Reklama

Kto zyska na przewalutowaniu kredytów?

Sezon wyborczy rozkręca się na dobre, trudno więc się dziwić, że Sejm wraca do propozycji ulżenia zadłużonym we frankach. Obiecał to przecież w czasie swojej kampanii wyborczej sam prezydent Andrzej Duda. Trzeba coś z tym zrobić - uznali parlamentarzyści i zabrali się za pracę nad prezydenckim projektem, który spieszy z pomocą bogatym frankowiczom.

Przypomnijmy - Andrzej Duda, kiedy nie był jeszcze prezydentem, a tylko challengerem, obiecał frankowiczom przewalutowanie ich kredytów po kursie z dnia, kiedy zostały zaciągnięte. Tak więc zobowiązanie osoby, która wzięła kredyt w lipcu 2008 roku, gdy frank kosztował nieco ponad 2 zł, teraz zostałby przeliczony z powrotem po tym samym kursie na złote. A nie po 3,8 zł, bo tyle mniej więcej dziś kosztuje frank. Spełnienie tych obietnic doprowadziłoby do bankructwa cały polski system bankowy.

- Obywatel nie musi się znać na meandrach systemu bankowego i walutowego. Te kredyty powinny być spłacane po kursie, po którym były brane. To powinno być ryzyko bankowe. To jest zmiana, która powinna zostać zrobiona - mówił w 2015 roku Andrzej Duda, jako kandydat PiS na prezydenta na jednym ze spotkań wyborczych w Żyrardowie.

Reklama

Gdy Andrzej Duda został już prezydentem, dowiedział się, że spełnienie jego obietnicy spowodowałoby Armagedon. Jego doradcy wymyślili więc tzw. kurs sprawiedliwy, po którym kredyty we frankach miałyby zostać zamienione na kredyty w złotych. Przeliczniki były dość skomplikowane, ale Komisji Nadzoru Finansowego i Narodowemu Bankowi Polskiemu udało się dojść, o co w tym wszystkim chodzi. Chodziło o to, że podatnicy, czyli wszyscy Polacy, musieliby dołożyć frankowiczom w sumie ponad 60 mld zł.

Dlaczego podatnicy, a nie banki? Bo kiedy mówimy o takich kwotach, to trzy spore banki, o łącznych aktywach 170 mld zł, musiałyby upaść. Przepadłoby wtedy prawie 25 mld zł depozytów ulokowanych tam przez firmy, samorządy i zamożniejszych ciułaczy nieobjętych gwarancjami. Na depozyty gwarantowane zabrakłoby pieniędzy w Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, a więc spłacić musiałoby je państwo. Byłoby to ponad 80 mld zł - wyliczyła wówczas KNF. A państwo wypłaciłoby te pieniądze, rzecz jasna, z kieszeni podatników.

Dali przykład Austriacy

Frank zrobił w ciągu dekady poprzedzającej kryzys zawrotną karierę, gdyż kurs tej waluty był stosunkowo stabilny, a stopy procentowe w Szwajcarii znacząco niższe niż w strefie euro, nie mówiąc już o Polsce czy innych krajach naszego regionu. Po ostatnim wielki kryzysie finansowym okazał się toksycznym kłopotem i dla zadłużonych, i dla banków. Nie tylko w Polsce.

Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 90. XX wieku zanim do obiegu weszło euro. Górale z zachodnich landów Austrii, Tyrolu i Vorarlbergu wyjeżdżali do pracy w pobliskiej Szwajcarii, bo płacono tam znacznie lepiej. A tamtejsze banki proponowały im kredyty - rzecz jasna we frankach i po niższej stopie, niż była wtedy w Austrii. Tylko brać, a w dodatku zgodnie ze sztuką, bo skoro Austriak zarabiał w Szwajcarii, brał kredyty w tej samej walucie, w której miał dochody.

Za frankowe kredyty w Montafonie i Arlbergu budowano piękne domy. Sąsiedzi zazdrościli. Austriackie banki wyczuły koniunkturę i doszły do wniosku, że skoro same mogą franka pożyczyć tanio od kolegów zza bliskiej granicy, to czemu nie wejść w ten biznes i nie odpożyczać go Austriakom. I w biznes weszły. Wkrótce frank zrobił karierę w całej Europie.

Dopiero kilka lat po kryzysie Europejski Urząd Nadzoru Bankowego ustalił, co się wówczas stało. Okazało się, że w Austrii gospodarstwa domowe zadłużyły się we frankach na równowartość 35,6 mld euro, we Francji - na 21,2 mld euro, a w Niemczech - na 14,9 mld euro. W latach 2009-2011 w co szóstym europejskim banku kredyty w obcej walucie dla gospodarstw domowych stanowiły 30 proc. aktywów, a w ponad połowie instytucji - 10 proc. Prawie jedna trzecia banków zaangażowała w kredyty walutowe 30 proc. całej swej akcji kredytowej.

Gdy wybuchł kryzys kapitał krążący po całym świecie uznał, że nie ma bardziej bezpiecznego miejsca niż Szwajcaria i zaczął tam płynąć szeroką rzeką. Frank drożał jak na drożdżach. Szczęśliwie dla zadłużonych stopy procentowe w Szwajcarii spadały jeszcze bardziej niż gdziekolwiek na świecie. Ale ponieważ zbyt drogi frank zaczął szkodzić szwajcarskiej gospodarce, opartej głównie na eksporcie, bank centralny SNB postanowił w 2011 roku zatrzymać kurs waluty na poziomie 1,2 franka za euro.

Sankcje nałożone na Rosję, które wygnały pieniądze oligarchów z banków Unii, bankructwo cypryjskich banków i obłożenie zgromadzonych tam także brudnych depozytów podatkiem - wszystko to spowodowało, że pomimo ujemnych stóp w 2014 roku kolejna fala kapitału ruszyła do Szwajcarii. Tego już SNB nie wytrzymał i przestał bronić kursu franka na początku 2015 roku. W Polsce frank podskoczył nawet na chwilę do 5 zł. Dla frankowiczów był to morderczy poziom. Niebotycznie wzrosły nie tylko raty kredytów, ale i kapitał pozostały do spłacenia. Wartość kredytów we frankach na koniec stycznia 2015 sięgnęła 150 mld zł.

Niedługo po decyzji SNB banki zrozumiały, że z zadłużonymi klientami płyną na tej samej łódce. Jeśli klienci zatoną - one też pójdą na dno. Amerykanie mówią, że jeśli pożyczyłeś od banku 100 tys. dolarów - ty masz problem. Ale jeśli pożyczyłeś 100 milionów dolarów - problem ma twój bank. Jeden frankowicz ma problem liczony w tysiącach. Ale gdy wielu frankowiczów ma ten sam problem, problemy się sumują i składają na miliony.

Gdyby na przykład 10 proc. kredytów nie było spłacane przy kursie franka 4 zł, a więc niewiele wyższym od aktualnego, a banki byłyby w stanie sprzedać kredyty lub zabezpieczenia, odzyskując połowę wartości, to ich straty wyniosłyby ponad 3,9 mld zł. Gdyby "stopa odzysku" wyniosła 30 proc., strata zwiększyłaby się do 5,5 mld zł. Windykatorzy mówią, że stopa odzysku 30 proc. to nierealne marzenia, nawet przy zabezpieczeniu na nieruchomości i mimo, że ceny mieszkań wróciły już do poziomów sprzed kryzysu.

Właściwie adresować pomoc

Po pewnych perturbacjach banki zrozumiały, że w ich własnym interesie jest, by zadłużeni klienci nie bankrutowali. Wymyśliły więc Fundusz Wsparcia Kredytobiorców, na który wpłacają systematycznie składki. To jedno z najmądrzejszych rozwiązań, jakie powstały do tej pory.

Prezydencki projekt poszerza możliwość korzystania z tego funduszu przez osoby, które mają prawdziwe kłopoty ze spłatą kredytów hipotecznych. I bardzo dobrze - bo pieniądze będą trafiać szerszym strumieniem tam, gdzie trzeba. Czyli do ludzi, których nie stać na spłaty rat, a sami mieszkają w kupionym za kredyt mieszkaniu. Na pewno przyjdą takie czasy, gdy dostępność funduszu trzeba będzie jeszcze bardziej rozszerzyć. Ta część projektu nie budzi kontrowersji nawet wśród samych bankierów.

Od czasu kiedy kurs franka gwałtownie wzrósł, czyli od 2015 roku powstało co najmniej kilka rozmaitych projektów ustaw o mniej lub bardziej korzystnym dla frankowiczów przewalutowaniu ich kredytów na złote i mniejszym lub większym potencjale do wykolejenia banków. Licytacja trwała w najlepsze, gdy zbliżał się wyborczy sezon.

W połowie 2015, przed kampanią wyborczą projekt przedstawiła Platforma Obywatelska. Zmierzał on do tego, żeby koszty przewalutowania w połowie poniosły banki, a w połowie kredytobiorcy. Jednak SLD postanowiło przelicytować. Zaproponowało, żeby zmienić te proporcje 9:1 na niekorzyść banków, co kosztowałoby je ponad 30 mld zł, czyli zagroziło stabilności polskiego systemu finansowego. Ostatecznie projekt został odrzucony. Nikt jednak frankowiczom nie obiecał tyle, co Andrzej Duda.

Po wyliczeniach KNF i NBP prezydent wycofał się z poszukiwań "sprawiedliwego" kursu, ale wiadomo przecież, że zapewne wystartuje po reelekcję. A frankowicze mogą wtedy zapytać - co z obietnicami? W sierpniu 2017 roku złożył kolejny projekt ustawy. Tym razem nie ma już mowy o przewalutowaniu po kursie dnia ani po kursie "sprawiedliwym". Jest w niej natomiast propozycja dyskonta w wysokości 19,8 proc. dla tych, którzy kredyty we frankach zamienią na kredyty w złotych.

Przedstawmy pokrótce, na czym polega projekt. Najważniejsze - prócz rozszerzenia dostępności do Funduszu Wsparcia Kredytobiorców - jest w nim powołanie Funduszu Konwersji, na który także składać się mają banki. To właśnie z niego mają być przewalutowywane kredyty. Zasada jest taka, że jeśli bank nie wykorzysta swojej puli w określonym czasie, korzystać z tych pieniędzy mogą inne instytucje. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwiają się kredytodawcy.

Banki mają wnosić składkę co kwartał w wysokości do 0,5 proc. wartości bilansowej portfela walutowych kredytów hipotecznych. Jeszcze w 2017 roku KNF obliczyła skutki nowej ustawy dla 24 banków, które w swoich portfelach mają takie kredyty według stanu na koniec I półrocza 2017. Z jej szacunków wynikało, że sześć banków tylko w pierwszym roku miałoby roczną stratę, a z tego dwa, realizujące program naprawy (Getin Noble i BOŚ), straty by pogłębiły. Wzrosłyby także ich niedobory kapitałowe.

W pierwszym roku działania ustawy wartość bilansowa kredytów walutowych zmniejszyłaby się o 9,5 proc. Przypomnijmy, że wartość kredytów we frankach topnieje rocznie i tak o ok. 7 proc. Biorąc to pod uwagę, po ok. siedmiu latach portfel kredytów frankowych zmalałby z obecnych nieco ponad 100 mld zł do ok. 20. Ale przez te siedem chudych lat banki musiałyby notować straty rok po roku. A to mogłoby wywrócić nawet najsilniejsze polskie instytucje.

Posłowie postanowili przyjść na odsiecz najsłabszym bankom - Getin Noble i BOŚ. Tadeusz Cymański zgłosił poprawkę, że obie instytucje z powodu programu naprawy nie będą wpłacać składek. Ale jest tego konsekwencja - w obu bankach nie będzie konwersji kredytów z frankowych na złote. A jak wiadomo Getin ma najgorszy portfel kredytów we frankach, bo udzielał ich najbardziej ryzykownym klientom. Niewykluczone, że właśnie wielu z nich wymaga pomocy. Jeśli poprawka ta zostanie ostatecznie przegłosowana, oznacza to, że będący w trudnej sytuacji klienci Getin Noble zostaną z przewalutowania wykluczeni.

Nie powielać węgierskich błędów

Trzeba przyznać, że przez kilka ostatnich lat banki wykonały solidną pracę, żeby przygotować się do poważnej dyskusji o rozwiązaniu problemów kredytów walutowych. Pamiętamy jak ich udzielano - przynajmniej w latach 2007-2008. Masowo i po bardzo pobieżnym badaniu zdolności kredytowej. Niemal z automatu, bo liczyła się sprzedaż, a nie analiza ryzyka. Klauzule w umowach zmieniano niemal z miesiąca na miesiąc. O znaczną ich część klienci sądzą się dziś z bankami.

Z punktu widzenia frankowiczów, którzy brali kredyty, gdy frank był najsłabszy, a więc w latach 2006-2008, prezydencki projekt nie jest żadnym rozwiązaniem, bo i tak na przewalutowaniu poniosą straty. A przypomnijmy, że większość kredytów (374,5 tys.) została sprzedana w latach 2006-2008, przy kursie 2-2,6 zł za franka, z czego w 2008 roku było ich aż 162 tys. Podobnie wygląda wartość kredytów - w tych trzech latach było to 107,6 mld zł, z czego niemal połowa tej kwoty w samym 2008 roku.

Po wielu latach z chaosu w samych instytucjach kredytowych zaczynają się wyłaniać portrety frankowiczów. Są różnorodne i pierwszy wniosek jest taki, że frankowicz frankowiczowi nierówny. Są wśród nich tacy, którzy za kredyt na 30 lat kupili wymarzone mieszkanie dla rodziny i wciąż w nim mieszkają. Nie wyjeżdżają na wakacje, bo spłacają kredyt.

Ale są też rekordziści. Jeden z nich kupił za kredyty we frankach zaciągnięte w kilku bankach... 44 mieszkania. Ma on na tyle duże dochody, że kredyty spłaca bez problemów. Ale czy banki powinny mu dodatkowo pomagać dając dyskonto przy przewalutowaniu? Pragnący zachować anonimowość prezes jednej z instytucji mówi Interii, że największe kłopoty banki mają z klientami, którzy za kredyty kupowali po kilka mieszkań. I nie jest ich wcale mało.

Prezydencki projekt powiela podobny błąd, jaki popełnili kilka lat temu Węgrzy. Niestety w Budapeszcie też czasem się mylą. Na czym ten błąd polega? W 2011 roku węgierski rząd zdecydował o przewalutowaniu kredytów we frankach na forinty umożliwiający jednorazową spłatę kredytów walutowych po kursie ok. 30 proc. niższym niż ówczesny kurs rynkowy. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyjrzał się potem efektom tej akcji. Co z niej wynikło?

Skorzystało zaledwie 15 proc. gospodarstw domowych, i to głównie zamożnych, które było stać na spłatę kredytu przewalutowanego na forinty od razu. A akcja spowodowała trzęsienie ziemi w bilansach banków. Poniosły one tak wysokie straty, że rentowność całego tamtejszego sektora spadła do minus 10,4 proc. w 2011 roku i minus 6,1 proc. w 2012 roku. Ryzyko "frankowe" dla pozostałych 85 proc. zadłużonych i dla banków wcale nie zostało zmniejszone.

"Ten epizod pokazuje, jak obowiązkowy program, który jest źle ukierunkowany i nakłada ciężar restrukturyzacji zadłużenia na sektor bankowy, może zagrozić stabilności systemu finansowego, bez osiągnięcia pożądanych celów gospodarczych" - napisał MFW w "Word Economic Outlook" z kwietnia 2012 roku.

Prezydencki projekt przysłuży się bogatym frankowiczom równie dobrze jak węgierski. Jeden z banków policzył, że zadłużeni w nim łącznie na 1 mld zł frankowicze mają równocześnie 1,6 mld zł oszczędności. Ci, którzy dostaną 20-procentowe dyskonto od aktualnego kursu, a zaciągnęli kredyt po kursie wyższym niż 3 zł za franka, natychmiast spłacą kredyt zamieniony na złote. Wyskoczą z kredytu jakby trafili bingo - z dużym zyskiem. Czy o taką pomoc prezydentowi naprawdę chodzi?

Frankowicze, którzy zadłużyli się w 2008 roku, kiedy frank był najsłabszy, nawet jeśli będą mogli przewalutować kredyt - powiedzmy - po 3 zł za franka, i tak na pozostałym do spłaty kapitale stracą około połowy. Nic dziwnego więc, że mówią otwarcie podczas posiedzeń pracującej nad projektem podkomisji sejmowej, że prezydencka propozycja zupełnie ich nie satysfakcjonuje. Politycy nie zrozumieli jeszcze, że po prostu nie ma tu dobrego rozwiązania. I nie potrafią tego przyznać.

Banki stanowczo sprzeciwiają się zapisom w projekcie mówiącym, że to one powinny zaproponować przewalutowanie kredytu na złote. Dlaczego? Bo kredyt w złotych to dla kredytobiorcy także ryzyko. Od czterech lat mamy najniższe stopy procentowe w historii, ale w okresie 10-15 lat, przez które kredyty będą spłacane, stopy mogą wzrosnąć tak, jak sobie tego nawet nie wyobrażamy. A skoro bank wnioskował o przewalutowanie, to znaczy, że kredytobiorcę znowu "wkręcił".

Czy zamienić kredyt we frankach na złote to dobry interes? Teoretycznie zamiast dwóch ryzyk - kursu walutowego i stopy procentowej na franka - kredytobiorca bierze na siebie tylko jedno - stopy procentowej na złotego. Ale nie znaczy to wcale, że jedno ryzyko stopy procentowej przy kredycie w złotych jest mniejsze niż tamte dwa. Jakie ono jest? Nikt tego nie wie. A politycy bawią się na cudze konto.

Jacek Ramotowski

Pobierz darmowy program do rozliczeń PIT 2018

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »