Reklama

Franki, czyli kiedy (niektórzy) Polacy dorosną

"Za szkody spowodowane przez dzieci odpowiadają rodzice" - takie napisy na ścianach podwórek pamiętam z dzieciństwa, podobne spotykam do dziś. Pewnie większość z nas co do zasady zgadza się z tym stwierdzeniem, a dorosłość utożsamia z braniem odpowiedzialności za skutki własnych decyzji. Ale jest spora grupa - całkiem dorosłych - Polaków, którzy chcą by za to co zrobili odpowiadali... inni. Sąd Najwyższy odłożył do 13 maja rozstrzygnięcie w sprawie kredytów frankowych. Wbrew pozorom znaczenie tego werdyktu nie polega tylko na jego skutkach dla sektora bankowego - w istocie powie on nam na ile poważnie traktujemy samych siebie.

Reklama

BIZNES INTERIA na Facebooku i jesteś na bieżąco z najnowszymi wydarzeniami

Reklama

W Polsce mamy dziś nieco ponad 400 tysięcy kredytów "frankowych". Raty większości z nich są regularnie spłacane - kredyty hipoteczne z zasady zresztą należą do najlepiej obsługiwanych. Kłopoty ma kilka procent "frankowiczów", czyli kilkadziesiąt tysięcy rodzin. Oczywiście z ich osobistego punktu widzenia sprawa jest gardłowa, jednak zrobienie z kredytów we frankach sprawy narodowej i fundamentalnego problemu dla finansów publicznych to prawdziwy PR-owski majstersztyk. Czapki z głów!

Żeby było zupełnie jasne - jeżeli w umowie o kredyt hipoteczny bank wpisał klauzule niedozwolone to sprawa jest bezdyskusyjna i klient ma prawo do jej poprawienia na swoją korzyść lub nawet jej zerwania. Mam jednak już dosyć słuchania dorosłych ludzi, którzy twierdzą że nie wiedzieli co podpisują. Wiem co mówię - sam przechodziłem tę procedurę. Słynny amerykański inwestor Warren Buffet powiedział kiedyś, że nie stracił majątku podczas kryzysu finansowego, bo w ogóle nie zajmował się "toksycznymi obligacjami". Pamiętam dobrze jego słowa: "Z zasady nie inwestuję w to czego nie rozumiem". - Co, ja nie rozumiem?! Dajcie mi tu zaraz długopis! - krzyknął pewnie niejeden z polskich kredytobiorców.

Słyszymy do znudzenia, że kredyt należy zaciągać w tej samej walucie w której się zarabia, ale powodem kłopotów nie jest przecież tak naprawdę waluta, a to na jaki kredyt nas stać - i czy w ogóle. Jeśli klient usłyszał, że nie ma  tzw. "zdolności kredytowej" by pożyczyć od banku złote - to już wtedy powinna była mu się zapalić lampka ostrzegawcza. Była to przecież uczciwa informacja o jego sytuacji, a nie rzucanie przez bank kłód po nogi. Podobnie szlaban na przejeździe kolejowym nie jest złośliwym utrudnianiem nam jazdy, a ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem. Gdy lekarz mówi nam: "to panu może zaszkodzić" - zwykle słuchamy zalecenia, a nie szukamy do skutku innego medyka, by w końcu powiedział nam to co chcemy usłyszeć. Ale z kredytami niektórzy postąpili inaczej - nie dostali w złotych, to znaleźli we frankach. I działało - do czasu.

Nie wiem co postanowi Sąd Najwyższy, ale banki już tworzą rezerwy na ugody frankowe - PKO BP przeznaczył na to 6,7 mld złotych. Rzecz jasna banki nie zapłacą tego z własnej kieszeni - cierpliwie odbiorą grosz po groszu od innych swych  klientów. Wszyscy zapłacimy za przewalutowanie kredytów frankowych, także ci, którzy omijali je szerokim łukiem. Tylko proszę nie mówić mi, że na tym właśnie polega odpowiedzialność dorosłych ludzi za skutki ich własnych decyzji.

Darmowy program - rozlicz PIT 2020

Wojciech Szeląg

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »