Reklama

Jak trzynasta emerytura rujnuje świadomość emerytalną Polaków

Wypłata trzynastej emerytury jest nie tylko kosztownym zabiegiem, aby zdobyć poparcie polityczne wyborców, ale także podważa wszelkie ostrzeżenia, że czekają nas bieda-emerytury i trzeba dodatkowo budować oszczędności, np. w PPK.

Gra toczy się o wysoką stawkę, bowiem dotyczy blisko 10 milionów osób, których głos wyborczy się liczy. Choć oficjalnie trzynasta emerytura jest uzasadniana dbałością o polskie rodziny i seniorów w ramach solidarności międzypokoleniowej, to patrząc po kalendarzu wyborczym widać wyraźnie, że pomysł jest motywowany politycznie. Pierwsze świadczenie zostało wypłacone w 2019 r. w środku blisko dwuletniego cyklu wyborczego, a w tym roku ma trafić do uprawnionych w kwietniu. Oczywiście zupełnie przypadkowo tuż przed pierwszą turą wyborów prezydenckich zaplanowanych na 10 maja. I nic nie zmienia, że ma być to coroczne świadczenie, a na przyszły rok nie planuje się wyborów. Co więcej, bardzo łatwo przedstawić to w kategoriach sukcesu obozu rządzącego nad opozycją, skoro opozycyjny Senat próbował storpedować trzynastą emeryturę. Łatwo w tej sytuacji triumfalnie powiedzieć: "Chcieli wam zabrać, ale im się nie udało".

Reklama

Jednak warto odłożyć wielką politykę na bok i skupić się na finansowych skutkach wypłaty ekstraemerytury. W tym roku uprawnieni otrzymają po 1200 zł brutto, co dla kasy państwa stanowi wydatek blisko 12 mld zł. To kwota do udźwignięcia przez rząd, bo gospodarka - pomimo spowolnienia - rozwija się w tempie ok. 4 proc. rocznie, a dzięki księgowym zabiegom zostanie wypłacona z Funduszu Solidarnościowego zasilonego pożyczką z Funduszu Rezerwy Demograficznej, więc teoretycznie nie naruszy to tzw. reguły wydatkowej i dyscypliny finansów publicznych. Znalezienie tak dużej kwoty dla osiągnięcia celów politycznych wyraźnie wskazuje, na jakich grupach społecznych zależy obozowi rządzącemu. Bo gdyby chciał zjednać sobie np. indywidualnych inwestorów giełdowych, to zniesienie "podatku Belki" kosztowałoby z grubsza jedynie 3 mld zł, a więc czterokrotnie mniej. Tyle, że z inwestorami giełdowymi nikt politycznie w Polsce na poważnie się nie liczy - tak samo było za rządów PO-PSL.

Jednak najgroźniejszym wymiarem ekonomicznym i społecznym wypłaty trzynastej emerytury jest zrujnowanie mozolnie budowanego od lat przekazu, który mówi, że m.in. z powodów demograficznych system emerytalny w Polsce będzie w coraz większej zapaści. I że trzeba samodzielnie odkładać na jesień życia w IKE lub IKZE, albo wchodzić do takich programów jak PPE, a od połowy zeszłego roku - PPK. Właśnie ten ostatni program jest największym przegranym pomysłu trzynastej emerytury. Skoro równolegle rząd zachęca do budowania dodatkowych oszczędności, ostrzegając przed skutkami bieda-emerytur, to z drugiej strony wypłata lekką ręką trzynastej emerytury w powszechnym przekonaniu świadczy przecież o czymś zupełnie odwrotnym: skoro są grube miliardy na ekstraświadczenia, to sytuacja systemu emerytalnego jest znakomita, a ZUS wcale nie wydaje na bieżąco wszystkiego, co do niego wpływa. Na spotkaniach rodzinnych pracujące pokolenie słyszy od swoich rodziców, którzy przeszli już na emeryturę, że straszenie bieda-emeryturami to "strachy na lachy", bo jak byłoby inaczej, to przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wypłacałby ekstraemerytury. I taka narracja jest prawdopodobnie właśnie jednym z powodów niskiego udziału w PPK. Po pierwszej fazie, w której uczestniczyły największe firmy, tzw. stopa przystąpienia wynosi jedynie 39 proc., podczas gdy rządowi planiści zakładali docelowo 75 proc., zaś opinie rynkowe mówiły z grubsza o 50 proc.

W rezultacie wypłaty trzynastej emerytury ostrzeganie publiczne, nawet przez prezes ZUS, że dramatycznie spadać będzie tzw. stopa zastąpienia (relacja pierwszego świadczenia do ostatniej pensji) i grożą nam bardzo niskie emerytury, jest jak rzucanie grochem o ścianę. Tymczasem dwie dekady temu zmieniliśmy rewolucyjnie system emerytalny z tzw. zdefiniowanego świadczenia na zdefiniowaną składkę, co - w uproszczeniu - sprowadza się do tego, że tyle otrzymamy emerytury, ile odprowadzimy składek. Obecnie stopa zastąpienia nie wygląda jeszcze źle, bo wynosi ok. 55 proc., co dodatkowo - obok wypłaty trzynastej emerytury - usypia emerytalną czujność Polaków. Tymczasem w 2040 roku spadnie do 40 proc., a w 2060 roku - nawet poniżej 30 proc. I nie są to wyliczenia opozycyjnych analityków, tylko szefostwa ZUS. Jednak Polacy się tym mało przejmują, wychodząc z założenia: "jakoś to będzie". A że "jakoś to jest" świadczy przecież fakt, że jakimś cudem co roku znajdują się grube miliardy złotych na wypłatę trzynastej emerytury, a w przyszłości być może i nawet czternastej. Co roku miliony Polaków otrzymują z ZUS list, w którym wyliczana jest ich hipotetyczna, niska emerytura. I miliony wkładają go do szuflady. Bo kto przejmowałby się tym, co będzie za 20 albo 30 lat. Skoro teraz jest tak dobrze.

Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj

Dowiedz się więcej na temat: trzynasta emerytura

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama