Reklama

Oszukany konsument nie może być bierny

Rozmowa z Kamilem Pluskwą-Dąbrowskim, prezesem Rady Krajowej Federacji Konsumentów.

Co ma zrobić klient, który podpisze umowę z nowym dostawcą energii elektrycznej i dopiero po jakimś czasie orientuje się, co zrobił, żałuje podjętej decyzji i chce zrezygnować z zawartej już umowy?

- Jeśli już ktoś pochopnie zawarł umowę i post factum zorientował się, że postąpił nierozsądnie, to może - o ile dokumenty podpisywał np. u siebie w domu i od tego momentu nie minęło jeszcze 14 dni - odstąpić od umowy. Takie prawo wynika z przepisów Ustawy z dnia 30 maja 2014 roku o prawach konsumenta. Jej przepisy zaczęły obowiązywać prawie półtora roku temu, w grudniu 2014 roku.

Reklama

Owe 14 dni ma zastosowanie w przypadku umów zawieranych na odległość (np. przez telefon lub internet) lub poza lokalem przedsiębiorstwa. Żeby jednak takie odstąpienie od umowy było skuteczne, trzeba je udokumentować, czyli najlepiej złożyć na piśmie.

Bywa jednak, że ów odbiorca orientuje się, że jest klientem innej firmy niż dotychczas dopiero, gdy otrzyma pierwszy rachunek, czyli po upływie tych 14 dni. Co wtedy?

- Żeby faktycznie doszło do zmiany sprzedawcy spółka dystrybucyjna, czyli, ta która zarządza infrastrukturą (kablami, licznikiem itd.) musi wprowadzić taką zmianę w swoich systemach. Chodzi o to, żeby dane pomiarowe przekazywała nie dotychczasowemu sprzedawcy prądu, ale już nowemu. I klient zazwyczaj otrzymuje od spółki dystrybucyjnej informacje o tym, że do takiej zmiany doszło. Sytuacje, w której konsument dowiaduje się o zmianie dopiero dzięki rachunkowi nie należą więc do częstych.

Nie zmienia to faktu, że zanim odbiorca podejmie jakiekolwiek działania w sprawie nowej umowy ustawowe 14 dni może już minąć. Co ma robić?

- Jeśli konsument nie otrzymał informacji o możliwości odstąpienia od umowy, co może się zdarzyć i zdarza się, zgodnie z tą samą Ustawą o prawach konsumenta, termin odstąpienia od umowy wydłuża się i to znacznie, bo aż o 12 miesięcy.

Pewnie pojawia się jednak problem z tym, żeby udowodnić, że takiej informacji się nie otrzymało.

- Tak, to może być problem. Sprytni akwizytorzy podsuwają bowiem często klientowi kilka dokumentów, w tym także taki, w którym jest zawarta informacji o możliwości odstąpienia od umowy. Zdarza się też, że nie zostawia odbiorcy kompletu dokumentów. W takiej sytuacji pojawia się problem dowodowy i pozostaje nam powołanie się na błąd.

Co to oznacza?

- Powołanie się na błąd to instytucja wynikająca z kodeksy cywilnego. Stosuje się do sytuacji, gdy jedna ze stron umowy zostaje wprowadzona w błąd przez inną. Można wtedy złożyć u naszego niedoszłego usługodawcy oświadczenie o uchyleniu się od skutków wcześniejszego oświadczenia woli, czyli podpisanej umowy. Wtedy taka umowa jest uważana za niezawartą.

- Niestety ciężar ewentualnego udowodnienia, że ów błąd został wywołany przez zachowanie lub zaniechanie drugiej strony spoczywa wtedy na nas. Nie jest to więc prosta droga. W przypadkach, kiedy klientowi nie zostawiono egzemplarza umowy lub np. ubiór sprzedawcy był łudząco podobny do uniformu inkasenta, który dotychczas przychodził sprawdzać liczniki, można próbować tej drogi. Szczególnie, że - jak wynika z naszego doświadczenie - sądy przyznają rację konsumentom.

To dotyczy jednak już postępowania przed sądem.

- Tak, ale to nie konsument występuje do sądu. Procedura wygląda bowiem tak, że oświadczenie o uchyleniu się od skutków oświadczenia woli trafia do firmy sprzedającej energię elektryczną i sam ten fakt pozwala odbiorcy czuć się niezwiązanym umową. Zazwyczaj to firma uznaje wtedy, że klient zerwał w sposób nieuzasadniony umowę i idzie o sądu z roszczeniem o zapłatę kary umownej. A wysokość takiej kary może nawet znacznie przewyższać 1 tys. zł, więc jest już o co walczyć.

- Jeśli mamy sytuacje ewidentne, w których przychodzi akwizytor i przedstawia się, jako inkasent, przedstawiciel handlowy dotychczasowego dostawcy prądu lub nawet Urzędu Regulacji Energetyki - a zdarzają się takie przypadki - należy czym prędzej zawiadomić o tym fakcie policję lub prokuraturę. Chodzi bowiem o złamanie prawa. Jak wynika z naszego doświadczenia zazwyczaj jest tak, że grupy akwizytorów wybierają sobie jakiś obszar i przez kilka dni odwiedzają wszystkie gospodarstwa domowe na tym terenie. Jeśli taka osoba odwiedzi nas jednego dnia, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że kolejnego będzie ją można znaleźć gdzieś po sąsiedzku.

Czy takie sprawy faktycznie trafiają potem na wokandę?

- Tak, choć dotychczas nie żadna sprawa karna w tego typu przypadku nie zakończyła się jeszcze wydaniem wyroku. Mam jednak nadzieję, że za jakiś czas doczekamy się i takich wyroków.

Czego w takim razie klient nie powinien robić?

- Najgorsza byłaby sytuacja, w której konsument, choć wie, że podpisał umowę, jakiej podpisać nie chciał i nawet czuje się oszukany, nie robić nic, czekać z założonymi rękami. Nie może nie regulować rachunków, nie odbierać korespondencji, szczególnie z sądu, i stosować taktyki "na przeczekanie". Nie tędy droga. Zawsze przestrzegam przed tym, bo dwukrotne awizowanie i nieodebranie listu poleconego z sądu uważane jest za doręczenie korespondencji. W efekcie może się więc okazać, że do naszych drzwi niestety zapuka komornik.

Rozmawiał M.B.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »