów gazu, co teraz, po 12 latach, ma szansę realizacji. Mamy obowiązujące od 5 lat, dobrze działające nowe Rozporządzenie o Bezpieczeństwie Dostaw Gazu - byłem jego sprawozdawcą w PE - które w razie kryzysu pozwala przesyłać gaz wewnątrz Unii dokładnie tam, gdzie jest najbardziej potrzebny.

Mimo wszystko nie będzie to jednak łatwe zadanie...

- Największy problem miałyby Niemcy, które są bardzo uzależnione od gazu z Moskwy. Unia chce uniezależnić się od paliw kopalnych z Rosji na długo przed 2030 r., co potwierdzają założenia planu RePowerEU. Rosyjski gaz krótkoterminowo miałby zostać zastąpiony przede wszystkim płynnym gazem z USA, Kataru, Afryki Zachodniej czy Egiptu i zwiększonymi dostawami gazu z Norwegii, Azerbejdżanu czy Algierii. Trzeba dobudować w Europie nowe terminale LNG i połączenia gazociągowe między krajami, bo tej infrastruktury gdzieniegdzie jeszcze brakuje. Będą na to środki finansowe. W dłuższej perspektywie rozwiązaniem jest natomiast rozwój na dużą skalę odnawialnych źródeł energii.

Polski rząd ogłosił już plan odejścia od surowców z Rosji - z węglem mamy pożegnać się najpóźniej w maju, a z ropą i gazem z końcem tego roku. Jak pan ocenia te propozycje?

- To jest właściwy kierunek. Polska nie będzie miała sobie nic do zarzucenia. Stanowcze podejście w tej kwestii jest bardzo słuszne.

Kieruje Pan pracami zespołu, który zajmuje się rozwiązaniami dla magazynów gazu. Uda się Europie zabezpieczyć na kolejną zimę?

- Zespół ma przygotować rozwiązania w błyskawicznym tempie, w ciągu najbliższych tygodni. To niebywała sytuacja, w normalnym trybie zajęłoby to rok czy nawet dwa. Sytuacja na rynku magazynów gazu jest faktycznie trudna. Gazprom, który zarządza magazynami w niektórych krajach, w zeszłym roku celowo nie stworzył rezerw, w efekcie dziś zapasy są na bardzo niskim poziomie, a ceny niezwykle wysokie. Chcemy wprowadzić obowiązek zapełnienia magazynów w 90 proc. już przed 1 listopada tego roku. To stanowi ok. 30 proc. zimowego zużycia. Zrealizowanie tych założeń w obecnej sytuacji jest wielkim wyzwaniem, ale intensywnie nad tym pracujemy. Ważna jest też struktura właścicielska magazynów. Rosyjskie podmioty nie powinny mieć kontroli nad żadną taką infrastrukturą krytyczną w Unii.

Kraje unijne lepiej zabezpieczone będą musiały dzielić się gazem z tymi, które są w trudniejszej sytuacji?

- Tak, o tym mówi zasada solidarności. Jej nadrzędne znaczenie potwierdził Trybunał Sprawiedliwości UE. Trybunał orzekł, że zasada solidarności, jako podstawowa zasada prawa Unii, leży u podstaw wszystkich celów polityki UE w dziedzinie energetyki. W momentach krytycznych mamy dzielić się gazem sprawiedliwie, by tzw. odbiorcy wrażliwi - szpitale, żłobki, domy opieki społecznej, obywatele - mieli zapewnione dostawy tego surowca. Trzeba pamiętać, że są takie kraje, które nie mają nawet własnych magazynów.

Zasada solidarności dotyczy tylko rynku gazu?

- W przypadku tego surowca sytuacja jest najtrudniejsza. Węgiel, ropę, można łatwiej transportować - drogą morską, lądową. Z gazem jest inaczej, płynie siecią gazociągów. Sytuacja zmieniła się nieco wraz z popularyzacją dostaw LNG, ale to wciąż tylko część dostaw, w dodatku po rozładowaniu zbiornikowców surowiec musi być regazyfikowany i wtłoczony do sieci. Gaz jest mocno uzależniony od infrastruktury.

Dobrze byłoby, gdyby zasada solidarności szła w parze ze zdecydowanym podejściem Unii jako monolitu wobec rosyjskiej polityki. Coraz częściej widać jednak rozdźwięk między krajami, niektóre wykazują bardzo zachowawcze podejście.

- Faktycznie, pytania o jedność pojawiają się dziś często. Premiera Węgier Viktora Orbana można nazwać pierwszym rozłamowcem w Unii. Ale zastanawia też podejście prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który regularnie rozmawia z Putinem określanym dziś przecież słusznie mianem rzeźnika i zbrodniarza. Obserwatorzy sceny politycznej zastanawiają się też, czy Niemcy faktycznie odetną się od rosyjskiego gazu. To podstawowe pytania o to, czy jesteśmy wspólnotą wartości czy tylko pieniędzy. Jestem rozczarowany decyzjami niektórych przywódców europejskich. Trzeba być adwokatem Ukrainy. Nie można powrócić do hasła "business as usual", bo to się kończy czymś, co można określić "war as usual".

Sądzi Pan, że pojawi się jeszcze pokusa, by uruchomić gazociąg Nord Stream 2?

- Nie, Nord Stream 2 z całą pewnością nie będzie już uruchomiony. To przeszłość. Mało tego, jestem przekonany, że uniezależnianie się Unii od rosyjskiego gazu doprowadzi także do zamknięcia Nord Stream 1. Te dwa rurociągi będą pamiątką tego, jak kończy się stawianie narodowych partykularnych interesów ponad unijną wspólnotę, solidarność i współpracę. Bardzo drogą pamiątką, wartą kilkadziesiąt miliardów dolarów.

Co będzie dalej z transformacją energetyczną? Obecny kryzys ją przyspieszy, czy wyhamuje?

- Przyspieszy. To jedyny rozsądny kierunek na przyszłość. Ta wojna jest finansowana z pieniędzy, którymi płacimy za gaz, węgiel i ropę. Transformacja docelowo wyeliminuje zapotrzebowanie na surowce z Rosji i odetnie Putina od finansowania. Utkwiło mi w pamięci zdanie, które przeczytałem w jednym z belgijskich dzienników - czy nie lepiej mieć turbinę wiatrową na tyłach swego domu, niż rosyjskich żołnierzy w kuchni? Te słowa trzeba zadedykować wszystkim malkontentom. Rozwój OZE czy wspieranie elektromobilności nie tylko pomoże w walce z globalnym ociepleniem, ze smogiem, ale i z uzależnieniem od surowców energetycznych z Rosji. Polityka klimatyczna Unii pozostaje więc aktualna jak nigdy dotąd. Trzeba jak najszybciej przechodzić na energetykę odnawialną, bo ona jest bezpieczna i najtańsza. Rozwijać fotowoltaikę, budować elektrownie wiatrowe, wykorzystywać pompy ciepła, stworzyć warunki do produkcji biometanu, a w przyszłości również zielonego wodoru. Być może pojawią się nowe przejściowe rozwiązania, ale cele strategiczne na pewno nie ulegną zmianie. I najważniejsze: w centrum tych działań zawsze i wszędzie muszą być ludzie - konsumenci, którzy najdotkliwiej doświadczają szoków cenowych. Nikt nigdy więcej w Unii Europejskiej nie powinien już być stawiany przed dramatycznym wyborem: ogrzać mieszkanie czy zakupić jedzenie i leki. Dopóki pracuję, będę tego mocno pilnował.   

Polska poprawiła w ostatnim czasie notowania w oczach międzynarodowej opinii publicznej, przyjmując rzesze uchodźców z Ukrainy. Czy to zmieni wizerunek naszego kraju?

- Trudno zapomnieć o mankamentach polskiej polityki ostatnich lat. Powinniśmy przywrócić dawne wysokie standardy w kwestiach praworządności czy praw człowieka. To nam bardzo pomoże na arenie międzynarodowej. Dzięki Polakom, którzy przyjęli dwa miliony Ukraińców, Polska zaczęła być inaczej postrzegana. Mamy jednak wciąż problem z najważniejszymi wartościami, które spajają wspólnotę. Najwyższy czas to zmienić, to dobry moment na nowe otwarcie.

Monika Borkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »