Reklama

Jak zakończyć wojny walutowe?

Państwa powinny zdefiniować zjawisko wojny walutowej. Ale nie po to, by oskarżać Chiny o prowadzenie takiej wobec USA lub Brazylii, lecz dlatego, żeby jej nie rozpoczynać.

Klęska - to słowo najlepiej opisuje polityki pieniężne i kursowe banków centralnych głównych państw na świecie w minionej dekadzie. Miały stabilizować pieniądz i finanse oraz zapewnić wzrost gospodarczy. W znacznym stopniu stały się odpowiedzialne za wywołanie kryzysu w 2007 r., problemów na tle wzajemnych rozliczeń handlowych, wreszcie - wywołanie wojen walutowych.

Reklama

Oskarżenie, nawiązujące do wydarzeń wielkiej depresji lat 1929-1933, po raz pierwszy wytoczył we wrześniu 2010 r. minister finansów Brazylii. Ogłosił wówczas światu, że decyzje Fed o obniżce stóp procentowych na poziom bliski zeru należy traktować jako manipulacje kursowe zabronione art. IV umowy o MFW. Ułatwiają bowiem poprawę konkurencyjności via niedozwolona dewaluacja waluty, a więc kosztem innych aktorów gospodarki światowej, m.in. takich, jak Brazylia, która w rezultacie zmuszona jest aprecjonować swój pieniądz.

W marcu tego roku Brazylia ponownie zaczęła domagać się od wielkich państw modyfikacji ich polityk monetarnych i kursowych. Rządząca tam od stycznia 2011 r. prezydent Dilma Rousseff stwierdziła, że w wyniku nadmiernie słabnącego dolara, kurs reala zaczął gwałtownie rosnąć, drożejąc o ok. 9 proc. w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Rousseff uznała także, iż czas najwyższy zakończyć trwającą od kilku lat podjazdową walkę na kursy walutowe prowadzoną przez USA, Chiny i Europę. W tym celu jest niezbędne zdefiniowanie zjawiska wojny walutowej.

Propozycja znakomita. Jak dotąd, ani MFW, ani WTO - jako następca powstałego w 1947 r. GATT - nie potrafiły zdobyć się na ten ruch.

Kto i dlaczego

Na pierwszy rzut oka ustalenie winnych światowych walutowych zawirowań nie wydaje się trudne. W największym skrócie, kurs waluty, który zwiększa możliwości eksportowe państwa kosztem importu jest kursem nierównowagi. Wspiera handel z innymi państwami, ale ogranicza ich eksportu. To zarzut, który usłyszały Chiny ze strony USA po raz pierwszy w 2003 r. Od tamtego czasu amerykańskie skargi na merkantylistyczną politykę Azjatów - ale także i eksporterów ropy - nie ustają. Od 2010 r. grupa państw winnych manipulacji kursem powiększyła się o USA, zaś w 2011 r. doszła Europa.

Popatrzmy na Chiny. Tutaj, częściowo w wyniku nieformalnych porozumień z USA z pierwszej połowy lat 90. XX w., częściowo w wyniku globalizacji, nastąpił błyskawiczny wzrost gospodarczy. W efekcie doszło do akumulacji potężnych rezerw walutowych, przekraczających obecnie poziom 3,2 bln USD. W większości państw byłyby przyczyną szybkiej i wysokiej inflacji. People's Bank of China (PBoC), stosując kontrolę walutową, zdołał zapobiec temu niebezpieczeństwu. Nie dopuścił także - na co miały wpływ niskie koszty pracy - do większych zmian kursu renminbi (RMB) wobec dolara.

W latach 1997-2005 cena RMB wynosiła ok. 8,28 USD. Od lipca 2005 r. - czyli od momentu kiedy renminbi zostało walutą koszykową - kurs początkowo wynoszący ok. 6,83 USD, podniósł się nieznacznie do poziomu ok. 6,4 USD. Analizy pokazują, że cena RMB jest zaniżona o ok. 40 proc. A jednak, zarówno USA, jak MFW wstrzymują się od retorsji przeciwko chińskim "manipulacjom" kursowym.

Czy dlatego, że polityka monetarna i kursowa Fed, zwłaszcza z lat 2000-2004, była jedną z poważnych przyczyn zaburzeń stabilności finansowej na świecie? Zapewne. A może polityka People's Bank of China była wygodna dla USA? Bez wątpienia: ok. 60 proc. chińskich rezerw walutowych przechowywanych w dolarach stanowi specyficzną formą senioratu od transakcji finansowych amerykańskich podatników. Czy nie jest tak, że polityka kursowa USA, wsparta od stycznia 2008 r. stopą procentową bliską zeru, jest jedną z przyczyn nadchodzącej deflacji lub nawet stagflacji?

Być może, ale stopniowa obniżka kursu dolara wobec głównych walut na świecie, bo rozpoczęła się w 2002 r., mieści się w szerokim określeniu MFW o potrzebie zachowania przez państwa zdyscyplinowanej polityki kursowej.

Wreszcie są problemy Europy. Przez długi czas polityka EBC gwarantowała stabilne euro. Potężne kłopoty fiskalne jej niektórych członków - od Grecji po Włochy - sprawiają, że Europę i euro mogą czekać poważne wstrząsy w niedalekiej przyszłości. Niezbędne jest np. dalsze zwiększenie podaży pieniądza europejskiego na rynku UE. Podkreśla to wiele ośrodków badawczych i politycznych. Koncepcję oprotestowuje Berlin, który z trudem zaakceptował decyzje EBC o wprowadzeniu na rynek europejski, począwszy od grudnia 2011 r., kwoty ok. 1027,5 mld euro. Próby ograniczania monetarnej ekspansji w UE mogą utrudniać stabilizowanie sytuacji na świecie. Jak w przypadku polityki USA, budzą obawę przed recesją i deflacją.

Perspektywa skonfliktowanej wewnętrznie Europy pozostaje w sprzeczności z próbą zachowania silnej pozycji w międzynarodowych instytucjach, a zwłaszcza w MFW. Błędy funduszu, zarządzanego tradycyjnie przez Europejczyków, były przyczyną problemów gospodarczych państw rozwijających się z Azji Środkowej i Wschodniej w czasie kryzysu azjatyckiego z lat 1997-1998. Siłą rzeczy zrodziły nieufność, a nawet niechęć wobec MFW - i pośrednio Europy - tworząc warunki do powołania grupy G-20, konsolidacji politycznej niektórych państw wokół Chin oraz przyjęcia przez nie renminbi jako pośredniej kotwicy walutowej w stosunku do dolara.

Rezultat, skrótowego z konieczności, tego przeglądu zachowań głównych "manipulatorów" kursowych na świecie jest dość kłopotliwy. Na pewno pokazuje, że o efektach współczesnej polityki monetarnej i kursowej decyduje znacznie więcej czynników, niż działo się to w przeszłości, w okresie standardu kruszcowego. Ale wówczas, jak dzisiaj, trudno było jednoznacznie oceniać te "manipulacje" bądź przewidzieć ich konsekwencje. Choćby dlatego, że dzisiaj, jak wówczas, państwa mają niemal nieograniczoną swobodę - począwszy od 1978 r. - w doborze mechanizmów polityki kursowej.

Złoto, srebro, komunizm

W tym kontekście, najczęściej dziś przywoływanym przykładem manipulacji kursowych była polityka państw europejskich z lat 1929-1933. Porzucały standard złota, ponieważ parytet ten ograniczał im pole manewru dla polityki fiskalnej. Ale czyniły to chaotycznie i bez porozumienia. Strategia konkurencyjnej deflacji, według określenia Keynesa, zapewniła im powrót na ścieżkę wzrostu za cenę wprowadzenia kontroli walutowej, protekcjonizmu oraz ograniczeń na przepływ kapitału.

Rzadziej przypomina się decyzje ówczesnego prezydenta USA, Franklina D. Roosevelta, który w 1932 r., w ramach sanacji amerykańskiej gospodarki, ogłosił rządowy program wykupu srebra. Kolejne trzy lata przyniosły wzrost cen tego kruszcu w USA o 128 proc., ułatwiając ogólną poprawę pozycji dolara oraz powolny powrót ożywienia.

Inaczej potoczyły się sprawy w Chinach, których waluta emitowana była w tamtym czasie w standardzie srebra. Gwałtowny wzrost jego cen wzmocnił kurs yuana na tyle, że w ciągu dwóch lat gospodarka w Chinach najpierw niemal całkowicie zahamowała, by w ciągu dwóch lat skurczyć się o ponad 26 proc. 3 listopada 1935 r. niezbędne okazało się zawieszenie standardu srebra oraz wprowadzenie standardu papierowego. Polityczne konsekwencje decyzji programu wzmocnienia cen srebra w USA są równie mało znane, co program F.D.R., a więc: wojna japońsko-chińska, łącznie z wojną walutową, upadek rządów Czang Kaj-szeka, na koniec - wygrana komunistów.

Z deflacją w tle

Z obu spojrzeń - na teraźniejsze i przeszłe wojny walutowe - wynika jasno, że istnieje fundamentalna sprzeczność między oczekiwaniami wobec polityki kursowej w gronie państw rozwiniętych a państw rozwijających się. Przede wszystkim dlatego, że w światowej gospodarce, nazwanej przez Adama Smitha wielkim kołem cyrkulacji, słabsze kursy walut państw rozwijających się muszą wyrównać silniejsze kursy państw potężnych.

Dlatego współczesne potęgi, jak USA, Chiny i Europa, mogą pozwolić sobie na to, by w obecnej sytuacji nie tylko zabiegać o wyjście ich gospodarek z kryzysu, ale też dążyć - różnym kosztem - do umocnienia pozycji swojej waluty na świecie. Inną politykę prowadzą państwa rozwijające się. Znacznie bardziej dbają o rozwój, obawiają się więc deflacji spowodowanej niskimi nominalnymi stopami procentowymi - mowa tu o USA i Europie - oraz jej skutków dla gospodarki, zwłaszcza w długiej perspektywie. W trakcie deflacji realne stopy procentowe pozostają bowiem wysokie, co oznacza wysokie oprocentowanie kredytów, spadek popytu, wzrost bezrobocia. Deflacja obciąża społeczeństwa oraz przedsiębiorstwa kosztami wychodzenia państw z kryzysu. Obniża konsumpcję i inwestycje, zwiększa ryzyko bankructw. W tej sytuacji trudno liczyć na wyważone decyzje rynków finansowych, banków i innych instytucji. Będą raczej ciąć kredyty, niż ich udzielać.

O tym mówi Brazylia, ale nie tylko ona. Państwa rozwijające się - jak to czyni rząd brazylijski, próbując chronić się przed polityką agresywnych kursów - wprowadzają od kilku lat rozwiązania ograniczające inwestycje zagraniczne w krajowe krótko- i średnioterminowe instrumenty finansowe.

Perspektywa multilaterializmu

Czy żądanie Brazylii opracowania wspólnej dla wszystkich państw definicji wojny walutowej będzie zrealizowane?

To zależy od podejścia. Rozważmy trzy: oficjalne, akademickie i polityczno-finansowe.

Pierwszy krok zmierzający do opracowania takiej definicji uczyniła WTO. W końcu marca tego roku doszło w Genewie do spotkania, podczas którego problemy relacji między polityką kursową a możliwościami rozwojowymi państwa, w tym prowadzenia polityki handlowej, były intensywnie dyskutowane. Spodziewał się takiej debaty Pascal Lamy, dyrektor generalny WTO. Podczas oficjalnego jej otwarcia oświadczył, że w trakcie pracy nad definicją wojny walutowej trudno będzie wyznaczyć granicę między stanem faktycznym a emocjonalnym, kulturalnym czy nawet moralnym do tej kwestii.

Środowisko akademickie również podjęło na ten temat prace. Moja propozycja zdefiniowania wojny walutowej jest następująca: państwa rozwijają wojnę walutową wówczas, kiedy dążą do wielkich i długotrwałych zmian w konstrukcji politycznej i gospodarczej świata. To oznacza, że konflikt o pieniądz jest wyrazem dążenia głównych państw do zmiany przywództwa w systemie międzynarodowym oraz reguły dostępu do światowych zasobów finansowych.

Dzisiaj jest pewne, że kurczowe trzymanie się obecnego "standardu" dolara staje się gospodarczo szkodliwe dla wielu państw. Powoduje, że albo nie przestrzegają one przyjętych standardów kursowych, albo wykorzystują je do celów politycznych. Przekształcenie system unilateralnego w system multilateralny, a więc składający się z kilku głównych walut światowych, powinno wnieść więcej porządku do światowego systemu walutowego. Obok dolara, pozycję równorzędną pełniłyby w nimi co najmniej dwie waluty: euro i renminbi (czyli dawny chiński yuan). Potwierdzenie tego podejścia można znaleźć w naukach politycznych i prawnych. Płynie ono także z doświadczenia wielkiej depresji lat 30. ubiegłego wieku.

Politycy i finansiści nie rezygnują z wojny walutowej. Jak pokazuje tabelka, wcale taka wojna nie musi wiązać się ze stosowaniem skomplikowanych mechanizmów kursowych. Wystarczy, jak to wydarzyło się 17 marca 2012 r., aby światowy międzybankowy mechanizm rozliczeniowy z siedzibą w Brukseli i znany pod przyjemną nazwą SWIFT (Society for Worldwide Interbank Financial Telecommunication), zamknął dostęp 30 irańskim bankom do dokonywania rozliczeń przez ten system.

Maria Dunin-Wąsowicz

Dowiedz się więcej na temat: Chiny | rynek walutowy | Ale | USA | wojny | juan

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »