Urodziny giełdy bez szampana i statystyki

Pełnoletniość osiągnęła rok temu. Okrągłą rocznicę obchodzić będzie za dwanaście miesięcy. Dziś nie jest dobry czas na świętowanie, ale nie sposób nie wspomnieć, że równo dziewiętnaście lat temu odbyła się pierwsza sesja na warszawskiej giełdzie.

Pełnoletniość osiągnęła rok temu. Okrągłą rocznicę obchodzić będzie za dwanaście miesięcy. Dziś nie jest dobry czas na świętowanie, ale nie sposób nie wspomnieć, że równo dziewiętnaście lat temu odbyła się pierwsza sesja na warszawskiej giełdzie.

W 1991 roku warszawska giełda stawiała pierwsze kroki. Była instytucją tworzoną przez niezbyt liczną grupkę pasjonatów. Wyglądała jak kwiatek przy kusym nieco kożuchu odradzającej się "normalnej" gospodarki. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, wspomnienia pierwszych sesji, czy nawet pierwszych lat funkcjonowania giełdy, jawią się niczym opowieści z epoki kamienia łupanego. Wówczas wyglądało to jednak zupełnie inaczej.

Do tego symboliczne miejsce - sala notowań, w której jeszcze do niedawna odbywały się posiedzenia Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Tylko giełdowy parkiet, układany i lakierowany, na godziny przed pierwszym notowaniem starał się zacierać całkiem świeże wówczas skojarzenia. Handel akcjami pięciu spółek "toczył się" raz w tygodniu. Zlecenia kupna i sprzedaży akcji formatu A4 wypełniało się ręcznie przy nielicznych bankowych okienkach. Łatwo było do nich trafić, bo przez wiele miesięcy były to te, przy których nie było kolejki klientów. Po przekazaniu na giełdę, dyspozycje klientów "przetwarzane" były w zlecenia maklerskie.

Reklama

Dla lepszej orientacji i ułatwienia, karteczki dotyczące kupna były w innym kolorze niż te, w których chodziło o sprzedaż akcji. Oba rodzaje zleceń mieściły się przez długi czas w dwóch odrębnych kartonowych pojemnikach wielkości pudełka na buty. Kursy akcji wypisywano flamastrem na plastikowej tablicy. Po kilku miesiącach działania, giełda dostała w prezencie od notowanego na jej parkiecie Tonsilu kilka głośników i mikrofonów. Wszystko po to, by głos ówczesnego prezesa giełdy, Wiesława Rozłuckiego, obwieszczającego wyniki sesji, mógł się bez trudu przedrzeć przez gwar coraz większej liczby inwestorów przybywających na parkiet.

Wkrótce rynek kapitałowy rozwinął się tak dynamicznie, że w dniu sesji przejażdżka windą w budynku przy Nowym Świecie 6/12 była marzeniem ściętej głowy. "Tłumy" inwestorów podążały schodami na piąte piętro, krok po kroku. Po ogłoszeniu wyników jeszcze tylko kilkadziesiąt minut w kolejce po kserokopię z notowaniami i żegnamy giełdę do następnego wtorku.

Dziś giełdowy parkiet to jedynie czysta abstrakcja. Większość inwestorów w budynku giełdy nigdy nie była, bo i po co. A czas między kolejnymi transakcjami mierzy się nie w dniach, lecz sekundach. Dawne czasy miło powspominać, ale tęsknić nie ma za czym. Mamy więc święto bez szampana, wiadomo dlaczego. Mamy też wspomnienie bez statystyki, bo cóż tu porównywać.

Roman Przasnyski

Goldfinance
Dowiedz się więcej na temat: giełdy | urodziny | statystyki
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy
Finanse / Giełda / Podatki
Bądź na bieżąco!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie.
Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj biznes.interia.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »