Reklama

Brak symptomów zapowiadających zwrot na rynkach

- Działania banków centralnych nie wystarczą. Kryzys mogą teraz złagodzić jedynie ruchy rządów stymulujące gospodarkę - mówi Interii Wojciech Białek, bardzo doświadczony analityk giełdowy współpracujący obecnie z Domem Maklerskim Banku BPS.

Monika Borkowska, Interia: Koronawirus z impetem uderzył w światowe giełdy, doprowadzając inwestorów do rozpaczy. Indeksy traciły nawet 13 proc. jednego dnia. Czy mieliśmy w przeszłości do czynienia z takimi kryzysami?

Reklama

Wojciech Białek: - Odniosę się tu do najstarszego indeksu w Stanach Zjednoczonych, Dow Jones Industrial. Spadek DJI o 13 proc., z jakim mieliśmy do czynienia ostatnio, zdarzył się wcześniej zaledwie trzy razy. Pierwszy nastąpił w grudniu 1914 roku, tuż po otwarciu giełdy zawieszonej po wybuchu I wojny światowej. Drugi miał miejsce 28 października 1929 roku i był to jeden z pierwszych sygnałów przyszłego kryzysu światowego. Z kolei trzeci, największy jednodniowy spadek, o 22 proc., nastąpił w październiku 1987 roku jako epizod paniki, której przyczyny dotychczas jednoznacznie nie określono.

- Można się jedynie pocieszyć, że w grudniu 1914 r., gdy po pięciomiesięcznym przestoju uruchomiono giełdę, dołek notowań nastąpił 10 dni później, a przez następnych kilkanaście lat indeksy nie były już niższe. Z kolei w przypadku krachu rozpoczynającego wielką depresję lokalny dołek nastąpił po 16 dniach, po czym przez kolejnych pięć miesięcy ceny akcji wzrosły o 50 proc.

Czy i w tym przypadku powinniśmy spodziewać się analogicznego scenariusza?

- Nie można wykluczyć, że za dwa-trzy tygodnie sytuacja zacznie się stabilizować. Ale oczywiście te porównania nie muszą być uzasadnione. Obecny kryzys różni się tym od poprzednich, że problem nie narodził się w świecie finansów, więc i rozwiązanie nie przyjdzie prawdopodobnie ze świata finansów.

Fed obniżył stopy funduszy federalnych do 0-0,25 proc., również inne banki centralne podejmują walkę ze skutkami koronawirusa. Czy to pomoże giełdom?

- Obniżanie stóp wspiera giełdę, ale trzeba pamiętać, że stopy na całym świecie były w ostatnim czasie na niskim poziomie. Obniżka nie będzie więc miała aż tak istotnego znaczenia. Nie dojdzie do zasadniczej zmiany, która poprawiłaby perspektywę finansową firm. Bank centralny może złagodzić ból, obniżając stopy do zera, ale nie zasypie dziury w popycie pojawiającej się, gdy ludzie siedzą zamknięci w domach, a handel, poza sklepami spożywczymi i aptekami, praktycznie nie istnieje. Z kolei dosypywanie pieniędzy na rynek ma na celu uratowanie jedynie banków, które w dłuższym terminie będą zagrożone przez niezdolność coraz większej liczby firm do obsługi długu. Kryzys mogą teraz złagodzić jedynie działania rządów stymulujące gospodarkę.

Czego możemy więc spodziewać się w najbliższej przyszłości?

- Wszystko zależy od tego, jak skuteczni będziemy w walce z koronawirusem. Punktem odniesienia w ocenie epidemii jest moment, w którym liczba chorych zaczyna być mniejsza od sumy tych, którzy zmarli i wyzdrowieli, czyli gdy liczba otwartych przypadków jest mniejsza niż zamkniętych. W Chinach, w prowincji Hubei, nastąpiło to 1 marca. Obecnie zamknięte przypadki stanowią 87 proc., a otwarte 13. Gdyby ekstrapolować trendy z ostatnich tygodni, można przewidzieć, że epidemia skończy się tam w okolicach 21 marca, czyli za parę dni. Natomiast w Korei liczba zamkniętych przypadków powinna przekroczyć liczbę otwartych 1 kwietnia. W Europie nastąpi to oczywiście z odpowiednim opóźnieniem. Ekstrapolacja danych z Lombardii sugeruje, że liczba aktywnych przypadków spadnie tam poniżej liczby przypadków zamkniętych w okolicach 10 kwietnia, a epidemia wygaśnie na początku czerwca; ale wszystkie inne regiony Włoch i Europy są opóźnione względem Lombardii. Otwartym pozostaje pytanie o skuteczność działań rządów europejskich i ich przełożenie na zachowania obywateli. Łatwiej zarządza się społeczeństwem w Chinach niż w tej części świata. Nie można też wykluczyć, że sytuacja wymknie się spod kontroli, że powstaną wtórne ogniska zapalne. Przewidywanie w tej sytuacji jest bardzo trudne.

Co w takim razie czeka giełdy? Możemy wskazać jakieś poziomy wsparcia dla krajowych indeksów, które stanowiłyby zabezpieczenie przed dalszymi spadkami?

- Nasze indeksy dotarły już do ważnych punktów. WIG zbliżył się do dołków z lat 2011-2012, gdy ceny akcji były bardzo niskie ze względu na obawy o rozpad strefy euro. Z kolei indeks największych spółek, WIG 20, dotarł do poziomów dołka wielkiej bessy z 2009 roku wywołanej globalną recesją. Są to teoretycznie ważne poziomy wsparcia. Widać też, że nasza giełda reaguje  w ostatnich dniach pozytywnie na działania ratunkowe NBP i rządu, ceną jest jednak osłabienie złotego.

- Warto przy tej okazji patrzeć na niemiecki indeks DAX 30. On zbliża się do bardzo ważnej linii na poziomie 8.000 pkt. Dopóki jest powyżej, można powiedzieć, że wciąż żyjemy w starych dobrych czasach, w trakcie których zdarzył się niespodziewany wypadek. Gdyby ta bariera 8.000 pkt. padła, znaczyłoby to, że sytuacja jest poważniejsza niż podczas globalnego kryzysu w 2008 roku.

Widzi pan jakiekolwiek sygnały wskazujące na zmianę trendów rynkowych?

- Póki co nie widać symptomów zapowiadających gwałtowny zwrot na rynkach. Czekamy na spowolnienie dynamiki spadków, która zwykle w takich przypadkach poprzedza zmianę trendu. Kiedy to nastąpi - nie wiadomo. Pocieszające jest, że rynek nie stracił jeszcze responsywności na działanie czynników oficjalnych. Widać to po skokach cen akcji w odpowiedzi na obniżki stóp. Natomiast jedno jest pewne - bardzo rzadko się zdarza, by bezpośrednio po takim tąpnięciu ceny akcji zaczęły szybko wracać do poprzedniego stanu. Zwykle powrót zajmuje wiele tygodni, towarzyszą temu procesowi okresy niepewności, dochodzi do testowania dołków.

Dodatkowym ryzykiem jest słabość naszej giełdy, która od dłuższego czasu odstawała in minus od innych rynków.

- GPW straciła na znaczeniu po zamachu na OFE, który pozwolił rządowi przetrwać kryzys strefy euro. Wtedy znaczenie polskich inwestorów instytucjonalnych spadło. Również zagranica nie jest zbytnio zainteresowana inwestycjami, bo postrzeganie naszego rynku nie jest dobre. Szczególnie myślę tu o największych spółkach Skarbu Państwa. Rząd zaczął traktować je jako narzędzia do realizacji swoich celów politycznych, co było nie do przyjęcia dla funduszy zagranicznych, bo pogarszało kondycję finansową tych firm i sprawiało, że trudno było przewidywać przyszłość. Póki jednak globalne trendy były sprzyjające i nasz rynek trzymał się na jako takich poziomach. Pandemia, z którą mamy teraz do czynienia, odkryła słabość, która wcześniej była maskowana.

Pozostaje więc oczekiwanie...

- Jeśli problem epidemii zostanie rozwiązany w najbliższych tygodniach, co byłoby optymistycznym scenariuszem, mogą pojawić się nadspodziewanie dobre okazje do zakupów, takie, które trafiają się raz na dekadę. Ale biorąc pod uwagę liczbę niewiadomych, stawianie mocnych tez jest w tej chwili zdecydowanie przedwczesne. Tak, teraz nie pozostaje nic innego niż czekanie.

Rozmawiała Monika Borkowska

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Białek | polska giełda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »