Reklama

WIBOR: Kto zaprowadził ludzi do jaskini hazardu?

Około 2,5 mln Polaków wybrało się do kasyna i teraz jest płacz. Bo źli krupierzy wyciągają od nich co miesiąc coraz więcej pieniędzy. Jest jednak pomysł, jak pokazać im drogę wyjścia z jaskini hazardu - "zamrozić" stopę WIBOR. Czy to dobry pomysł? Czy pokazuje faktycznie drogę wyjścia, czy tylko daje jej iluzję?

W pułapkę hazardu wpadliśmy, zaciągając kredyty na zmienną stopę WIBOR. No, zgoda, nie wszyscy, ale 98 proc. kredytobiorców i większość z tych, którzy mają hipoteki. Każdy, kto podpisał umowę o kredyt, musi o tym pamiętać - rata kredytu będzie tak wysoka, jak stopa WIBOR (zmienna) plus marża banku (niezmienna). Dlaczego godząc się na taka umowę, zgodziliśmy się faktycznie na hazardową grę? Bo sam fakt, że stopa jest zmienna, oznacza, iż może bardzo mocno wzrosnąć. A wtedy rata bardzo boli - tak jak teraz - lub jak jeszcze bardziej zaboli w przyszłości.

Reklama

Tu trzeba dodać - dla sprawiedliwości - banki ostrzegały przed takim scenariuszem. Razem z umową każdy dostał na papierze symulację, jaka będzie jego rata kredytu, gdy stopa WIBOR wzrośnie nawet kilka razy. Ale kto by tam patrzył na czarne scenariusze, gdy przed oczami ma już klucze do upragnionego mieszkania.

Dlaczego o takiej umowie jak kredyt - a przecież kredyty biorą ludzie jak świat długi i szeroki - mówimy, że to zaproszenie do jaskimi hazardu? Właśnie z powodu zmiennej stopy. I nie chodzi tu o kredyt na stół, kilka krzeseł, kanapę lub meblościankę, kiedy pożyczamy 20 tys. zł na dwa lata. Chodzi o kredyt na ponad 300 tys. zł na 25 lat, czyli taki, na jaki przeciętnie zadłużają się Polacy, chcąc kupić mieszkanie. Jeśli pożycza się taką kwotę, na taki termin i na zmienną stopę, można mieć pewność, że to hazard. Przyjdzie czas, gdy rata będzie bardzo boleć.

Rozumiejąc ten ból, Marcin Wroński z Kolegium Gospodarki Światowej SGH zaproponował niedawno na łamach oko.press zamrożenie stawki WIBOR, a wiec stopy, od której zależą raty kredytów, na poziomie z grudnia 2019 roku. Tylko dla tych, którzy na kredyt kupili mieszkanie, żeby mieć gdzie mieszkać, a nie np. kupili je na wynajem. Nie dla tych, którzy mieszkanie dopiero chcą kupić. Oni zapłacą "niezamrożoną" WIBOR plus marża.

Propozycja przewiduje, że "zamrożona" WIBOR 3M (trzymiesięczna, na niej oparte jest oprocentowanie większości kredytów) wyniosłaby 1,7-1,71 proc., a WIBOR 6M - 1,79 proc. W pierwszym przypadku byłoby to o 152-153 punkty bazowe mniej niż 9 lutego tego roku, a w drugim - mniej o 179 pb. Przeciętny kredytobiorca na jednej racie już w tej chwili zaoszczędziłby ok. 300 zł, nie mówiąc o tym, że czekają go niebawem kolejne trzy stówki w plecy.

Propozycja mówi o "czasowym" zamrożeniu WIBOR "na okres kilku miesięcy, do końca 2022 roku, a może nawet dłużej". Gdyby jednak miała być wprowadzona, termin musiałby zostać ściśle określony. Dlatego, że faktycznie oznaczałaby przejście ze zmiennej stopy na stałą - na pewien okres. Banki musiałyby na ten czas zabezpieczyć swoje pozycje bilansowe i musiałyby wiedzieć, na jaki czas to robią.

Czy banki przełkną "zamrożenie" WIBOR?

Czy propozycja "zamrożenia" WIBOR byłaby do przełknięcia dla banków? "Zamrożenie" stopy zdmuchnęłoby jak mydlaną bańkę ich prognozowane zyski wynikające ze wzrostu stóp. Marcin Wroński zwraca uwagę - zgodnie z prawdą - że dzięki wzrostowi stóp, a wraz z nimi WIBOR, banki będą miały znacznie wyższe zyski. Kosztem kredytobiorców. Gdyby WIBOR "zamrozić" - zyski te przejdą im koło nosa. A i tak "zamrożona" WIBOR byłaby o punkt wyższa od aktualnego przeciętnego oprocentowania depozytów. Plus oczywiście jeszcze - marża.

W tej sytuacji można sobie wyobrazić, że banki będą bronić się przed "zamrożeniem" WIBOR. Niekoniecznie. Bo na jednej szali są ich zyski, a na drugiej ryzyko kredytowe związane ze wzrostem stóp. Ich wzrost oznacza, że coraz większej części kredytobiorców nie będzie stać na spłatę rosnących rat. 

Wprawdzie mówi się, że wzrost WIBOR do ok. 4 proc. jest z punktu widzenia ryzyka kredytowego bezpieczny, ale na razie mówi się tak "na oko", bo nie jest to poparte żadnymi rzetelnymi wyliczeniami i symulacjami. W tym kontekście wydaje się co najmniej pilne, żeby dokonała ich Komisja Nadzoru Finansowego.

Na tej samej szali co ryzyko kredytowe leżą jeszcze dwa inne ciężary. Są nimi ryzyko wizerunkowe oraz prawne. Ryzyko wizerunkowe pójdzie w ślad za spełnieniem się kredytowego. Jeśli ludzi nie będzie stać na spłacanie hipotek, banki zaczną sprzedawać ich kredyty windykatorom. Paskudna sytuacja, kiedy ci z kolei zaczną wyrzucać zadłużonych z kupionych na kredyt mieszkań. Banki powinny starać się tego ryzyka uniknąć. Do trzeciego ciężarka - ryzyka prawnego - jeszcze wrócimy.

Propozycja Marcina Wrońskiego zakłada lajtowy, choć obecnie najszerzej uznawany scenariusz, że inflacja w Polsce wzrośnie co najwyżej do niższych kilkunastu procent, a stopy banku centralnego wzrosną do 4-4,5 proc. i pomogą sprowadzić inflację w okolice celu mniej więcej za trzy lata. Choć większość analityków bankowych skłonna jest taki scenariusz aprobować, może okazać się on złudny. Bo inflacja może być znacznie wyższa i znacznie bardziej "uporczywa". Wtedy stopy będą musiały iść o wiele mocniej w górę, niż sobie to teraz wyobrażamy.

Gdyby tak się stało, "zamrozimy" WIBOR na rok, a po roku okaże się, że zadłużeni w hipotekach muszą płacić ratę wyższą nie o 500, ale o 1000 zł albo jeszcze więcej. Co wtedy? Będziemy znowu ją "mrozić"? Na tym samym, czy już na wyższym poziomie? Kredytobiorcy na "zamrożonym" WIBOR-ze będą oczywiście i tak do przodu, ale co będzie z deponentami?

Druga strona bilansu

W ten sposób spacerkiem przechodzimy na drugą stronę bilansu. Pomimo szalejącej inflacji i podążającego za nią wzrostu stóp procentowych, w tym WIBOR, oprocentowanie depozytów zostaje daleko w tyle. Według statystyk NBP, średnie oprocentowanie nowych depozytów w grudniu ubiegłego roku wynosiło 0,8 proc. To znaczy, że przy prognozach średniorocznej inflacji na przyszły rok w okolicach 9 proc., pieniądze deponentów stracą w tym roku na wartości ponad 8 proc. Jeśli tak będzie przez trzy lata, każdy złoty zamieni się w mniej niż 80 groszy.

Obliczany przez Instytut Rynku Pieniężnego Wskaźnik Kosztów Finansowania, licencjonowany przez Komisję Nadzoru Finansowego, oparty jest na rzeczywistym oprocentowaniu depozytów w kilkudziesięciu bankach spółdzielczych. 

Pokazuje, że 10 lutego przeciętny depozyt na trzy miesiące był oprocentowany na 0,49 proc. To rzeczywisty koszt finansowania, choć tylko niektórych banków. Gdyby do tego doliczyć marżę, rata bolałaby znacznie mniej. Jej wysokość od pierwszej podwyżki stóp przez RPP wzrosłaby o niespełna 40 punktów bazowych. A nie o blisko 300, jak w przypadku WIBOR.

Dlaczego banki mogą sobie pozwolić, by windować w górę cenę kredytu, a marginalnie płacić za depozyty? Bo mają nadpłynność szacowaną na listopad zeszłego roku na 280 mld zł. Po prostu nie potrzebują naszych pieniędzy. Skąd wzięła się nadpłynność? Ludzie w okresie lockdownów mniej wydawali i zaoszczędzili. Ale lwia część nadpłynności powstała w wyniku rządowej pomocy dla przedsiębiorstw po wybuchu pandemii, dzięki temu, że NBP kupował od banków rządowe obligacje.

Nadpłynność to taka femme fatale. Potrafi być szalenie zmienna i łatwo się rozpływa. W jakich okolicznościach? Lepiej nie wspominać, by nie wywołać wilka z lasu. Niemniej gdyby nadpłynność zaczęła znikać, banki musiałyby ponownie przystąpić do walki o depozyty. Musiałyby dawać oprocentowanie znacznie powyżej inflacji, a wraz z tym jeszcze bardziej podniosłyby cenę kredytu. Mogłoby się wtedy okazać, że "zamrożona" WIBOR jest poniżej kosztu, jaki banki płacą za depozyt. To oznaczałoby nie utratę zysków, lecz rzeczywiste straty.

Gra z jednorękim bandytą

Przy "zamrażaniu" WIBOR taki obrót sprawy też trzeba brać pod uwagę. Nie idźmy za daleko i nie mówmy od razu o kilkunastoprocentowej inflacji, ale o znacznie niższej. Co będzie, kiedy nadpłynność wyparuje, banki będą zmuszone, by płacić za depozyt skromne 2-3 proc., a "zamrożona" WIBOR będzie wynosić 1,7-1,8 proc.? Nie można wykluczyć takiego rozwoju zdarzeń, zanim się coś "zamrozi".

CZYTAJ: ADAM GLAPIŃSKI: "JA JAKO JASTRZĄB". NIEZWYKŁA KONFERENCJA PREZESA NBP

Branie kredytu na stopę zmienną WIBOR nazwaliśmy hazardem. Dlaczego? Bo całe ryzyko związane z jej zmiennością ponosi kredytobiorca. Co więcej - nie ma najmniejszej możliwości, żeby je ograniczyć. Ci, którzy brali kredyty we frankach, już wiedzą, jak to jest, kiedy ryzyko się materializuje. Sytuacja jest bardzo podobna, tylko "frankowicze" brali hurtem dwa ryzyka - kursu walutowego i stopy. Dodajmy, że to drugie działało - do tej pory - akurat na ich korzyść.

Pozostańmy na chwilę przy frankowiczach, bo pamiętamy dobrze, jak po wielkim globalnym kryzysie finansowym ujawniło się brane przez nich ryzyko kursowe i okazało się, że poszli do kasyna. Wzrost kursy franka spowodował spektakularny wzrost rat, a to silne ograniczenie konsumpcji przez dużą część klasy średniej. W ten sposób spełnił się fatalny scenariusz polityczny, bo wepchnął ją w ramiona populizmu. Piszemy o tym, bo propozycja Marcina Wrońskiego zwraca uwagę na polityczne korzyści, jakie mogłoby przynieść "zamrożenie" WIBOR. Skierowana jest do ludzi względnie zamożnych, bo takich tylko stać na kredyt hipoteczny, a nie np. do rolników.

Tymczasem w krajach, gdzie zrozumienie ryzyka związanego ze zmiennością stóp jest bardziej dojrzałe, kredyty - zwłaszcza długoterminowe - na zmienną stopę stanowią niszę. Np. w USA można wziąć taki kredyt, ale trzeba mieć wysoką ocenę kredytową (scoring), czyli być zamożnym i mieć wysoki wkład własny, czyli być zamożnym. W dodatku nikt takich kredytów nie udziela na 25 lat, a najwyżej na 5-10.

Już od dawna wielu ekonomistów i bankowców mówiło, że udział kredytów na zmienną stopę może doprowadzić i kredytobiorców, i banki do sytuacji dramatycznych. Nadzór dwa lata temu nakazał bankom oferowanie kredytów na stałą stopę, ale nikt ich nie bierze. Dlaczego? Bo rata wychodzi drożej. Dlaczego drożej? Bo bank musi zabezpieczyć swoje ryzyko stopy procentowej i za to płaci. A ostatecznie za zahedżowanie stałej stopy płaci kredytobiorca.

Nadzór - a myślimy tu o Komitecie Stabilności Finansowej - mógł zrobić znacznie więcej, by kredyty na stałą stopę opłacały się bardziej i bankom, i kredytobiorcom niż ten na stopę zmienną. Po pierwsze, mógł podnieść LtV, czyli wysokość wkładu własnego dla kredytów na stopę zmienną. Po drugie, mógł zażądać od banków, by na stopę zmienną pożyczały tylko ludziom, którym rata zjadałaby niewielki odsetek rozporządzalnych dochodów. Tak właśnie, jak jest w Ameryce.

Ile kosztuje ryzyko

Nadzór mógł też wprowadzić dotkliwości dla banków, żeby zniechęcić je do oferowania kredytów na zmienną stopę. Mógł podnieść wagi ryzyka dla takich należności, podobnie jak w przypadku kredytów we frankach. Mógł wreszcie - jak w przypadku kredytów we frankach - nałożyć na banki dodatkowe bufory kapitałowe liczone od kredytów hipotecznych na stopę zmienną. Nadzór nie zrobił nic.

Powiedzmy od razu - gdyby nadzór to zrobił, zamiast chować głowę w piasek, kredyt mieszkaniowy byłby znacznie droższy i mniej dostępny. Ale ryzyko Kredytobiorców (i banków) byłoby bez porównania mniejsze. Obniżenie ryzyka musi kosztować - innych rozwiązań jeszcze nie wymyślono. Ale za materializację ryzyka też się płaci. Dużo więcej.

Gdyby "zamrożenie" WIBOR - na pewien czas - miało służyć temu, żeby za miliardy niezrealizowanych zysków banków kupić czas, byłoby może rozwiązaniem wartym grzechu. Po co kupować czas? Chodzi o analogiczne do "przewalutowania" kredytów we frankach na złote, "przestopowanie" kredytów ze stopy zmiennej na stałą. To byłby czas na dokonanie trudnej do wyobrażenia operacji, wymagającej wymyślenia i wprowadzenia potężnego instrumentarium prawnego i operacyjnego.

"Zamrożenie" stopy WIBOR nie jest natomiast dobrym rozwiązaniem z innego powodu. I to wcale nie dlatego, że byłoby "nadmierną ingerencją państwa w rynek", jak mówi to część ekonomistów. WIBOR nie odzwierciedla żadnego rynku, bo na hipotetycznym rynku, który ma niby odzwierciedlać, nie ma żadnych transakcji. To trochę tak, jakbyśmy zżymali się, że państwo reguluje cenę towaru, którego i tak nikt nie kupuje.

Biznes INTERIA.PL na Twitterze. Dołącz do nas i czytaj informacje gospodarcze

Tymczasem kredytobiorców do jaskini hazardu zaprowadziła właśnie stopa WIBOR. Ale jej "zamrożenie" z niej ich nie wyprowadzi. Trzeba byłoby zastąpić ją czymś zupełnie innym, co odzwierciedla faktyczną cenę pieniądza w czasie i rzeczywisty koszt, po jakim finansują się banki. WIBOR-u nie trzeba "zamrażać", tylko zlikwidować, podobnie jak nadzór brytyjski zdecydował o jej starszej siostrze LIBOR. Jeżeli nie znajdziemy konsensusu jak to zrobić i tego nie zrobimy - ciągle będzie płacz.

Ludzie znający sektor bankowy od podszewki od dawna przestrzegają - kredytobiorcy na WIBOR-ze pójdą do sądu tak samo jak frankowicze. Tylko czekać. W ten sposób wagi nabierze trzeci ciężarek na szali - ryzyko prawne.

Jaki skarżący się na banki będą mieć argument? Że zupełnie nie rozumieją, co to takiego WIBOR, a więc banki wpędziły ich w maliny. I być może sądy przyznałyby im rację, bo zrozumieć WIBOR tak naprawdę nie sposób. I choć jest, tak naprawdę jej nie ma.

Jacek Ramotowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »