Reklama

Nawet 28 GW z wiatraków na polskich wodach Bałtyku?

Do 2040 r. na polskich wodach Bałtyku ma powstać 11 GW mocy morskich farm wiatrowych, a do 2050 r. może to być nawet 28 GW. Kluczowe jest, by w procesie budowy i eksploatacji jak największą część usług i produktów dostarczały polskie firmy. Mówi się o 50 proc. na koniec bieżącej dekady. Czy to jednak realne założenia? Z rynku płyną sygnały, że obecnie może to być 20-25 proc., a nawet ostrożniej, 10-12 proc. By zwiększyć potencjał konieczne jest natychmiastowe podjęcie działań.

Reklama

- Powstaje nowa rzeczywistość gospodarcza i przemysłowa w skali globalnej. Polska musi wziąć udział w tym wyścigu. Przygotowaliśmy Krajowy Plan na Rzecz Energii i Klimatu, gdzie wyznaczyliśmy pewne cele związane z rozwojem MEW. Skonkretyzowaliśmy je w Polityce Energetycznej Polski do 2040 r., Zakładamy powstanie na Bałtyku do 2040 r. 11 GW mocy zainstalowanej, ale - jak szacują eksperci - do 2050 roku możemy zwiększyć ten potencjał do 28 GW - powiedział podczas konferencji w ramach Forum 590 Ireneusz Zyska, wiceminister klimatu i środowiska.

Centralne zarządzanie?

Reklama

Pierwszy etap inwestycji offshorowych zakłada budowę farm o mocy 5,9 GW do 2030 r.  Przygotowywany jest plan zagospodarowania kolejnych obszarów morskich. Wiceminister szacuje, że dojście do 11 GW kosztować może ok. 130 mld zł. Według niego inwestycja ta ma szansę wygenerować 77 tys. nowych miejsc pracy. - Ważne, by tych 130 mld zł, czy nawet więcej, w jak największym stopniu trafiły do polskich firm i skarbu państwa w postaci podatków. To nasze wielkie zadanie - poinformował Zyska.

Wiceminister ocenia, że potrzebny będzie ośrodek decyzyjny, który koordynowałby z poziomu rządowego działania całej branży. To pozwoliło zmaksymalizować udział polskich firm w łańcuchu dostaw. - Chodzi o gospodarza procesu odpowiedzialnego za koordynację projektów, kojarzącego biznesowo pewne umowy, realizacje, które wpiszą się w powstanie nowego sektora gospodarki - powiedział.

Przedstawiciele władz liczą, że udział polskich firm w łańcuchu dostaw dla projektów offshorowych może wynieść 50 proc. Jako przykłada podawano Wielką Brytanię, gdzie na początku realizacji projektów offshorowych udział lokalnych firm wynosił 20 proc., a dziś jest to już 50 proc. - Wyzwanie jest duże, ale nauczeni doświadczeniami sąsiadów, jesteśmy w stanie wyeliminować błędy, które zostały przez nich popełnione - mówił Wojciech Dąbrowski, prezes PGE, jednego z inwestorów budujących morskie farmy na Bałtyku.

Zapłacimy frycowe

Włodzimierz Pomierny z Agencji Rozwoju Przemysłu, podkreślał, że pierwsza faza inwestycji na Bałtyku będzie dla Polski czasem zbierania doświadczeń. - Będziemy musieli zapłacić frycowe, tak jak kiedyś zapłacili Brytyjczycy, którzy dopiero po dekadzie inwestycji doszli do 50 proc. Środowisko offshorowe zrobiło badania, z których wynika, że nasze firmy mają obecnie potencjał na 20-25 proc. Zakłada się - i takie są plany resortu  klimatu - że na koniec tej dekady będzie to co najmniej 50 proc. Brytyjczycy dojdą w tym czasie w okolice 60 proc. - informował.

Artur Soboń, wiceminister aktywów państwowych, mówił, że przewaga konkurencyjna firm zachodnich jest oczywista, ale również potencjał dla krajowych podmiotów jest gigantyczny. - Trzeba patrzeć na cały łańcuch dostaw. Oczywiście są elementy procesu, które są dziś poza zasięgiem Polski, ale są też takie, które jak najbardziej możemy realizować, od logistyki, portu, przez produkcję i usługi związane z procesem. Trzeba szukać przestrzeni tam, gdzie ten potencjał jest - zaznaczył.


Również Ireneusz Zyska podkreślał potrzebę budowy portów instalacyjnych, serwisowych, ale też całej floty statków. Zaznaczał, że sama budowa statku instalacyjnego to koszt rzędu 1,5 mld zł. Potrzeba będzie też 100-130 statków serwisowych, najlepiej z napędem wodorowym. Wszystko to daje przestrzeń do zwiększania udziału polskich firm w łańcuchu dostaw.

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

PGE spotkała się już z przedstawicielami krajowego biznesu, by przybliżyć mu specyfikę czekających grupę inwestycji. W planach są kolejne tego typu wydarzenia. Do procesu szykuje się też Agencja Rozwoju Przemysłu. ARP zarządza kilkudziesięcioma spółkami, w tym kilkunastoma istotnymi z punktu widzenia morskich inwestycji na Bałtyku. - Jesteśmy właścicielami kluczowych spółek dla budowy potencjału produkcyjnego. Budujemy ten potencjał - powiedział Pomierny, wskazując choćby na stocznię w Gdańsku. - Przemysł stoczniowy od kilkunastu lat jest w rozsypce. Staramy się go integrować, właściwie ukierunkować. Pracujemy też nad wydobyciem kompetencji z zakładów znajdujących się w głębi lądu. Wiele z nich może także wejść do łańcucha dostaw - dodał.

Nie wszędzie panuje hurraoptymizm

Ale na rynku nie brak opinii, że w tej chwili potencjalny wkład ze strony polskich firm jest niższy, wynosi zaledwie 10-12 proc. Nie produkujemy turbin, a to one odpowiadają za około 50 proc. wartości inwestycji. Oczywiście musimy budować kompetencje i przygotowywać się do wyzwań związanych z procesem inwestycyjnym, ale czas płynie nieubłaganie, a do zrobienia jest bardzo dużo.

Maciej Olczak, ekspert ds. offshore reprezentujący firmę Asia Connecting Center, podkreślał, że brakuje nam wciąż kompetencji i wykwalifikowanej kadry. Kluczowe będzie przyciągnięcie do Polski przeszkolonego, doświadczonego kapitału ludzkiego. Konieczne jest przy tym zaakceptowanie wyższych kosztów wynagrodzeń. - Jest duża luka między wysokością zarobków w Polsce i zagranicą. Wysokość wynagrodzenia dla personelu wykwalifikowanego za granicą wynosi nawet 8-15 tys. dol. miesięcznie. Inwestor będzie musiał zrozumieć, że wiedza z zagranicy kosztuje - powiedział.

Nawiązując do możliwego wkładu polskich firm w budowę statków, zwrócił uwagę na konieczność podjęcia natychmiastowych działań. Jego zdaniem należy się spodziewać pierwszych przetargów na kontraktację statków drugim-trzecim kwartale 2023 roku. Podkreślał, że mamy w Polsce tylko trzy stocznie, które mają referencje  mogą podjąć się budowy takich jednostek. Tymczasem budowa jest czasochłonna. - W przypadku małych jednostek potrzeba 1,5 roku na budowę, duże natomiast potrzebują trzech lat. Przy czym to nie uwzględnia fazy konceptowej, studium wykonalności, nie mówiąc o finansowaniu - poinformował.

Przekaż 1% na pomoc dzieciom - darmowy program TUTAJ

Przeszkodami dla krajowych podmiotów, poza brakiem doświadczenia, mogą być także ograniczenia kapitałowe. Dobrze byłoby wykorzystać szansę, jaka się nadarza i przygotować rozwiązania, które wsparłyby polskie firmy. Potencjalne korzyści mogą być duże. Inwestycje nie toczą się tylko na polskich wodach Bałtyku. Morskie farmy wiatrowe rozwijają się również w innych częściach tego akwenu, ale i poza nim. Zdobycie kompetencji mogłoby zaowocować długotrwałymi kontraktami w skali międzynarodowej. Warunek jest jeden - trzeba natychmiast podjąć działania, by zdążyć wsiąść do odjeżdżającego powoli pociągu. 

Monika Borkowska

WKRÓTCE SZCZYT KLIMATYCZNY

RAPORT BĘDZIE OGÓLNODOSTĘPNY NA STRONIE: togetair.eu


Dowiedz się więcej na temat: energia wiatrowa | farma wiatrowa | Offshore
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »