Reklama

Stanowisko prezesa NBP ws. frankowiczów. Kluczowa jest stabilność systemu

Instytucje odpowiedzialne za stabilność polskiego systemu finansowego - Komisja Nadzoru Finansowego i Narodowy Bank Polski - wbiły nóż w plecy roszczeniom frankowiczów udzielając odpowiedzi na pytania Izby Cywilnej Sądu Najwyższego. Za niesprawiedliwe lub nieuzasadnione ekonomicznie oceniły rozwiązania sporu zagrażające stabilności banków.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Zanim jednak do odpowiedzi na pytania sędziów doszło, zarówno NBP jak KNF stwierdziły rzecz kluczowo ważną dla zrozumienia sprawy kredytów we frankach. Stwierdziły one, że to nie zapisy w umowach, uznane za niedozwolone, a mówiące o przeliczeniu kursu złotego na franka i odwrotnie, są powodem całego zamieszania, a przy tym problemów licznych frankowiczów. To nie banki - wprowadzając takie zapisy do umów - doprowadziły strat kredytobiorców.

Reklama

Bo efekty tych niedozwolonych zapisów w sumie nie miały zasadniczego wpływu na obciążenia frankowiczów z tytułu spłat kredytów. A w dodatku sprawę da się stosunkowo łatwo wyprostować zastępując te klauzule kursem średnim NBP. Oczywiście - banki stosując swoje tabele kursowe i spready - zarabiały dodatkowo na kredytach we frankach, a kredytobiorcy ponosili dodatkowe koszty. Ale to wcale nie przesądziło o ekonomicznych stratach.

Według opublikowanego w czerwcu "Raportu o stabilności systemu finansowego" do końca zeszłego roku frankowicze złożyli ok. 40 tys. pozwów obejmujących kredyty o wartości ponad 13,6 mld zł. Wskutek fali sporów banki utworzyły 12,6 mld zł rezerw, czyli prawie tyle, ile wynosił roczny zysk całego polskiego sektora w "normalnych" przedpandemicznych latach. Co w takim razie pogrążyło frankowiczów, że na tak wielką skalę sądzą się teraz z bankami?

SN pyta, NBP odpowiada

Coś, na co polskie banki nie miały żadnego wpływu. Po prostu - kurs franka szwajcarskiego, którego wartość wzrosła niebotycznie po wielkim globalnym kryzysie finansowym. W przypadku niektórych umów frank kosztował (i kosztuje) nawet ponad dwa razy tyle, co w czasie, kiedy umowy te zawierano.

"(...) znaczny wzrost wartości kredytu nastąpiłby niezależnie od sposobu ustalania kursu walutowego w tzw. klauzuli przeliczeniowej" - napisał NBP.

Dodajmy, że Izba Cywilna SN zapytała NBP, czy skoro postanowienia dotyczące przeliczania kursu są abuzywne i należy je z umowy "wykreślić", to możliwe jest przyjęcie jakiegoś innego określania kursu waluty obcej. NBP odpowiada, że tak, a to "stanowiłoby relatywnie najmniejszą ingerencję w pierwotny kształt umowy kredytu. W takiej sytuacji utrzymane zostaje powiązanie kredytu z walutą obcą".

Jak zatem określić kurs franka do złotego? Można by wykorzystać np. kurs średni NBP. Banki musiałyby rozpoznać wtedy straty na kredytach związane z różnicą pomiędzy tym, jakie spłaty rat wynikają z ich tabel kursowych, a kursem średnim. To pożarłoby 35 proc. ich wyniku finansowego brutto, ale zaledwie 3 proc. funduszy własnych. Według wyliczeń KNF, banki straciłyby na tej operacji 8,8 mld zł. Takie pieniądze dostaliby frankowicze do kieszeni.

"(...) takie rozstrzygnięcie wydaje się uzasadnione i proporcjonalne" - napisał NBP w odpowiedzi na pierwsze zagadnienie prawne, w sprawie którego o opinię do banku centralnego zwróciła się Izba Cywilna SN.

Ale frankowicze chcą znacznie więcej. Obie instytucje - KNF i NBP - zgadzają się, że gdyby ich najdalej idące roszczenia spełnić w pełni - "spowodowałoby sytuację kryzysowa o konsekwencjach trudnych do przewidzenia". Gdyby sądy orzekły nieważność umów (z powodu klauzul abuzywnych) i równocześnie przedawnienie roszczeń (z tytułu korzystania z kapitału) banków, KNF oszacowała koszty instytucji na 234 mld zł.

W "Raporcie o stabilności systemu finansowego" NBP wyliczył, że banki odpowiadające za 35 proc. aktywów polskiego sektora miałaby w takiej sytuacji niedobory kapitału w wysokości 110 mld zł. Co by się wtedy stało? "Realizacja takiego scenariusza oznaczałby poważne zagrożenie dla stabilności całego systemu bankowego i gospodarki".

Wysoki koszt przedawnienia roszczeń

Taka jest waga rozstrzygnięcia piątego zagadnienia prawnego, w sprawie którego Izba Cywilna SN zwróciła się o opinię do NBP. Dotyczy ono tego, od kiedy biegnie przedawnienie roszczeń. Gdyby przedawnienie liczyć - jak chcą frankowicze - od zawarcia umowy o kredyt, wtedy okazałoby się, że nie powinni bankom w ogóle zwracać pożyczonych pieniędzy. A banki muszą jeszcze zwrócić im to, co zapłacili w ratach.

"(...) takie rozwiązanie, zamiast przywrócenia równości stron, stanowiłoby transfer znacznych zasobów (odpowiadających około 9 proc. PKB za 2020 rok) do stosunkowo wąskiej grupy osób" - napisał NBP.

Wróćmy jednak do drugiego i trzeciego z zagadnień prawnych, w sprawie których Izba Cywilna SN zwróciła się m.in. do instytucji odpowiedzialnych za stabilność polskiego systemu finansowego. Dotyczą one tego, czy jeśli niemożliwe jest ustalenie wiążącego obie strony sposobu przeliczania kursu, umowa dalej może wiązać obie strony. NBP uważa, iż w praktyce oznacza to, że należałoby potraktować wówczas kredyt jako udzielony z złotych (skoro z umowy "wykreślona zostanie metoda pozwalająca przeliczać złote na franki), ale oprocentowaniem kredytu pozostałaby stopa LIBOR. Byłby to tzw. złoty na LIBOR-ze.

NBP uważa, że takie rozwiązanie w nieuzasadniony sposób uprzywilejowałoby frankowiczów, bo przecież stopa LIBOR dla franka była (i jest) znacznie niższa niż WIBOR, a na tę stopę zaciągane są kredyty w złotych. Ale to nie koniec wad takiego rozwiązania. Bo gospodarka nie zna po prostu konstrukcji takich umów, żeby stosować stopę dla jednej waluty do określenia kosztów kredytu w innej walucie.

"(...) konstrukcja kredytu, którego oprocentowanie jest określone stopą właściwą dla waluty innej niż waluta określająca główną należność nie jest znana w praktyce obrotu gospodarczego i jest pozbawiona sensu ekonomicznego (...) stopa procentowa powinna odzwierciedlać cenę pieniądza obowiązującą dla danej waluty" - napisał NBP.

Przypomnijmy, że KNF wyliczyła, iż "złoty na LIBOR-ze" stanowiłby dla banków koszt w wysokości 78,5 mld zł. Według "Raportu o stabilności systemu finansowego" rozwiązanie takie pożarłoby 37 proc. kapitałów polskich instytucji kredytowych.

Czwarte zagadnienie prawne, co do którego o opinię zwróciła się Izba Cywilna SN, dotyczy tego czy we wzajemnych rozliczeniach klienta z bankiem po ewentualnym unieważnieniu umowy powinna obowiązywać zasada salda, czy też dwóch kondykcji. NBP uważa, że z punktu widzenia ekonomicznego nie ma znaczenia, który sposób określania roszczeń sądy uznają za właściwy.

Ostatnie z zagadnień prawnych dotyczy tego, czy banki mogą żądać - w przypadku unieważnienia umowy - wynagrodzenia z tytułu tego, że frankowicz korzystał z pożyczonych mu pieniędzy. NBP nie ma tu najmniejszych wątpliwości. Pisze: "z ekonomicznego punktu widzenia posiadaczowi środków finansowych zazwyczaj przysługuje wynagrodzenie za udostępnienie tych środków innym podmiotom na określony czas".

Ważny argument ekonomiczny

Ponadto bank centralny sugeruje, że właściwe byłoby określenie wysokości takiego wynagrodzenia jak w przypadku oprocentowania złotowych kredytów mieszkaniowych. Przypomnijmy, że KNF wyliczyła, iż w przypadku zwrotu kapitału przez frankowiczów oprocentowanego na poziomie WIBOR plus marża i tak kosztowałoby banki 56,4 mld zł.

NBP zwraca uwagę, iż ryzyko prawne związane z kredytami we frankach "stało się w ostatnim okresie głównym zagrożeniem dla krajowego systemu finansowego". Uważa też, że rozstrzygnięcie przez Izbę Cywilną SN zagadnień prawnych stwarza szanse na ujednolicenie linii orzeczniczej sądów, a tym samym zmniejszenie poziomu niepewności. Rozstrzygnięcie tych zagadnień powinno jednak - zdaniem banku centralnego - uwzględniać wpływ na sytuację kredytobiorców walutowych w porównaniu do tych, którzy zaciągnęli kredyty w złotych.

NBP uważa, że z punktu widzenia czysto ekonomicznego najlepszym rozwiązaniem byłoby zastąpienie abuzywnych klauzul przeliczeniowych dla kursów walutowych "innym kursem określanym w sposób wynikający z przepisów prawa lub zwyczajów". Wtedy kredyty we frankach pozostałyby kredytami we frankach.

KNF natomiast w odpowiedzi dla Izby Cywilnej SN ogłoszonej wcześniej w zeszłym tygodniu podtrzymała swoje stanowisko, że ugody byłyby najlepszym rozwiązaniem. Jej propozycja przewiduje, by w ugodach potraktować kredyty we frankach jako od początku udzielone w złotych i oprocentowane na stopę dla złotego, czyli WIBOR plus marża. Koszty ugód dla banków - według szacunków Komisji - wyniosłyby 34,5 mld zł.

Stanowiska obu instytucji wyraźnie odcinają paliwo, które napędzało dotąd machinę sporu frankowiczów z bankami. Dostarczają Sądowi Najwyższemu bardzo ważnych ekonomicznych i społecznych argumentów, dotąd wielokrotnie ignorowanych przez orzekające w tych sporach sądy niższych instancji.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »